porozumienie międzygatunkowe

Inka weszła do kuchni, umościła się tyłkiem na słonecznej plamie i powiedziała:

– Miau –

– No miau i tobie, mała, masz na coś ochotę?- zagaiłam, gdyż byłam w nastroju przyjaznym.

– Miauu – powtórzyła znacząco, lecz cierpliwie kota, dziwiąc się mojej tępocie

– Aaa, zapomniałam, mokre, czy suche tym razem?- zamachałam jej saszetką przed nosem

– Miau – Inka straciła olimpijski spokój i nerwowo majtnęła się na blat kuchenny między zlewozmywakiem i lodówką

– No dobra, nie ciskaj się, już ci daję pić – odkręciłam kran, ale kota popatrzyła na mnie jak na debilkę, demonstracyjnie odwróciła się tyłkiem do kranu i popatrzyła na lodówkę, jeszcze raz, przeciągle, potem na mnie, i na lodówkę….

– Miaaauuu! – wyraźnie już nie mogła wytrzymać z taką niedomyślną kretynką

– Trzeba było tak od razu gadać, małpo – powiedziałam z rozgoryczeniem, i wyjęlam butelkę mleka, żeby jej nalać do miseczki…

Weszła Lola z kubkiem mleka w ręku, poklepała Inkę po łebku i powiedziała: – No widzisz, mówiłam ci, żebyś poszła do mamy, to ci da mleka –

 

odmęty Internetu

w moim ogródku kwitną hiacynty

Ha! Dla niedowiarków – nauczyłam się wstawiać zdjęcia – to hiacynt z mojego ogródka. Fajny, nie?

Miałam wczoraj kryzys w pracy. Nie taki kryzys, że wszystko naraz leci na głowę, ale taki kryzys, który prywatnie nazywam ajkendem (spolszczone rozwinięcie z:I can’t). Znużona własną intelektualną bezsilnością, porzuciłam pracę zawodową i wypłynęłam na szerokie wody Internetu, a dokładniej rzecz ujmując, Bloxa. Muszę powiedzieć, że to było niesamowite doświadczenie. Pogrzałam się dłuższą chwilę przy Kominku, ale niestety Kominek okazał się dla mnie zbyt parzący w sądach – rozumiem popularność, ale nie rozumiem człowieka. Zafascynowana tytułem, wskoczyłam na pół godziny do Głosu Rydzyka, gdzie treść wpisów okazała się  mniej ekscytująca od komentarzy. Komentarze wpędziły mnie w kompleksy, jeżeli chodzi o radykalizm i śmiałość sądów na dowolny temat, i zgodnie z moją skąpą wiedzą biblijną wszyscy autorzy tychże powinni dostąpić łaski zbawienia (nawet wbrew własnej woli), gdyż „można być gorącym lub zimnym, ale nie należy być letnim”, czy jakoś tak to leciało w Piśmie.

Przypadkiem kliknęłam następnie na blog o wypiekach (matko, jakie piękne zdjęcia ciastek!), co okazało się błędem, bo dostałam spazmów głodowych i musiałam lecieć po kanapkę, a później, zatopiwszy zęby w kanapce, utkwiłam wzrok w kolejnym losowo wybranym blogu, którym okazał się blog Marka Jurka. Ten blog wpędził mnie w długotrwały stan katatonii, ale przynajmniej odechciało mi się jeść. Potem przerzuciłam jeszcze kilka blogów. Kulinarne emanowały ciepłem i radością życia, polityczne dymiły od jedynie słusznych sądów, a sportowe, przyznaję z zażenowaniem, mogłyby równie dobrze być po chińsku albo cyrylicą pisane.

Z poczuciem ulgi wróciłam więc na blogi dziecięce. Mam już duże dzieci, teoretycznie cała „cyckologia i kupologia” jest już dla mnie przeszłością. Ale odkryłam, że cykl rozwojowy małych ssaków z gatunku homo sapiens jest nieodmiennie interesujący:-) Poza tym uzależniam się, o zgrozo, od niektórych blogów, i brak wpisów przez kilka dni sprawia, że czuję się niespokojna i spięta:-) Taki malutki syndromik blogowy. Zwłaszcza, że prawie codziennie odkrywam nowych, interesujących ludzi (jakby powiedział mój ojciec: to niesłychanie inteligentny człowiek, ma takie same poglądy jak ja), ukrytych za krókimi notkami. Czasami jest to definitywnie literatura, tylko w odcinkach.

Na przykład: żadna książka, którą ostatnio czytałam, nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jak historia King Konga i jego ojca, zwłaszcza pierwsze miesiące wpisów. Czytałam z zapartym tchem, lecąc od wpisu do wpisu i oderwać się nie mogłam. Polecam. A wy? Macie jakieś fajne blogi, które czytacie regularnie? Takie, które wciągają i uzależniają? Podrzućcie mi coś na kryzysowe ajkendy w pracy, ładnie proszę:-)

Utopiłam dżdżownicę!

-Mamooo, ratuj, ratuj!!

Dramatyczny okrzyk poderwał mnie z taboretu w łazience, kiedy w pośpiechu porannym suszyłam włosy. Przekonana, że moja córka właśnie skręciła nogę/ złamała rękę/ podpaliła kuchnię, pognałam na dół. Lola stała w pozie Niobe bolejącej, blada i zastygła w cierpieniu.

-No, co jest?- krzyknęłam, w panice szukając krwi albo pożaru.

– Dżdżownica mi się utopiła- wyszeptała dramatycznie Lola.

– Ale jak?!

– No bo wzięłam ją z domku, żeby ją wykąpać, bo brudna była, no i , no i, no i wpadła do umywalki, i teraz już pewnie nie żyje – rozszlochała się na dobre.

No tak, sprawa była poważna. Natychmiast pojęłam rozmiar jej stresu. Dżdżownica była prezentem od Sąsiadek Zza Płotu, które z upodobaniem i regularnie obdarzają Lolę pełzającymi stworzeniami. Najpierw były biedronki. Na diecie z podsuszonej trawy jakoś straciły odporność, i szybko zeszły śmiertelnie. Później ślimak. ( – Mamo, ja go tylko na chwilę włożyłam do domku dla lalek, i on uciekł!! – ) Przez godzinę na kolanach szukałam w ogródku żółtego ślimaka w czarne paski, bo tak został mi opisany uciekinier. Znalazła się jedynie pusta skorupka, co pozwoliło nam wysnuć wniosek, że ślimak taktycznie zmienił strój, żeby nie zostać rozpoznanym.

– I biedronki, i ślimak, i dżdżownica – szlochała biedna Lola – Asia i Martynka już nigdy nie dadzą mi żadnych zwierzątek-

Tu muszę przyznać, że postąpiłam niepedagogicznie – Znajdziemy drugą dżdżowniczkę, i powiemy, że to ta sama –

– Ale mamo, przecież nie można kłamać – Lola podniosła na mnie załzawione oczka, pełne oburzenia.

– No tak – westchnęłam – nie można. – Ale możemy znaleźć jej siostrzyczkę, przecież to będzie prawie to samo, prawda? –

I w taki oto sposób za dziesięć ósma, zamiast w pośpiechu gnać do zerówki, czołgałyśmy się po ogródku, szukając siostry dżdżownicy nieboszczki. W końcu, nieco przybrudzona ziemią i zgrzana, z triumfem wywlokłam opierającą się dżdżownicę z grządki tulipanów. – -Widzisz, jaka podobna? To na pewno jej siostra-

– I to bliźniaczka! – krzyknęła radośnie Lola – ma taki sam kolor i długość. Ach, mamusiu, dziękuję ci, jesteś kochana! – I pognała, czule tuląc dżdżownicę, żeby umieścić ją w komfortowym hoteliku z wiaderka, ozdobionego różnymi rodzajami roślinności z ogródka.

 

 

anty dieta

Coś się zmieniło. Od pewnego czasu moje koleżanki z pracy prezentują ciekawy, identyczny wzorzec przyswajania pokarmu. Jeszcze niedawno o dwunastej na korytarzu unosił się zapach pizzy i chińszczyzny, teraz porę lunchu znamionuje szczęk otwieranych pojemniczków z bladawą zawartością.  Jeszcze miesiąc temu opuszczały sklepik na parterze, dumnie dzierżąc Snickersa lub Delicje, a teraz nerwowo przerzucają stosy twarożków, szukając tego najbardziej „light”. Zaczęły rozmawiać szyfrem: debatując nad pudełkiem sałaty w sklepiku, rozważają, czy już czas na fazę warzywną, czy jeszcze tylko białko….

Dukan rządzi na naszym piętrze. A po spektakularnym zrzuceniu piętnastu kilogramów przez szefową, która wygląda teraz jak modelka Vouge, stał się nieomal bogiem. Wyznaję, że też przyłączyłam się do sekty…na całe trzy dni. Kiedy czwartego dnia otworzyłam mój jogurt naturalny i rzuciłam okiem na gotowanego kurczaka w pojemniku, zrozumiałam, na czym polega fenomen tej diety: albo zwymiotuję do pojemniczka z jogurtem, albo nie zjem nic.

Po czym z satysfakcją nabyłam w sklepiku drożdżówkę i zjadłam ją na oczach koleżanek. Wszystkie bez wyjątku miały taką minę, jakbym piła właśnie mszalne wino zagryzając garścią opłatków.

Fajnie jest być szczupłym. Na pewno, chociaż rozmiar 38 od dawna omijam na wieszakach, więc nie bardzo pamiętam:-). Ale chyba jeszcze fajniej żyć bez paranoi każdego spożywanego kęsa, bez nieustannego liczenia porcji, zawartości białka, odliczania dni warzywnych i białkowych…Jestem z założenia przeciwna temu, żeby tak bardzo dać się zdominować dowolnej idei, niezależnie od tego, czy jest religijna, polityczna czy żywieniowa.

Jestem anty- dietowcem. Co wyznaję ze smutkiem, ale niezbyt dużym. Zwłaszcza, że mam poczucie wolności – za trzy godziny zejdę na dół i wybiorę sobie coś, na co w tym momencie mam ochotę, czy to będzie sałatka, czy chińska zupka, i zasadniczo Dukan może mi nagwizdać (zwłaszcza w zupkę).

Czytelnia bieżąca

Czytam właśnie całkiem ciekawą książkę. „Historia Edgara” autora o swojsko brzmiącym nazwisku – David Wroblewski. Książka jest dłuuuga, rozwlekła i zasadniczo jej głównym elementem jest hodowla psów. Czy już wszyscy się napalili i biegną do księgarni?

Ale, ale…spokojnie, wbrew tej ekscytującej zapowiedzi to JEST ciekawa historia, ja w każdym razie wlazłam w nią z butami. Młody chłopak wychowuje się z matką i ojcem na odludnej farmie, gdzie wszyscy zajmują się hodowlą rasy psów, która została niejako „stworzona”przez ekscentrycznego dziadka Edgara. Edgar jest miłym i całkiem normalnym  czternastolatkiem, który jednak od urodzenia nie mówi, a jego główną więzią ze światem jest ukochany pies. Nagle ojciec Edgara umiera, a w życie rodziny wkracza stryj, z mroczną więzienną przeszłością i niejasnymi planami na przyszłość. Edgar zaczyna się buntować i robi to dość nietypowo…

W tym momencie historia robi się totalnie hamletowska, a łagodnie tocząca sie obyczajowa opowieść zamienia się  w thriller. Reszty zdradzać nie będę, zwłaszcza, że sama nie wiem jeszcze, jak to się skończy. Dziwi mnie to, że się tak wciągnęłam, bo zasadniczo książka poza kręgiem moich czytelniczych gustów, a jednak.

Dla kontrastu czytam sobie po raz kolejny „Nie wiem, jak ona to robi” Allison Pearson. Trochę mi głupio, bo to też jest typ książek, których zasadniczo nie czytam – takie babskie paplanie. Ale bawi mnie odnajdywanie w poczynaniach bohaterki własnych desperackich prób bycia w dwóch miejscach naraz. Jak wykazać się w pracy i być perfekcyjną mamusią? Jak podrobić kupione w supermarkecie babeczki, żeby wyglądały jak domowe? Jak pamiętać, żeby zawieźć mocz dziecka do badania, zamiast zabrać pojemniczek ze sobą w delegację?

To jej miotanie się w rzeczywistości powinno mnie męczyć, a jednak bawię się nieźle, czekając (ale jestem wredna suka), kiedy jej się powinie noga. Czytanie tej książki jest dla mnie jak oglądanie „Superniani” – uff, nie tylko ja sobie nie radzę, co za ulga!

Poza tym czytam – piąty tom „Harrego Pottera” na spółkę z Miśkiem, książkę „Ciało” z Lolą (już mi słabo, czytamy ją jakiś dwudziesty raz i mam wrażenie, że jelito grube i mięśnie szkieletowe nie mają przed nami absolutnie żadnych tajemnic), oraz po raz sto dwudziesty piąty  „Zagubionych chłopców” Orsona Scotta Carda. Ale o tym następnym razem.

I..enter!

No dobra, obnażę się – może nie dosłownie, bo to nie blog dla dorosłych, ale metaforycznie. Już kiedyś zwierzałam się ze swoich nałogów (o czytaniu kompulsywnym), a teraz przyznam się do jednej z  moich bardzo słabych stron.

Mam rodziców informatyków. Cierpienia z tym związane może zrozumieć tylko ktoś, kto też we wczesnym dzieciństwie bawił się taśmami od maszyn liczących, a później uznawał delety i entery za nieodłączny element rodzinnych kolacji. Prawdopodobnie trauma z lat dziecinnych sprawiła, że przez całe życie skrupulatnie i konsekwentnie unikałam komputerów.  Jednak życie zmuszało mnie do podejmowania pewnych działań. Kiedy zaczęłam tłumaczyć filmy, nauczyłam się obsługi Worda. Kiedy jednak zaczęłam moją pierwszą etatową pracę, stanęłam przed nowymi wyzwaniami. Pamiętam mój pierwszy dzień w pracy, kiedy otworzyłam komputer, przygotowałam materiały i…zastygłam w niemym cierpieniu. Po czym starannie wykaligrafowałam na pierwszej stronie firmowego notesu najważniejsze zagadnienie do rozwiązania: „co zrobić, żeby tych kratek w tabelce zrobiło się więcej?”. Nauczyłam się w końcu Excela, bo musiałam.

Założenie bloga jest dla mnie kolejnym milowym krokiem w edukacji. Wszyscy szydercy, którzy robią to z zamkniętymi oczami i palcem w uchu, proszeni są o pełne uszanowania milczenie. Dla mnie to jest jak nauka jazdy na jednokołowym rowerze.  Rozgryzam powolutku kolejne etapy, z namaszczeniem studiując samouczki i poradniki (no dobra, możecie się śmiać, co mi tam). Czasem oczywiście nie wystarczają, i wtedy dzwonię do mojego ulubionego szwagra, który (co za zaraza!) też jest informatykiem. Ulubiony szwagier, kryjąc dyskretnie pobłażliwy uśmiech za puszką z piwem, pokazuje mi trzema kliknięciami, jak zmiejszyć to cholerne zdjęcie, które nijak nie ma prawa zmieścić się na blogu. No i umiem, i zamieszczę ( kiedy tylko nauczę się sama zgrywać te zdjęcia z aparatu:-)), a co! Na razie patrzę z podziwem na przykład na bloga Pampersy, pełen wyrafinowanych cudeniek, linków, obrazków i takich tam różnych, niedostępnych dla mnie na razie gadżetów.

No i widzicie, jaka ja zdolna? Linki się na przykład nauczyłam wstawiać (a przynajmniej tak mi się wydaje – bo nie wiem, czy działają, póki co), a jeszcze wczoraj nie umiałam.

A teraz dziękuję za uwagę. I pozdrawiam. I nie śmiać mi się, proszę. Bo się zamknę w sobie.

 

PS Aaaaa, cholera, jednak nie umiem wstawiać! Zaraz potrenuję jeszcze raz! No dobra, przerwa techniczna na trening!

PS 2 No, chyba się w końcu nauczyłam, przynajmniej u mnie działają. Poczekajcie jeszcze chwilę, a będą zdjęcia, może nie rodziny, bo rodzina nie chce, ale kota? Uff, to była ciężka praca. Wolałabym ogródek skopać!

Zdolny, ale leniwy

Zdolny ale leniwy. Przyznać się, ile z was miało podobną etykietkę w czasach szkolnych? Dobra, teraz opuszczamy ten las rąk. Pytanie drugie: ile z was przeszło na tym określeniu przez całą podstawówkę i liceum? Nieee, opuścić te ręce, bo mi się puenta nie uda!

Misiek płynie wesoło na tej etykiecie już pięć lat. Co tam płynie, on sobie relaksująco dryfuje, optymistycznie zakładając, że rzeka zaniesie go tam, gdzie trzeba, we właściwym czasie. Istne „Tao Kubusia Puchatka” w praktyce.

Kiedy w zeszłym roku dostawał nagrodę na koniec roku za jedną z najlepszych średnich w szkole, na ustach miałam wprawdzie uśmiech błogo – matczyny, ale w oczach totalne niedowierzanie. Czy to na pewno jest to samo dziecko, które w ciągu roku szkolnego widziałam z podręcznikiem w ręku może dwa razy? I które z ociąganiem i na kolanie odwala prace domowe dopiero po licznych groźbach odcięcia od dóbr multimedialnych?

Jest w piątej klasie i wciąż naukę ma w głębokim poważaniu. I moje matczyne ględzenie, że to kiedyś się na nim zemści, również. Ale no przecież kiedyś musi się zemścić! Nie ma szansy, żeby na takim olewie zdał do gimnazjum i tam przeżył! Nie ma, prawda? Co ja mam z nim zrobić – czy dać mu spokój i czekać, aż się przejedzie tyłkiem po betonie? Czy naciskać, żeby jednak zaczął robić do cholery także rzeczy, które go nie interesują, ale jednak są wymagane w programie nauczania?

No dobra, przyznam się – ten wybitny brak ambicji szkolnej ma po mamusi, która przeleciała  przez dwanaście lat edukacji, nie ucząc się prawie wcale – czasem nawet mając mimo tego bardzo dobre oceny. A jeśli ich nie miała, to też jej zwisało:-) No, ale nie mogę tego powiedzieć dziecku, to byłoby niemoralne, co nie?

autopilot

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu działam na autopilocie.  Wyłączam wszelkie zbędne opcje i wykonuję zadany program. Wstać, ubrać się, małoletnich oporządzić, zawieźć. Jedyna loteria to: spóźnią się dzisiaj do szkoły czy nie (zazwyczaj się wyrabiamy), oraz: zdążę zjeść rano tosta, czy nie (zazwyczaj nie zdążę).

Godzina w korku (opcja niepewności – od 50 minut do półtorej godziny). Osiem godzin pracy, która ostatnio jest irytująca na maksa: bo powinnam redagować tekst przygotowany przez tłumacza, a poprawiam błędy w tłumaczeniu na poziomie podstawówki, sprawdzam banalne informacje (wczoraj zgłębiałam problematykę wyścigów na Służewcu) i wkurzam się, że odwalam robotę za kogoś, kto za ten tekst dostaje tyle, ile ja za miesiąc pracy. Again – godzina w korku.

Drugi etat- wsadzić pranie, złożyć pranie. Rozpakować zmywarkę, spakować zmywarkę. Przegrzebać plecaki małoletnich w poszukiwaniu spleśniałych bananów, cieknących soczków i Bardzo Ważnych Karteczek (typu: jutro jedziemy na wycieczkę, wyjazd o 7.30, proszę dać dziecku 20 złotych). Nakłonić (opcja niepewności- wystarczy polecenie, czy trzeba będzie użyć szantażu i groźby) do odrabiania lekcji i pakowania książek. Odkurzyć, zebrać stosy ciuchów, kubków i książek, które w czasie mojej nieobecności rozniosły po domu krasnoludki. Dać młodym kolację. Jedna robota ekstra, zanim padnę (na co jeszcze mam siły: umyć podłogę? poprasować? poskładać kłąb ubrań w którejś szafie?). Zagonić młodych do mycia i do łóżek (opcja optymistyczna – uda mi się jeszcze chwilę pogadać z Miśkiem i poczytać Loli).

22 – ze zmęczenia nie mogę się zdecydować, co by tu zjeść. Wyjadam pół lodówki. I padam. Padam na kanapę, Kota mości się na moim brzuchu i tak leżymy, niemrawo łypiąc okiem to na książkę, to na Comedy Central albo Fox Life.  Wraca mąż, równie zmaltretowany jak ja.  Czasem uda nam się nawet pogadać….jak jeszcze mamy siły.

Autopilot wciąż na chodzie, bo gdybym go wyłączyła, zaczęłabym się zastanawiać, czy na pewno ma sens to, co robię. I czy naprawdę chciałam pracować. Zamiast być w domu, spokojnie gadać z dziećmi, gotować im zdrowe obiady i grzebać w ogródku.

Mam nadzieję, że to chwilowa frustracja, spowodowana ogólnym pozimowym spadkiem formy. Bo jak nie, to nawet autopilot mi się wyładuje:-( A ja zacznę żywić niezdrowe uczucie dogłębnej zazdrości w stosunku do Mamrotki i innych matek, które  mają lepiej poukładane w głowach, niż ja. I generalnie są lepszymi matkami, niż ja, chlip, chlip. Bo bez jaj, w te teorie, że nie ilość, ale jakość czasu z dzieckiem się liczy, to ja, przepraszam, ale nie wierzę.

O matko, przeczytałam to, co napisałam i składam niniejszym uroczystą obietnicę: następna notka będzie lekka i zabawna. Choćbym miała z nią czekać dwa tygodnie! Jak się wygrzebię z dołka, wznawiam działalność. Howg!

notka depresyjna

Wczorajszą notkę pisałam podwójnie zdołowana. Siedziałam właśnie przy mojej prawie dziewięćdziesięcioletniej babci. Mama wyrwała się na kilka godzin jak więzień na przepustkę. Przypuszczam, że podobnie się czuła.

Babcia wróciła do stanu dzieciństwa – tylko nie ma w tym stanie radosnego oczekiwania na rozwój, na kolejne postępy. Jest mycie, przewijanie, karmienie i opatrywanie prawie stukilowego, bezwładnego ciała. Mama wykonuje swoje obowiązki z precyzją szwajcarskiego zegarka – zastrzyki, opatrunki, leki i karmienie – dzień i noc, 24 godziny na dobę. Mówi, chodzi, gotuje, sprząta, czasem się nawet uśmiecha. Równocześnie widzę, jak powoli zamienia się w kliniczny przypadek ciężkiej depresji.

Wiecie dlaczego? Bo w tym całym wysiłku siedzi splątany kłąb zależności, poczucia obowiązku, mega poczucie winy przeplatanej niechęcią. Tylko miłości nie ma.

Każdy dostaje tyle, ile włożył. Śmieszne, że zrozumiałam to, dopiero kiedy dorosłam. Nigdy nie widziałam, żeby babcia przytuliła mamę, powiedziała – kocham cię – , pocałowała. Ja na mojej matce wieszam się nieustannie. Jestem starą babą, a wciąż mam organiczną potrzebę, żeby poczuć się bezpiecznie w cieple jej ramion. I zawsze to dostaję- zawsze mam jej uwagę, czas i stuprocentowe przekonanie, że w razie czego będzie bezpiecznym portem. Mam też pewność, że gdyby co, to nie będę miała problemu, żeby karmić, przewijać i masować. Bo ją kocham. Proste, nie?

Tylko czasem ogarnia mnie taki lęk. Czy moje dzieci przytulą mnie, kiedy będę stara? Czy włożyłam tyle, żeby dostać coś z powrotem?

Rany, chyba nurzam się od wczoraj w smutku…Dobra, głęboki wdech i idę przytulać małoletnich. Tak, żeby wystarczyło na najbliższe pięćdziesiąt lat.

how fragile we are

Miałam mieć zupełnie zwyczajny weekend. Stos prania czekał przy desce, długa lista zadań bojowych dla męża leżała na kuchennym blacie, a kwiatki wołały o przesadzenie.  Rozsadzałam właśnie pracowicie  sadzonki pomidorków koktajlowych i zżymałam sie na męża, który bawił sie pilotem, zamiast realizować  kolejne punkty z listy. Zawołał mnie do domu tak dziwnym głosem, że polazłam, jak stałam, w brudnych butach i z rękawicami i łopatką w ręce.

No, i mój zwyczajny weekend się skończył.

Wiem, prezydent, czołowi politycy, rodziny katyńskie, to ma swoją wagę. Ale tak naprawdę przecież chodzi o to, że sto osób wyszło w sobotę rano z domu, pocałowało kogoś na do widzenia, może obiecało coś przywieźć dziecku, albo poczytać na dobranoc, kiedy już wrócą. I nie wrócą. I w ciągu kilku minut życie tych, którzy zostali w domu, zmieniło się na zawsze. Całe życie będą dzielili teraz na przed…i po. I już nic nigdy nie będzie takie, jak było.

Tak, wiem, ludzie umierają codziennie, ale ta…masowość, totalność tej śmierci  wtłoczyła mi z powrotem do gardła wszystkie frazesy, jakie człowiek mówi w takich okolicznościach.

Wsiadłam w sobotę po południu w samochód, żeby kupić coś do jedzenia. Przelatywałam wszystkie po kolei stacje, wszędzie to samo. Wsadziłam do odtwarzacza wyciągniętą ze schowka po omacku płytę. Po chwili okazało się, że to Sting śpiewa  „How fragile we are”.

Tę notkę pisze kobieta, której mąż praktycznie co kilka dni wsiada do samolotu.  I co ta kobieta ma zrobić? Kiedy rzeczywistość krzyczy dzisiaj do niej z każdej gazety i programu telewizyjnego, how fragile we are? Bo na co dzień staram się o tym zapomnieć. Żeby nie zwariować.

Boicie się śmierci? Bo ja boję się tego, że gdybym umarła, ktoś by cierpiał. I boję się być tym, kto zostanie. Czyli boję się, choć trochę „naokoło”. Jednak.  Smutno mi.