zagadka dla czytających

No nie mogłam się oprzeć. Do jutra mi z głowy wyleci i przepadnie.

Zagląda dziś do mojego pokoju kolega i szepcze konspiracyjnie:-  Masz teraz chwilę?-

– Mam – odszeptuję i wymykam sie do jego pokoju, gdzie bunkrujemy się za jego biurkiem. W pokoju oprócz nas dwie sztuki płci mieszanej.

– No pokaż – niecierpliwi się kolega

– Pokażę, jak ty pokażesz – trochę certolenia nie zaszkodzi.

– No dobra – kolega wyciąga komórkę i podsuwa mi ukradkiem. Ja wyciągam swoją i podsuwam jemu. Temperatura w pokoju wzrasta, współpokojowicze nadstawiają uszu.

– Super – jęczę z zachwytu – ale wielki! Jak ty to robisz? Jakieś specjalne odżywki? –

– No co ty – obrusza się urażony kolega – wszystko naturalne –

Nasi koledzy nerwowo patrzą po sobie, ale dyplomatycznie milczą.

– Genialne! – zachwyca się znów kolega – ja mam podobne, ale w innym kolorze –

– Wiesz co, pod TYM względem jestem konserwatywna. Lubię tylko różowe, no ewentualnie mogą mieć białe paski –

W końcu, po kilku minutach  koleżanka nie wytrzymuje i zapuszcza żurawia w moją komórkę. Nieładnie! Szybko wyłączamy galerię zdjęć i patrzymy na siebie konspiracyjnie.

– To co, umawiamy się niedługo? –

– Ok, ale następnym razem zróbmy takie same, to będzie co porównywać – ustalamy i wracam do pokoju, ścigana podejrzliwym spojrzeniem koleżanki i pełnym podziwu wzrokiem kolegi,.

Zagadka – co oglądaliśmy na telefonach?  Nagroda: wirtualna kawa i najładniejsze zdjęcie z mojego zbiorku w telefonie:-) Prawidłowa odpowiedź w sobotę.

Telefony w mojej głowie…

– Dobry wieczór – zaszczebiotało mi w słuchawce – nazywam się xx i dzwonię z firmy yy. Chciałbym pani przedstawić naszą niesłychanie interesującą ofertę. Zajmujemy się….- stałam na jednej nodze, trzymając mokrą ściereczkę, którą wycierałam rozlany sok, malowniczo tworzący kałużę wokół moich bosych nóg…- zajmujemy się ściąganiem odszkodowań powypadkowych na doskonałych warunkach…-

– Zaraz, chwila – przerwałam spłoszona,  upuszczając ścierkę w soczkową breję – czy ja miałam jakiś wypadek? –

– No, właściwie to nie wiem – zacukała się panienka po drugiej stronie słuchawki – ale nasza firma ma w tej chwili niesłychanie interesujące warunki…-

– To może zadzwoni pani, kiedy już będę po wypadku? – zaproponowałam grzecznie i pożegnałam się, zanim panienka złapała drugi oddech, bo sok mnie osaczał (ładna gra słów, no nie?).

Sok wytarty. Dobra – teraz młodociani do lekcji, ja do garów- trzeba coś na jutro podgotować. Telefon.

– Witam – ciepło powiedziała pani bez nazwiska – chciałam panią serdecznie zaprosić na prezentację naszych wspaniałych produktów, która odbędzie się w piątek o godzinie 16 w restauracji „Koziołek”. Każda para, która przyjdzie na pokaz, może liczyć na niezwykłe prezenty – niespodzianki –

– A co państwo sprzedają? I co dają? – zainteresowałam się mimochodem, oklepując dorodnego kurczaka przed pieczeniem.

– A, to musi pani sama zobaczyć – perliście roześmiała się pani – zapraszamy na pokaz, który odbędzie się….-

No muszę przyznać, że tu się zdziwiłam: – Sugeruje pani, że powinnam zwolnić się z pracy, żeby pojechać w nieznane mi miejsce,żeby zobaczyć Nie Wiem Co i dostać Coś Niewiadomego? –

-Skoro pani tak to ujmuje..- obraziła się pani bez nazwiska.

– Proszę pani, ja nic nie ujmuję, i przepraszam, bo muszę kurczaka oklepać – Chyba znów okazałam się zbyt obcesowa.

Przysięgam, ledwie oklepany kurczak wylądował na solarium, tfu, w piekarniku, telefon znów zadzwonił.

– Witam serdecznie. W uznaniu zasług dla ojczyzny i tego, że jest pani naszą wieloletnią klientką, nasza niezwykle hojna telefonia komórkowa chciała zaproponować pani fantastyczny pakiet usług za grosze – (no, mniej więcej tak brzmiał wstęp)

– Proszę pana – wpadłam wreszcie na właściwy system rozmowy – ja mam pamięć wzrokową i paranoję telefoniczną. Uprzejmie proszę o przesłanie mi wszelkich propozycji, ofert, sugestii oszczędności, systemów płatności i rat na adres emailowy xxx. Dziękuję. Pozdrawiam. (o mało co z rozpędu nie dodałam ucałowań dla małżonki) –

-Eeee…- zawiesił się bezradnie pan, po czym, bo cóż mu pozostało, rozłączył się.

Ale kiedy szłam odłożyć telefon, uwaga, będzie jak w dreszczowcu…zadzwonił znowu…..

Dzieci widząc moją minę, skuliły się na krzesłach i starały się bardzo cicho przeżuwać kanapki:-)

– Mowy nie ma! – warknęłam zirytowana do słuchawki – rezygnuję z góry!-

– No dobrze, dobrze – powiedziała łagodnie moja sąsiadka – nie denerwuj się tak, chciałam tylko zapytać, czy nie masz śmietany, bo mi się nie chce lecieć do sklepu…-

 

Nie chce mi się

Ale mi się nie chceeee…. Nic mi się nie chceeee…Ja nie wiem, czy to normalne, ale im bardziej jestem obłożona pracą, tym bardziej czuję blokadę. No i mam, mam od cholery roboty i to terminowej, a palce same spełzają z klawiatury. Nooo, ludzieee, jak mooożna pracowaaaać, kiedy za oknami biurowca pulsuje życie?

Już bym wolała, jak Mamrotka, kiecę sobie kupić, albo włos obstrzępić modnie. Ale nie mogę – bom w robocie…

Dzwonią do mnie z dziwnymi pytaniami: czy aktor na planie to recytuje w końcu Tuwima, czy Leśmiana? Zaproponowałam uprzejmie, że w razie rozterek służę cytatami z Sępa Szarzyńskiego („z grobowca mego rosną lilije…”). Te cholerne cytaty to generalnie jest moja anty – kreatywna udręka!

Zadanie A: cytat z wyrafinowanej poezji, oddający stan ducha bohatera, tęskniącego za żoną

Zadanie B: cytat z kreskówki dla dzieci z pożądanym kontekstowo motywem przewodnim

Zadanie C: fragment polskiej piosenki rockowej o niespełnionej miłości, ale żeby pasowało do sceny…

A potem mój mąż jest katowany przez pół wieczoru cytatami z Petrarki z żądaniem natychmiastowego wyrażenia przeżyć duchowych, jakie w nim wzbudzają.

No nie chce mi się…Ja bym chciała w gumiakach! Po polu! Po lesie! Kwiatki wąchać, motylki ganiać i w ogóle… I wcale nie zraża mnie cichy, szyderczy chichot gdzieś z tyłu głowy:

– W gumiakach? Za motylkami? Frajerka bosonoga. A znad pól dochodzi teraz zapach świeżego gnoju, a nie kwiatków, ciemnoto idealistyczna! W lesie woda po kostki, umajona śmieciem okolicznym, kretynko romantyczna!

Czy tylko mnie się wydaje, że ten wpis jest bez sensu? Prawdopodobnie jest, ale nie przeczytam go i nie poprawię, bo mi się nieee chceee…..

stres urodzinowy – pomocy!

Lola będzie miała urodziny. Już za kilka dni. A ja w panice jestem. Litości! Dlaczego ona, do licha, jest tak upiornie towarzyska?! Dlaczego skrócona po negocjacjach lista gości „must have” obejmuje siedemnaście sztuk płci różnej?! W tym potwornie, przerażająco wręcz destrukcyjne siostry zza płotu z galopującym ADHD. Oraz cicha i spokojna przyjaciółka z zerówki. A także starsza o dwa lata, niesłychanie despotyczna córka mojej koleżanki. I jeszcze na dokładkę czterech bojowych zaprzyjaźnionych siedmiolatków…..Aaaa! Co ja mam z nimi zrobić!?

Do tej pory udawało mi się wynegocjować urodziny w sali zabaw – tłum się kłębił, piszczał i rozrabiał, ja kawę piłam, a potem uiszczałam rachunek ze słodką świadomością, że nie muszę przynajmniej robić remontu.

Teraz Lola stanęła okoniem – ma być w domu i już. No dobra. Wczoraj siedliśmy rodzinnie i kombinowaliśmy, co by tu.. Misiek zaofiarował się poprowadzić meczyk piłki nożnej na boisku, ale „jak będą siostry zza płotu, to mowy nie ma, bo on ich nie znosi”.  Mąż zaproponował konkursy sportowe i wystawienie urodzin do ogródka, ale „jak będzie lało, to on nie ręczy za siebie”. Ja lekko zrezygnowana zauważyłam, że i tak mamy zamiar odmalować duży pokój, ale znając przyszłych balowiczów to może nie wystarczyć. Lola wybuchała płaczem na każdą subtelna wzmiankę o ewentualnej redukcji listy zaproszonych.

Jestem w kropce. Jak zabawić mieszane, bardzo ruchliwe towarzystwo przez kilka godzin, nie  ponosząc większych szkód materialnych i psychicznych? Jakieś pomysły?

Seks jest głupi

A zaczęło się niewinnie. Wracałyśmy sobie od babci, leniwym spacerkiem, słuchając śpiewu ptasząt.

– Czy ptaszki się żenią?- spytała rozmarzonym głosem Lola.

– Nie, nie muszą – westchnęłam, poniekąd zawistnie.

– Jak to? – Lolę wmurowało w chodnik – to skąd się biorą małe ptaszki? Przecież trzeba się ożenić, żeby mieć dzieci? –

– No właściwie – zaczęłam ciężko i bez entuzjazmu – to nie trzeba. Ludzie też nie muszą się żenić, żeby mieć dzieci –

Widziałam, że Lola ewidentnie nie pojmuje.

– Przecież dopiero jak się ktoś ożeni, to pani rośnie w brzuchu nasionko? –

– Do tego nie trzeba ślubu – wyjaśniłam cierpliwie – Tylko pana i pani, no i pan musi włożyć takie nasionko do pani brzuszka –

– Acha – zawiesiła się chwilowo Lola, a ja z nadzieją czekałam na zmianę tematu.

– No, ale – aj, to jeszcze nie koniec, ratunku – ale JAK on wkłada to nasionko, gdzie je ma?

– W siusiaku – wyczerpałam temat i swoje zasoby elokwencji.

Lola milczała, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, w końcu ją odblokowało.

– Mamo, ty chyba żartujesz! – na buzi miała fascynującą mieszankę rozbawienia i niesmaku- ale on przecież musiałby być GOŁY! –

– No tak – westchnęłam z rezygnacją – inaczej się nie da –

Szłyśmy chwilę w milczeniu, młoda przetrawiała zdobyte informacje. Potem zachichotała i powiedziała szczerze:

– Mamo, ale wiesz, to musi być strasznie głupie-

I generalnie trudno się z nią nie zgodzić, nie sądzicie?

 

pasztet z dziadunia

– Babciu, dzisiaj na śniadanie jadłam pasztet z dziadunia! – oznajmiła bardzo zadowolona Lola.

Babcia się ucieszyła, zwłaszcza, że ewidentnie pasztet został wykonany z zupełnie innego dziadunia, bo nasz biegał po ogródku. Ale Lola jeszcze nie skończyła pakietu informacyjnego:

– Mam dwie wiadomości, babciu. Jedną dobrą, a drugą złą. Ta dobra to taka, że mamusia zrobiła takie pyyyszne babeczki kajmakowe.-

– A ta zła? – spytała babcia zaniepokojona.

– A ta zła to taka, że już wszystkie zjedliśmy! – Co było prawdą i zmusiło mnie do powtórzenia procesu produkcyjnego, ponieważ dziadek bardzo prosił o to, żeby jednak załapać się na moment pomiędzy dobrą a złą wiadomością.

Mamy więc babeczki, mazurka pomarańczowego i torcik galaretkowy, mozolnie i stopniowo przeze mnie nawarstwiany przez cały wieczór. I szynkę w coca-coli, i jajka.  Niezależnie od poglądów religijnych Wielkanoc jednoczy nas w nieprzerwanej konsumpcji i rozrywkach rodzinnych na świeżym powietrzu. Zwłaszcza, że droga obopólnych wysiłków udało nam się zapomnieć o opłacie za kablówkę i w sobotę odkryliśmy, że jesteśmy całkowicie odcięci od TV. Bosssko!

Małoletni z kuzynami już dzisiaj testowali broń wodną przed poniedziałkiem. Oj, będzie się jutro działo! Lola uczy się jeździć na rowerze. Wiem, wiem, że to dziwne w jej wieku, ale moi małoletni mają chyba coś z błędnikiem. Misiek też załapał wyjątkowo późno, za to błyskawicznie- skończył siedem lat, wsiadł na rower i pojechał. Lola wsiadła dzisiaj na rower, gibła się w lewo, gibła w prawo…i podniosła pisk. Prorokuję ponuro, że zanim opanuje tę sztukę, ja dostanę zakwasów albo mąż nabawi się skrzywienia kręgosłupa. I zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że chudziutka, zwinna panienka, trenująca balet i skacząca po drzewach jak kozica, nie jest w stanie, do licha, przejechać na dwukołowym rowerze?!

Ale koniec żalów. Jest wielkanoc, wiosna, i życie jest fantastyczne. Czego i wam wszystkim życzę!

Kremowa tafta

Mam nowe zasłony!! Przeżywam zachwyt perfekcyjnej pani domu, patrząc z dumą na moje całkowicie nowe, śliczne zasłonki z kremowej tafty. Kremowa tafta, czujecie? Jak suknia balowa Scarlett O’Hary…

Przez trzy lata od przeprowadzki mieszkałam na gołym betonie, bo nie było mnie stać na podłogę. Kiedy wreszcie dorobiłam się pięknych desek, miałam ochotę na nich jeść i spać. Przez kolejnych kilka lat trzymałam książki w pudłach, a kosmetyki w koszykach, a od niedawna wszystko pięknie ustawione na stosownych meblach cieszy moje oko i serce.

Prawie mi żal ludzi, którzy tak od razu wchodzą na gotowe – nie poczują nawet połowy tej radochy, jaką stopniowo dawkuje mi mój, limitowany dostępem do kasy, rozwijający się dom.

Zasłony! Z kremowej tafty! Wow.  Jest tylko jeden domownik, który nie docenia tej zmiany.  Wygląda na to, że kremowa tafta jest dużo gorszym materiałem do zwisania i wspinaczki niż stara bawełna. Moja kota patrzy na mnie z pretensją za każdym razem, kiedy jej się pazury ślizgają przy ulubionych skokach zza kanapy. Hłe, hłe. Chyba doprowadzenie zasłonek do stanu smętnych frędzli zajmie jej trochę dłużej, niż się spodziewała:-)

Wiosenny sezon towarzyski

Ogłaszam uroczyście inaugurację wiosennego sezonu towarzyskiego w domu i w ogrodzie.

Mam to niewątpliwe szczęście, że mój dom sąsiaduje z placem zabaw i boiskiem. Co nie jest uciążliwe w sezonie zimowym, natomiast wiosną, kiedy małoletni rozwijają towarzyskie skrzydła, bywa absorbujące. Tylko forma się zmienia – jeszcze rok, dwa lata temu popołudnia i weekendy były wypełnione paradą Bartków, Jacusiów, Małgoś i Anielek, którzy, oderwawszy się od piaskownicy, wpadali do mnie na chwilę, bo: „ciociu (u nas dość przyjęta forma zwracania się do zaprzyjaźnionych dorosłych), muszę siusiu, muszę kupkę, ciociu, masz coś do picia, ciociu, a Lola zaprosiła mnie na obiad” itp. Koledzy moich dzieci dorastają wraz z nimi i już nie jest tak zabawnie, ale ciągle łatwo mi odróżnić, kiedy zaczyna się sezon.  Niechybne oznaki ożywienia życia towarzyskiego Miśka:

– kiedy na ścieżce przewracam się o porzucone niedbale rowery,

– kiedy wchodząc do domu potykam się o stos butów w dużych rozmiarach

– kiedy przedpokój ma zapach męskiej szatni po lekcji w-fu

– kiedy wszystkie jadalne rzeczy w moim domu znikają jak zaczarowane, a zgrzewka mineralnej wystarcza na dwa dni

– i kiedy wszystkie spodnie i koszulki młodego nabierają niespieralnego odcienia trawiastej zieleni

to znak, że koledzy Miśka obudzili się z zimowego snu.

Za to:

– różowe rowerki i hulajnogi na trawniku,

– ogródek usiany doniczkami, miskami i pudełkami, z których wypełza hodowana przez Lolę i jej koleżanki menażeria,

– grządki pełne pułapek w postaci nagle spadających z krzaka pluszaków i petshopów,

– papierki po lizakach i cukierkach, hojnie rozdawanych przez gościnną Lolę, fruwające po trawniku,

– plątające się po całym domu bluzki, sweterki, spinki i torebeczki, których właścicielki trzeba później mozolnie lokalizować

świadczą o tym, że Lola znów spędza całe długie popołudnia z przyjaciółkami.

I wiecie, co jest dziwne? Wcale mi to nie przeszkadza. Kupuję większą pulę napojów i herbatników, odsuwam nogą zabawki i cieszę się jak cholera, że małoletni, zamiast tłuc się między sobą, siedzieć przed komputerem albo TV, hulają do wieczora na podwórku, a potem wracają brudni i zbyt zmęczeni, żeby jeszcze dać mi w kość.  W takich chwilach zapominam o długich dojazdach i uciązliwościach życia poza miastem, i błogosławię nasze sielsko -podmiejskie klimaty.

 

Lewa ręka

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak niezwykle istotną rolę spełnia w życiu człowieka ręka? No, rozumiem jeszcze, prawa- pisać jakoś trzeba, jeść, biegi zmieniać w samochodzie. Ale lewa?

Aktualnie jestem jednak przekonana, że brak możliwości użycia lewej ręki to istny kataklizm. Przynajmniej dla otoczenia poszkodowanego. Mąż ma chwilowo nieużywalną rękę – ślicznie zszyty palec i całą łapę owiniętą łupkami i bandażami. Co oznacza dla jego żony, że:

– musi mu wiązać buty – poniekąd żenujące, tak kucać pod nogami faceta i to tylko po to, żeby mu sznurówki związać

– musi mu wiązać niezbędny do pracy atrybut, czyli krawat – czułam się dzisiaj jak żona ze Stepford, mozolnie i wybitnie nieudolnie motając mu pod szyją coś, co w moim wykonaniu wyglądało jak żeglarski węzeł

– musi też owijać mu rękę folią, żeby mógł się wykąpać, w związku z czym musi wstawać wtedy, kiedy on, tracąc cenne 20 minut snu

– kroić chleb i robić kanapki – coś, czego udawało mi się unikać przez  siedemnaście lat małżeństwa

Jednym słowem, dopiero chwilowe kalectwo męża sprowadziło mnie do poziomu każdej przyzwoitej żony. Chyba zaczyna mi być głupio. Mam nadzieję, że szybko mu te bandaże zdejmą, bo jeszcze mi ta obsługa wejdzie w krew i siedemnaście lat feministycznego leserstwa pójdzie się gonić.

 

carpe diem

Szłam sobie główną alejką centrum handlowego.  Naprzeciwko mnie szedł pan. Pan po nader wyraźnym spożyciu alkoholu, co przejawiało się w kroku chwiejnym, wzroku błędnym i nosie jak Rudolf. Pan wlepił we mnie lekko błędne spojrzenie, stanął, ręce rozłożył, ustabilizował się na podłożu w tej trudnej pozycji i ryknął:

– Boże, jaka pani jest piękna! –

Obejrzałam się nerwowo, za mną pusto, obok pusto. Do mnie tak ryknął? No, do mnie, do mnie. Pan pokiwał mi  głową, spojrzał jeszcze raz na mnie rozkochanym spojrzeniem i poszedł zakosami dalej. Pozostawiając mnie wstrząśniętą i nawet taką lekko ucieszoną. Bo po trzydziestce, no,  spójrzmy prawdzie w oczy, przed czterdziestką, kobieta juz nieczęsto może liczyć na tak spontaniczne wyrazy uznania. No, przynajmniej kobieta, która definitywnie nie wygląda jak Courtney Cox. I bardzo,  bardzo proszę: umówmy się, że nikt nie pamięta już o tym, że on był pijany, OK?

Po prostu carpe diem.