Mój kot nie jest normalny

Moja kotka dostaje wiosennego świra. Niby taka poważna, dojrzała pani w słusznym wieku sześciu lat, a od tygodnia totalnie głupieje.  W kółko wchodzi i  wychodzi z domu, skacze po parapetach, mizia się i przytula, a za chwilę łapie zębami rękę, która ją głaszcze. Gdyby nie to, że od lat jest „bezpłciowa”, posądzałabym ją o jakąś ruję. Zastanawiam się nad sensem mycia okien, skoro co godzinę Inka skacze na parapet i donośnym waleniem łapami w szybę daje znać, żeby jej otworzyć. Wiecie, jaki to przerażający odgłos, kiedy wieczorem siedzę cicho na kanapie i nagle nad uchem słyszę takie „łup, łup!”?

Cóż, nie powiem jej tego, bo mnie zagryzie w nocy, ale ona generalnie jest trochę skrzywiona, a jej paranoje bywają uciążliwe. Uważa na przykład, że kuweta jest wyłącznie dla mięczaków, a prawdziwi twardziele załatwiają swoje sprawy wyłącznie na zewnątrz. Co ma swoje dobre strony (czyli kuweta czyszczona pro forma raz na kilka miesięcy), ale też te złe, czyli kota skacząca ci na twarz lub drapiąca w łóżko o piątej rano – bo siusiu jej się zachciało.

Nie wiem też, po co ciągle trzymam dla niej miseczkę z wodą, skoro jedyną uznaną formą zaspokajania pragnienia jest wsadzenie łba pod kran w wannie lub umywalce. Wisi na tej umywalce, z łebkiem ustawionym pod niemożliwym kątem, z dwiema łapami w powietrzu, żeby się nie zamoczyły i miauczy, śmiertelnie urażona, kiedy strumień wody jest: za duży, za mały, za ciepły, za zimny. Oszaleć można!

Trudno też nie nadmienić, że moja kotka ma niesłychanie wyrafinowane poczucie humoru, nie wiadomo dlaczego niedoceniane przez domowników i gości. Dlaczego na przykład nikogo nie bawi fakt, że gdy oprze ramię na oparciu kanapy, natychmiast znikąd pojawia się pazurzasta łapa, wbijająca się boleśnie w rękaw? Ach, nie zapominajmy o numerze popisowym, który kilku naszych gości doprowadził prawie do zawału.  Wygląda to mniej więcej tak: niczego nieświadomy gość przechadza się po trawniku, podziwiając zieleń. Wtedy nagle zza krzaka z mega prędkością wyskakuje futrzasta kula, w locie wysuwając pazury, którymi zaczepia się o spodnie i wdzięcznie zawisa na gościowej nogawce.

Nawet w fazie rozmruczania i przytulania nie jest z nią lekko, bo po pierwsze: kiedy jest naprawdę zachwycona procesem głaskania, zaczyna się niemożliwie ślinić, dosłownie jak ząbkujące niemowlę. Po drugie, kiedy uważa, że głaszczesz ją nie do końca tak, jak ona sobie życzy,  jest cholernie despotyczna, podrzuca nosem rękę, podgryza i szturcha łebkiem w twarz, co ma oznaczać „postaraj sie bardziej, bo jeszcze się nie ślinię”.

Jednym słowem jest stuknięta, despotyczna, hałaśliwa i irytująca. Strasznie ją kocham!

syndrom pierwszego wieczoru

Wczoraj przy firmowym ekspresie zwierzyłam się koleżance. Wiem, to brzmi jak początek powieści dla kobiet:-). Zwierzyłam się mianowicie, że sama nie rozumiem mojego nieracjonalnego zachowania. Mój osobisty wyjeżdża na tyle często, że zazwyczaj nie jestem w stanie skojarzyć sobie szybko, czy będzie spędzać najbliższy wieczór w domu. Zazwyczaj jednak wyjeżdża na krótko, dzień, góra dwa. Ale ostatnio zniknął na tydzień, w dodatku na narty. Wrócił wypoczęty, szczęśliwy i bardzo z siebie dumny, bo udało mu się tym razem nie złamać i nie uszkodzić żadnej kończyny. I, ewidentnie oczekiwał  czerwonego dywanu, obiadu i żony w przezroczystym peniuarze, która stęskniona zawisa mu na ustach.

A żona pierwszego wieczoru zaprezentowała maksymalny wkurw. No, ludzie, on mnie irytował nawet tym, jak oddycha, bez żadnego racjonalnego powodu! Miałam szczerą ochotę śmignąć go po głowie tymi nartami!

W międzyczasie do firmowej kuchni weszła druga koleżanka i słuchała moich żalów, robiąc coraz większe oczy. W końcu krzyknęła:

– Boże, jak dobrze, a myślałam, że ja jestem nienormalna! – po czym przyznała, że prawie zawsze ma identyczną reakcję na powrót swojego faceta. Następnego wieczoru wszystko wraca do normy, obiady, peniuary i zwisanie na ustach, ale TEN PIERWSZY WIECZÓR…

Ponieważ koleżanka, której się zwierzalam, przyznała, że ona ma tak samo, uznałyśmy, ze to może być jakaś szersza norma. Co mnie trochę pocieszyło, bo czułam się, przyznaję, jak ostatnia świnia, kiedy mój biedny mąż, dyplomatycznie stając parę kroków dalej, wahał się, czy może spytać o chleb na kolację:-)

I dlaczego nie wyprowadza mnie z równowagi jedno czy dwudniowa nieobecność? Moja teoria jest taka, że podświadomie się wściekam o te wszystkie samotne wieczory, samotne wożenie dzieci, zmaganie się z rzeczywistością i w ogóle. Tylko że ja mu przecież tych nart nie żałuję, do licha! No nic, i tak się pocieszyłam, że nawet jeśli jestem wariatką, to nie jestem w tym osamotniona:-) Jednak babskie pogaduszki mają działanie terapeutyczne.

Płeć czy charakter?

Odbierałam wczoraj Lolę od opiekunki. Lola omiotła mnie wzrokiem przy wyjściu i ciężko westchnęła:

– Tyle razy ci mówiłam, żebyś zapinała kurtkę. Trudno się dziwić, że masz ciągle katar, jak nie zapinasz kurtki. Bardzo proszę, zapnij ją, bo się przeziębisz….-

Udało mi się nie rozchichotać, kurtkę zapięłam, ale kiedy zaczęłam myśleć o tym odwróceniu ról, skojarzyłam sobie, że kilka dni temu przeprowadziłam analogiczną rozmowę z Miśkiem. Tylko, że jakby ciut inną:

– Misiek, zapnij kurtkę-

Misiek spojrzał na moją kurtkę i wzruszył ramionami:

– Przecież wiesz, że dzieciom powinno się zakładać jedną warstwę mniej niż sobie. A ty nawet swojej kurtki nie zapięłaś –

Jak widać, Misiek ostatnio poświęca się lekturze pism kobiecych (obawiam się, że niemały wpływ na tę tendencję mogą mieć strony z bielizną) i jest zorientowany w temacie.

Ciągle odkrywam kolejne wady i zalety posiadania dzieci płci obojga. Na przykład ostatnio, kiedy zawlokłam je do sklepu celem nabycia butów do pracy. I poprosiłam o pomoc przy wyborze. Lola, szczęśliwa jak szczeniak retrivera na spacerze, natychmiast zaaportowała mi: cekinowe szpilki, złote balerinki i różowe plastikowe koturny. Po czym uszczęśliwiła pół sklepu głośnym utyskiwaniem na mój brak gustu:

– Bo tobie to się nic fajnego nie podoba. Jak ty chcesz chodzić ubrana? To są bardzo dobre buty – krzyczała, wymachując mi przed nosem siedmiocentymetrową szpilką – zupełnie cię nie rozumiem, JA bym sobie takie kupiła.

Misiek karnie stanął przed rzędami butów, celnym ruchem wyłowił niebieskie trampki w odpowiednim rozmiarze i kazał przymierzyć. Przymierzyłam, pasowały, kupiłam ( cholernie wygodne!), a Loli na otarcie łez musiałam nabyć oczywiście białe, potwornie niepraktyczne pantofelki, raczej komunijnej proweniecji.

Nie wiem, czy to jest związane z różnica płci, czy charakteru? Czy przeraźliwie konkretne, racjonalne podejście Miśka jest podejściem typowo męskim? Czy raczej związane jest z jego analityczno – matematycznym umysłem?

Czy emocjonalny, empatyczny i lekko dramatyczny sposób zachowania Loli jest taki, bo jest dziewczynką?  I czy ona choc trochę z tego wyrośnie? Bo jak nie, to rany boskie, na czas dojrzewania wyślę ją do szkoły z internatem…

Mam nierówno „pod kopułą”

Empik. Asia idzie między regałami i cóż widzi? Widzi nowego Kinga.  Oddech Asi przyspiesza, ręce się pocą, na policzkach wypieki, niekontrolowany ślinotok zalewa sąsiednie półki. Jeszcze tylko drobny dygot spotniałych dłoni, które odwracają opasłe tomiszcze, żeby sprawdzić cenę (aaaaaaa! łaj, łaj aż tyle?!). I już. Pan w kasie udaje, że nie widzi mikroorgazmu, który właśnie przeżyłam i który może zrozumieć tylko taki sam fan Kinga, jak ja.

No cóż, przyznaję się, lubię go i już. I wiem, wiem, że czasem straszne pawie wypuszcza (nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że za „Komórkę” powinien karnie przeczytać trzy tomy „Domu nad rozlewiskiem”). Ale zasadniczo King pisze tak, jak lubię: bogato, treściwie, z dużą ilością słów, zdarzeń i postaci, które za n-tym czytaniem ciągle coś nowego pokazują.

Czytałam „Pod kopułą” przez kilka zarwanych wieczorów i nocy, i teraz chodzę trochę jak zombie. Co gorsza, dręczy mnie myśl, czy warto było. Zasadniczo jest to, co najbardziej Kingowskie: małe miasteczko, świetnie zarysowane postacie, nawet te piątoplanowe, które czasem znienacka okazują się mega ważne, skomplikowana sieć relacji międzyludzkich, no i tajemnica. Tajemnica, która jest dobitna i określa życie całego miasteczka od pierwszej strony, więc, delikatnie mówiąc, przydałoby się, żeby była taka mega solidna. A nie jest, chlip. Mam wrażenie, że mistrzowi  pary zabrakło na ten może niewielki, ale jakże istotny wąteczek.  To tak jakby iść ze wstrzymanym oddechem przez Dom Strachów w wesołym miasteczku, pełna groza i w ogóle, a w tym ostatnim , najstraszniejszym pokoju siedzi karzełek, który wyskakuje z okrzykiem Buu!

 No i teraz nie wiem, jak się ustosunkować. Niby jest super, a jednak nie do końca. Jeśli ktoś już przeczytał, to może mnie pocieszy. Na przykład, że w stosunku do tych, których cenimy, mamy większe wymagania, czy coś takiego. Żeby mi się trochę lepiej zrobiło na duszy. Zanim poczuję przymus ponownego przeczytania „Worka kości” czy „Lśnienia”, żeby sobie humor poprawić.

weekend małoletnich

Misiek się zapuszcza. Bogu dzięki nie higienicznie, ale blisko. Włosy mianowicie zapuszcza. W związku z tym nasza sobotnia wizyta u fryzjera wyglądała niepokojąco. Przynajmniej dla fryzjerki, która patrzyła na mnie, jakbym była matką dwuletniego cherubinka z blond lokami (jak wiadomo, jest to największy koszmar każdej fryzjerki).

– Proszę pani, grzywkę tak tylko trochę i bardziej wycieniować niż podciąć. Po bokach tylko te pejsy, no a z tyłu.. Misiek, jak z tyłu? A, no widzi pani, z tyłu tylko wyrównać –

Widziałam, że była zdegustowana, w końcu stałam nad nią jak sęp. Ale nie rozumiała kobieta, że ostatnia wizyta, kiedy to pozwoliłam fryzjerce na twórczość własną, skończyła się tym, że Misiek przez miesiąc nie zdejmował czapki. Bo w tym wieku, proszę państwa, większym przestępstwem niż kradzież i morderstwo jest niewłaściwa fryzura.  Ale jest OK, to znaczy nadal wygląda jak lump, ale taki lump ze schroniska, a nie z kanałów.

A Lola przeżyła pierwsze odczulanie na kota. Nawet bezproblemowo. Bo po testach skórnych, kiedy łapa jej spuchła jak balon w 30 sekund, miałam na końcu języka pytanie, czy na pewno mają adrenalinę w gabinecie. Powstrzymałam się, i słusznie, bo poza bąblem i marudzeniem było OK. A ja będę teraz liczyć kolejne tygodnie zastrzyków, w nadziei, że już nie będę wzywana do szkoły. Bo w zeszłym tygodniu zostałam wezwana przez panią, która grzecznie, lecz stanowczo poprosiła, żebym COŚ zrobiła, bo ona nie może prowadzić lekcji z powodu Lolczynego kaszlu. No to COŚ robię. Staram sie do licha, ale w końcu astma to nie przeziębienie, nie wyleży tego w domu. No nic, zobaczymy, jak się uda to całe odczulanie.

Wiosna jak w mordę

Hulam po ogródku. Jutro nie będę się mogła wyprostować. Wiem, bo już dzisiaj sczołgałam się z łóżka, ale co tam. Wiosna przyszła! Jak w mordę!

Rozkwitły mi pierwsze cztery krokusy. Z wielkim przejęciem robiłam im wczoraj mini płotek, żeby małoletni w wiosennym szale ich nie zadeptali. Całe pole krokusów już się czai na moim trawniku, żeby zaniebieścić trawę. Tulipany, które jak zwykle sadzę jesienią chaotycznie i bez planu, w najbardziej zaskakujących miejscach ogrodu wychylają zielone liściaste łebki i, jak co roku, czekam z napięciem, jaki kolor gdzie rozkwitnie? Małe poletka szafirków i białych cebulic na razie wyglądają jak łany szczypiorku, ale jeszcze chwila, i będą świecić biało- szafirowym blaskiem nawet po zmroku.

A poza tym: obcinałam, wycinałam, zbierałam śmieci, zamiatałam ścieżki, wsadzałam cebulki takich ładnych kwiatków, których nazwy nie pamiętam, ale pamiętam, że mają zabójcze kolory i siałam w doniczce pomidorki koktajlowe. Takie pomidorki trzymam później w donicy i codziennie z czerwonych girland zrywam te, które akurat dojrzały (Lesmianem poleciałam, no nie?: zrywalismy przybyłe tej nocy maliny…)

Pomyśleć, że jeszcze dziesięć lat temu byłam wielkomiejskim stworzeniem, dla którego maksymalnym wysiłkiem ogrodniczym był zygokaktus w doniczce na parapecie…. Nawet nie wiecie, jaka to frajda, taki ogródek! Z działkowym pozdrowieniem: Asia.

dobre wzorce

Wracałam z Lolą do domu. Po drodze opowiadałam o wizycie u prababci,która leży w szpitalu.

– Kiedy będziesz taka stara i chora, to ja też będę się tobą opiekować – rozmarzyła się Lola.

– No, dzięki, to miłe z twojej strony –

Lola wyczuła brak entuzjazmu w moim głosie, więc podbiła stawkę:

– I będę ci nosić zakupy, i wozić cię do sklepu, i ci sprzątać, i wszystko robić –

– Dobra z ciebie córka – rozczuliłam się wreszcie – bardzo cię kocham –

– Ja też też cię kocham, i będę cię kochać do końca życia, i nawet po śmierci. A ty?-

– Co ja? –

– No, będziesz mnie kochać nawet po śmierci? –

– Będę cię kochać przez całe życie i po śmierci – zadeklarowałam uroczyście – tylko nie każ mi teraz nacinać kciuka –

– Hę? – nie załapała Lola, która nie czytała o braterstwie krwi, ale na fali wzruszenia tą podniosłą chwilą oświadczyła:

– Wiesz, to ja nawet nie będę czekać, aż się zestarzejesz, z tymi zakupami –

Po czym bohatersko pomogła mi zataszczyć do domu pełne siaty.

Może jednak, wbrew moim czarnym przypuszczeniom, ktoś mi starość poda szklankę wody?  A przynajmniej zakupy przyniesie?

„Biblioteki z krzyżykiem” ciąg dalszy

Proszę państwa, rzucam okiem na moją półeczkę „z krzyżykiem”. Cóż widzę:

1. strasznie poplamiony egzemplarz „Pani Wyroczni” Margaret Atwood – wygląda na to, że czytywałam ją w trakcie moich ulotnych faz na bycie dobrą panią domu.  Dla zagubionych, niepewnych swojego miejsca w świecie, i dla tych, którzy usiłują być zawsze sobą, ale coś im, kurna, nie wychodzi. Działanie terapeutyczne polega na prostym przełożeniu: ja bym sobie lepiej poradziła niż  bohaterka. I od razu nam lepiej.

2. „Bastion” Kinga – idealne remedium na sobotnie przedpołudnie w hipermarkecie, warszawskie korki, promocję w Media Markt i wakacje nad Bałtykiem w lipcu. Zamykamy oczy, i widzimy…te puste ulice Nowego Jorku, cisza, echo sie niesie. No fakt, trzeba poodgarniać trochę trupów po drodze, ale jaki spokój….

3. „Nigdziebądź” Gaimana – dla złaknionych nieprzewidywalności i zmęczonych rutyną dnia codziennego. Dla mnie walor leczniczy dodatkowy: po codziennej lekturze czasem bardzo kiepskich scenariuszy jestem złakniona zręcznych puent, ładnych zaplotek akcji i fajnych grepsów.

4. „Wzgórza Toskanii” Mate Ferenca czytywałam regularnie zimą  wyłącznie z jednego powodu – przez 3/4 książki jest cholernie gorąco, grają cykady, bohaterowie piją wino i kryją się przed upałem. Po kilkunastu stronach zdejmowałam dodatkowe skarpety.

5. „Egzorcysta” – dla niskociśnieniowców zamiast kawy. Uwaga – nie czytać w pomieszczeniach ze skośnym dachem. Kiedyś czytałam ją, siedząc w fotelu pod takim skosem, a mój jeszcze-wtedy-nie-mąż postanowił podejść cicho i pogłaskać mnie po szyi. Co też uczynił, a ja rozbiłam sobie łeb o sufit ze strachu…

6. „Tracy i jego tygrys” Williama Saroyana – na małe codzienne smuteczki. Efekty działania- grupa kontrolna (czyli ja) zaobserwowała wzrost pozytywnych uczuć wobec świata i bliskich, uśmiech w stopniu umiarkowanym, ale ciepło w okolicy serca utrzymujące się kilka godzin.

No, to by było na razie tyle. Reszta moich zmaltretowanych leczniczych tomików poczeka.      A ja muszę wreszcie skończyć czytanie upiornie nudnego scenariusza, zanim walnę czołem o klawiaturę i zasnę. 

Jestem słoneczkiem, do cholery?

Ale fajnie – wygląda na to, że powinnam zacząć rozkręcać działalność z moją apteką- biblioteką:-) A mój rozsądny mąż tego nie rozumie – on uważa, że normalny człowiek czyta książkę raz. I już. Potem przecież wie, co się będzie działo, więc powtórka nie ma sensu. Tłumaczę mu mozolnie, że właśnie o to chodzi. Kiedy czytam nową książkę, nigdy nie wiem, co w niej będzie, w jaki wprawi mnie humor i czy nie będę rozczarowana. Dopiero takie już wyczytane można sobie dawkować w zależności od pożądanych rezultatów. Ciąg dalszy apteczki nastąpi, słowo, jutro na przykład, ale moja codzienna przerwa na kawę powoli się kończy i nie zdążę.

Muszę tylko odnotować coś, co chyba oznacza, że moje książki znam lepiej niż samą siebie. Mam teraz rodzinne zamieszanie – babcia leży od tygodnia w szpitalu, podobnie jak mąż Hani – opiekunki Loli. Co powoduje nieustanne mozolne reorganizowanie dnia – kto jedzie do babci, kto odbiera dzieci, komu podrzucić Lolę. Wczoraj urwałam się z pracy i pojechałam do szpitala. W sali – pełno staruszek w różnych stopniach połamania. No i tak siedzę, serwisuję, gadam, rozśmieszam babcię, podaję pani pod oknem wody, a pod tej pod ścianą bułeczkę, oglądam zdjęcia wnucząt i generalnie staram się być społecznie użyteczna. Panie wzdychają i zachwycają się, jak ja radosna, wiecznie uśmiechnięta i w ogóle cud – miód. Można by uznać, że tylko staruszki mają jakieś spaczone spojrzenie na moją osobę (pomijam już babcię, według której jestem, cytuję, promykiem słońca, tfu, tfu). Ale niedawno koleżanka, której przyznałam się uczciwie, ile naprawdę mam lat, wyglądała na totalnie zaskoczoną, bo jak stwierdziła, zawsze jestem taka uśmiechnięta i energiczna, że była przekonana, że mam 10 lat mniej.

No i teraz pytanie do psychologa – czy jest możliwe, żeby to, jak postrzegamy siebie, mogło się tak drastycznie różnić od tego, jak widzi nas otoczenie? Bo mnie wydaje się, że to wręcz gigantyczna rozbieżność. Zawsze postrzegałam się jako wyciszoną introwertyczkę z nosem w książce i minimalnymi zdolnościami towarzyskimi. Może tylko z wiekiem przestało mi zależeć, co kto o mnie myśli i trochę się wyluzowałam, ale wciąż uważam, że jestem zamknięta w sobie i taka raczej ponura…Gnębi mnie to od wczoraj, bo: albo kompletnie nie znam samej siebie, co w moim wieku jest trochę niepokojące, albo odruchowo tak maskuję swój prawdziwy charakter przed otoczeniem, że zaczynam się bać samej siebie – może ja mam skłonności socjopatyczne? Czy jak?

recepta na książkę

Mam taką półkę, na której trzymam podręczną apteczkę- nie z plasterkami i Apapem ,tylko z książkami, które służą mi jako pierwsza pomoc w przeróżnych dolegliwościach fizyczno – duchowych. Oto krótki przewodnik po „Medycynie bibliotecznej by Asia”:

1 „Życie wśród dzikusów” i „Poskramianie demonów” Shirley Jackson – na problemy emocjonalne wynikające z posiadania więcej niż jednego dziecka, więcej niż jednego zwierzęcia i więcej niż jednego pokoju. Lepsze niż Valium i czekolada. Efekt natychmiastowy murowany.

2. „Baranek” Christophera Moore – lek na męczące dyskusje religijno – światopoglądowe, działa jak odtrutka błyskawiczna w przypadku przyjęcia zbyt dużej ilości  konwersacji z Lolą na w/w tematy

3. „Małżeństwo po szkocku” zupełnie nieznanej mi (i słusznie) autorki – neutralizuje potencjalnie szkodliwy wpływ literatury intelektualnej (ostatnio zażywałam po spożyciu „Toksymii”) – bezdennie głupi romans historyczny, gdzie bohaterka zajmuje się wyłącznie przymierzaniem żonkilowych toczków, perłowych krynolin i futrzanych etoli

4. „Podróż do kresu nocy” Celine – na nieokiełznane przypływy radości życia, działa na zasadzie przeciwnej do antydepresantu. Uwaga! Zażywany w większych dawkach może prowadzić do nieodwracalnych uszkodzeń w psychice, a nawet do zgonu (samobójczego)

5. „Colas Breugnon” Romain Rollanda – recepta na wszystko. Ustawia świat we właściwych proporcjach, dystansuje, odpręża, po dłuższej lekturze przerywa ataki frustracji, niechęci do bliskich i zwątpienia w sens życia. Ostrożnie- może powodować zwiększony apetyt!

6. „Zabić drozda” Harper Lee – koi stany depresyjne związane z wiekiem, pozwala podryfować w świat dzieciństwa i dzięki temu na chwilę zapomnieć o tym, jak cholernie szybko się starzeję

7. „Miasteczko Salem” Kinga – w przypływach irytacji na najbliższe otoczenie, w tym upierdliwych sąsiadów, dzieci hałasujące za oknem i nieuprzejmą sprzedawczynię. Bo tylko jedno ugryzienie wystarczyło by przecież, żeby cały dzień był spokój – ta myśl naprawdę uspokaja. Uwaga, skutki uboczne zapewnione – po pierwszej lekturze żadna ludzka siła nie zmusiłaby mnie do odsunięcia wieczorem  zasłony w oknie, a mieszkałam wtedy na 4 piętrze…

Dla zainteresowanych mogę katalogować moje lekarstwa dalej, a na razie polecam się jako domorosła farmaceutka – bibliofilka. Może założę sklep internetowy? Pod hasłem: „Powiedz, co cię boli, a ja znajdę na to lekturę”?