Poproszę pół kilo izolacji

Że co? Że długo nie pisałam? A dajcie spokój. Co się już-za-momencik zebrałam, to świat wykręcał nowego fikołka. No i jest tak (teraz telegraficzny skrót półrocza): Pandemicznie wylądowaliśmy raczej na minusie. Męża firma poleciała wypowiedzeniami już pod koniec marca. Więc mąż bez pracy i na razie w marnymi perspektywami na nową, no bo wiadomo, świat się chwieje w posadach, mocarstwa upadają i jeźdźcy apokalipsy kłusem zmierzają w naszą stronę. Wierzcie mi, chwilowo bardziej niż brak dochodu niepokoi mnie fakt, że On Cały Czas Jest w Domu. To szalenie dziwne uczucie, taki mąż domowy, nadal nie przywykłam…

Miśkowi koronawirus zaszkodził podwójnie. Raz, że z powodu zamknięcia biblioteki uniwersyteckiej ma opóźnienie w pisaniu licencjatu, a miło by było w końcu zamknąć ten etap edukacji, nieprawdaż. Dwa, że dokładnie w momencie największej paranoi, kiedy to pamiętacie, człowiek przecierał spirytusem klamki, koty i podeszwy butów, Misiek zachorował. I to tak jakby spektakularnie. Rozpoznajecie objawy? Trwająca dwa tygodnie bez przerwy gorączka, codziennie ponad 39 stopni, duszności, masakryczne zmęczenie i osłabienie.

Oddanie się w tym czasie w ręce służby zdrowia było przejawem,  nie wiem, czy bardziej desperacji, czy rezygnacji. Ale spanikowani poddaliśmy się w końcu i zawlekliśmy Miśka do szpitala. Zakaźnego, a jakże. Wiecie, faceci w kosmicznych kombinezonach, namioty przed wejściem, stan oblężonej twierdzy i tak dalej. Misiek z gorączką 39,5 spędził tam upojne cztery godziny, poddając się rozlicznym badaniom. Ostatecznie zrobił niespodziankę wszystkim, bo okazało się, że właśnie ten dziejowy moment wybrał sobie na przechorowanie mononukleozy. No ale nerwy mi zeżarł dokumentnie, zanim się to przetoczyło do końca.

Lola i zdalne nauczanie. Epopeja raczej bolesna, i dla niej, i dla mnie – jako że pracowałam po przeciwnej stronie stołu. Staram się wymazać z pamięci te trzy miesiące, ciągle rwący się internet akurat w trakcie klasówki i wybuchy frustracji, bo nauczyciele wykazywali się doprawdy zadziwiającą kreatywnością i brakiem jakiegokolwiek wspólnego frontu. Pięć różnych platform do prowadzenia lekcji, nakładające się zajęcia, zadania wymagające paru godzin pracy dodatkowej, brak życia towarzyskiego, no długo by opowiadać. Jak nie uruchomią normalnej szkoły od września, obie przejdziemy na Xanax albo Prozac.

Za to ja potrzebuję terapii na już. Bo dla mnie pandemia nie oznacza izolacji, ale zagęszczenie na granicy tolerancji psychicznej. Od lat pracuję w domu. Co oznacza, że od rana do popołudnia jestem zazwyczaj SAMA. Karmię mój introwertyzm bardzo sporadycznymi kontaktami towarzyskimi i wyłącznie internetowymi kontaktami zawodowymi. Ale od ponad trzech miesięcy w moim domu przebywają niemal non stop cztery osoby. CZTERY OSOBY. Dorosłe, dobrze wychowane i sympatyczne. Ale jednak SĄ. Ciągle coś mówią, chodzą, oddychają. Jeść chcą, imaginujecie to sobie? Codziennie! Nalitośćboską.

Wiecie, co mi się śni od dwóch miesięcy?

Mała chatka w Bieszczadach, trzydzieści kilometrów od najbliższej wioski… stacja badawcza na Antarktydzie…dno Rowu Mariańskiego… schron przeciwatomowy pod trzystukilometrowym polem kukurydzy w Nebrasce…samotna misja na Marsa…

 

Korektor racic

Życie nieustannie mnie zaskakuje. Przed chwilą otworzyłam moje konto na Linkedinie, który uprzejmie i regularnie podsuwa mi oferty pracy z zakresu tłumacz/redaktor/korektor. W ten właśnie sposób odkryłam, że gdybym znała czeski albo ukraiński, byłabym niezwykle poszukiwanym na rynku zasobem ludzkim. Ale dziś odkryłam zupełnie nową możliwość. Moja uwagę przykuła schowana między propozycjami pracy dla korektorów (1000 zł brutto miesięcznie za 100 tekstów – no, sojowych latte to za to się pić nie da) i tłumaczy (płynna znajomość węgierskiego, słowackiego i czeskiego) następująca oferta – korektor racic. W sumie powiem wam, że spełniam wymogi. Mam prawo jazdy, wykształcenie podstawowe, mogę jeździć po całym kraju i chętnie udam się na szkolenie z korekty racic. Nie bez znaczenia byłby też estetyczny i twórczy aspekt zawodu. Bo rozumiem, że to taki pedicure dla krówek czy świnek? Mogłabym wypracować nawet indywidualne hasła „Piękniejsze bydło, szczęśliwsi hodowcy” albo „Piękna racica trzodę zachwyca”.  Własna strona internetowa ze zdjęciami zadowolonych klientek….propozycje stylizacji racic na co dzień i od święta….opcjonalnie hybryda na racice…Rozmarzyłam się.

Poza korekcją racic zaskoczył mnie wczoraj WOŚP. A właściwie port lotniczy Okęcie, który, jak się okazało, pilnie strzeże swoich pasażerów przed atakami hojności. Odbierałam wczoraj męża z lotniska i nawet się ucieszyłam, że mam wolną chwilę, akurat na znalezienie wolontariuszy ze skarbonką. Ale kiedy po długim poszukiwaniu znalazłam wreszcie dwie dziewczynki z identyfikatorami, okazało się, że nic z tego.

– Czy ja wam mogę coś wpłacić? — spytałam ucieszona, że wreszcie mi się udało je znaleźć.

-Nie, proszę pani – odparły smutno – właśnie nam powiedzieli, że nie możemy zbierać na lotnisku, bo zagrażamy bezpieczeństwu –

Zawiesiłam się na moment po tej deklaracji. Wyglądały dość niepozornie, ale co ja tam wiem, ostatecznie mogły w skarbonce nosić bombę.

– No doobra. A czy jak wyjdziemy na zewnątrz, to nadal będziecie zagrażać bezpieczeństwu?

– Chyba trochę mniej – rozchichotała się mniejsza.

Wyszłyśmy więc na postój taksówek, gdzie w konspirze podobnej jak w pokątnym handlu narkotykami udało nam się dokonać transakcji finansowo – serduszkowej. W sumie inspirujące doświadczenie, a przy okazji poczułam się niesłychanie wręcz bezpieczna dzięki trosce ochrony lotniska. Dwa w jednym.

Kombo

Po czym poznać, że zbliżają się święta? Tak, oczywiście. Golfowa Wigilia! Czynię postępy na wyboistej drodze przystosowania społecznego. Niewykluczone, że może mieć to związek z faktem, że tym razem nie piłam. Ominęły mnie więc spontaniczne i nieco krępujące zachowania, jakie hojnie prezentowałam w ubiegłych latach.  Mąż wprawdzie kusił mnie i pocieszał jednocześnie – Oj tam, napijesz się i jakoś to będzie –

Ale ja już wiedziałam swoje, więc ponuro stwierdziłam: – To nie pomaga, kochanie, zupełnie nie pomaga – i obiecałam być kierowcą.

Wigilia golfowa na trzeźwo była podobnie trudnym doświadczeniem, jak zazwyczaj, ale zachowywałam na twarzy sympatyczny uśmiech, spożywałam wytworne dania, nie zrzucając sobie na kolana sałatki, dyskretnie skrolowałam fejsunia pod stołem i jakoś dotrwałam do czasu, kiedy towarzystwo powoli się rozlazło i udało mi się wyciągnąć mojego szczęśliwego, rozgadanego męża do domu hasłem – Kopciuszku, północ wybiła, kareta czeka –

A, tak apropos Kopciuszka.  No serio, miałam tym razem trzydniowe kombo, która rzadko zdarza mi się w moim cichym, introwertycznym życiu. Następnego dnia po golfowej wigilii wybraliśmy się na „Dziadka do Orzechów” w wykonaniu Baletu Moskiewskiego. Wiem, wiem, obiecywałam sobie, że nigdy więcej. W dodatku tym razem sama sobie zgotowałam ten los. JA już wiedziałam, że nie lubię baletu. Lola jednak uparcie twierdziła, że ona chciałaby jednak chociaż raz zobaczyć. Doobra. Poszłam na całość i doprosiłam do towarzystwa moich rodziców. Którzy, w przeciwieństwie do wyrodnej córki, są koneserami kultury wysokiej i Balet Moskiewski przemawia do ich wrażliwości artystycznej (No tak, teraz już mam pewność, że jestem adoptowana).

Całe towarzystwo, odstrojone jak na pochód pierwszomajowy, władowało się do samochodu, prowadzonego przez męża. Co okazało się pierwszym błędem, bo rozgadany ojciec po kilkunastu minutach jakby przycichł i znieruchomiał. Zupełnie zapomniałam o tym, że ma koszmarną chorobę lokomocyjną, która wprawdzie uruchamia się tylko wtedy, gdy jest pasażerem, ale za to z siłą huraganu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, tatuś był zielono szary, chwiał się na nogach i zasadniczo słabo kontaktował. Przez połowę przedstawienia skupiałam się głównie na tym, czy jeszcze żyje i czy mam wzywać pogotowie. Może to i dobrze, bo teraz już definitywnie następnego razu nie będzie. Nie ogarniam tego baletu. Nie mogę pojąć, czemu oni zadają sobie tyle trudu tym strzyżeniem nóżkami i machaniem rączkami, żeby wyrazić coś, co można prosto zwerbalizować. No męczę się, jak patrzę.

Lola była zachwycona muzyką i kostiumami, ale przyznała, że zasadniczo też jej nie porwało. Co  rzeczywiście jest zaskakujące, zważywszy na to, że ona reaguje niesłychanie żywiołowo i emocjonalnie na wszystkie przedstawienia, na jakie ją ciągamy. Po musicalu Once w Romie siadła w samochodzie i zaczęła szlochać. – A czemu ty, dziecko, ryczysz? – spytałam osłupiała. – Bo to było takie piękne – wychlipała moja wysoce wrażliwa córka.

A tak – niedawno odkryliśmy, że Lola jest rzeczywiście, wedle wszelkich kryteriów Osobą Wysoko Wrażliwą. Do tej pory nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje, ale rzeczywiście, idealnie wpisuje się w opis, praktycznie we wszelkich aspektach. Wiem, że nazwanie czegoś może nie wydawać się tak istotne, ale w tym przypadku pomogło nam wszystkim wręcz niewiarygodnie. Zwłaszcza Loli, która wyznała mi szczerze, że miała czasem podejrzenia, że jest nie do końca normalna. Widziałam, jaka ulgę sprawiło jej to, że jednak jest, że są inni, którzy podobnie odbierają świat i że nie jest jedyna ze swoim emocjonalnym stosunkiem do rzeczywistości.

A, zaraz, o kombo miało być. Następnego dnia spotkałam się z moją  długo niewidzianą przyjaciółką i ludźmi z mojej bardzo odległej przeszłości. W pewnym sensie to było jak spotkanie z duchami. W naszych rozmowach ożyli ludzie, których już nie ma, i ci, którzy dla mnie nadal mają po szesnaście lat i nie umiem przełożyć ich sobie w głowie na statecznych dorosłych, jakimi teraz są. Bardzo dziwne, nierealne chwile przeżyłam.

Dla mojego introwertyzmu był to naprawdę wyczerpujący maraton i cały weekend jakoś się ogarniałam psychicznie, jednocześnie usiłując zaplanować strategię świąteczną. Gdyż albowiem czeka mnie niedługo naprawdę poważne wyzwanie – pierwszy raz urządzam wigilię dla teściów i szwagierki z rodziną. Na razie wiem tylko, że głównym daniem na mojej wigilii będzie rosół. Takie świeże podejście do tradycji…

urodzinowe róże

Moment, kiedy  odkrywasz, że starość tuż tuż…

Mąż kupił mi bukiet róż na urodziny. Wierzcie mi, ogrooomny. No dosłownie, fala czerwieni. Trwałam w oszołomieniu i wdzięczności przez dłuższą chwilę, aż do pochopnego i dość niefortunnego, jak się okazało, wyznania męża: – Bo wiesz, nie mamy teraz za bardzo kasy – rzekł skruszony – więc kupiłem tyle róż, ile połowa twojego wieku.

Serio? Serio??? Jeszcze raz spojrzałam na imponujący i definitywnie liczny łan kwiecia. I zamilkłam wstrząśnięta. Serio?

Ale potem już było tylko lepiej. Czy gorzej, sama nie wiem. Bo cholerny Facebook uprzejmie przypomniał wszystkim o tym dniu, więc dostałam mnóstwo życzeń, prezentów, miłych słów, znowu życzeń i jeszcze więcej prezentów. Czułam się prawie jak mała dziewczynka w Boże Narodzenie, oczywiście, dopóki nie rzucałam okiem na bukiet róż na stole…

Wiecie co, starość jest do dupy.  Chcę być znowu młoda i głupia, i naiwna, i popełniać wszystkie możliwe błędy, i myśleć, że mam całe życie, żeby je naprawić. To pitolenie o urokach wieku dojrzałego można sobie wsadzić. Taka prawda. Rzekłszy to, oddalam się z godnością, żeby w kokonie z koca czytać o spółce detektywistycznej wiedźmy, wampirzycy i skrzata. (Ha, pięć punktów dla tego, kto wie, o jaka książkę chodzi!)

ponieważ że iż

Ponieważ że idzie jesień, lepiłam z gliny, kupiłam samochód i skończyłam opowiadanie o duchach.

Natalia nie musiała mnie długo namawiać. Napisała tylko: Idziesz lepić fallusy z gliny? No ja nie, jak tak? Oczywiście nieco mnie zwiodła, bo po krótkim namyśle zbiorowo uznałyśmy, że gliniane fallusy to nie do końca to, co chcemy robić w sobotni wieczór, i przerzuciłyśmy się na półmiski. Sami przyznajcie, że półmiski mają więcej codziennych zastosowań, można je z większą dumą zaprezentować gościom, no i są jakby bardziej wielowariantowe. Po spożyciu sporych ilości wina wielowariantowość półmisków oszołomiła nawet nas same.. efekty, rzecz jasna,  zaprezentuję z rozkoszą, ale dopiero po szkliwieniu. Czyli jak już wyroby wyschną, a nam wątroby się zregenerują.

Samochód nabyłam niemal tak samo spontanicznie. Snobistyczny Gustaw, którego darzyłam szczerą niechęcią, poszedł w dobre ręce, Misiek zaanektował mojego staruszka Stefana, a ja zostałam bez pojazdu. Wiedziałam więc, że muszę kupić, i że mąż z rozkoszą przewlecze mnie w tym celu po absolutnie wszystkich salonach, gdzie będę musiała odbyć jazdy próbne i udawać, że rozumiem, co do mnie mówią sprzedawcy, i nie dajbóg, analizować różnice międzypojazdowe. Koszmar. Więc pojechałam raz, a dobrze. Wysiadłam po jeździe próbnej i poinformowałam nieco wstrząśniętego męża i chyba jeszcze bardziej zaskoczonego sprzedawcę – Ten mi się podoba, bierzemy.

Kazio jest Kią Stonic i jest cudny. Ma milusi ciemnoniebieski kolorek, podświetlany ekranik w środku, radio, które działa, cztery koła, bagażnik, w którym coś się mieści, wycieraczki, posłusznie wycierające deszcz, a poza tym ładnie warczy, hamuje, jak go poproszę, jedzie, jak go odpalę, i generalnie panuje między nami pełna harmonia. On daje, co może, ja niewiele wymagam – w istocie, rzekłabym, związek doskonały. Oczywiście przyznam się uczciwie, co okazało się czynnikiem decydującym – wyobrażacie sobie, że Kazio ma PODGRZEWANĄ KIEROWNICĘ? Jak to odkryłam, wiedziałam już, że nie możemy się rozstać. Osobom o słabym krążeniu takie samochody powinno się przepisywać na receptę.

Na koniec – na życzenie Magdy wrzucam zdjęcie mojej nowej kuchni, z pewną obawą, że może ona obiektywnie jednak nie jest aż tak cudna, ale ja ja kocham i tak:-)

 

kuchnia 2

Mamut i inne czasy

Kiedy już myślisz, że nic, co stworzyła kinematografia, nie jest w stanie cię zaskoczyć, a potem włączasz TV i odkrywasz film o mamucie, który ożywiony kosmicznym śluzem sieje zniszczenie i wysysa energię z mieszkańców małego miasteczka. Trąbą, rozumiecie? Trąbą! O, są już agenci FBI w czarnych okularach! I dotknięty rodzinną tragedią szeryf! Moment, moment…tak! Para ciekawskich nastolatków też już się pojawiła!  Impreza…piją i się obściskują: definitywnie wróżę im rychłą śmierć. Idę po popcorn, podskakując radośnie.

Ale przyznam się jeszcze pospiesznie do czegoś, co może mieć niejaki związek z powyższym akapitem, bo może rzucić światło na moją kondycję intelektualną.

Noblistka mnie pokonała. Czytałam „Prawiek i inne czasy”, książeczkę rozmiarów raczej skromnych, przez ponad dwa tygodnie. Ze trzy razy miałam już zrezygnować, ale uparłam się. Skończyłam wczoraj, ale nawet gramatyka opisowa języka starogreckiego mnie tak nie zmęczyła. Serio, nie mam pojęcia, dlaczego. Świetny język, kreatywnie zbudowany świat, wrażliwość spojrzenia. Realizm magiczny naprawdę lubię, więc to nie kwestia gatunku.

Żebym jeszcze przyznała się do zmęczenia przy czytaniu, można by to uznać za przejaw intelektualnych zmagań, czy coś. Ale ja byłam bezgranicznie znudzona. Kompletnie nie miałam ochoty się dowiedzieć, co będzie dalej. Historie się toczyły, a ja niewzruszona, jak na wykładzie z ekonomii.

No. Stało się. Przyznałam się do znudzenia wybitnym dziełem. Teraz mogę się oddalić do kąta i ssać kciuk (kiedy już obejrzę do końca film. Bo wiecie, kustosz muzeum historii naturalnej i ocalała z wysysania agentka knują, jak uśmiercić mamutka, a rozmrożona dłoń ofiary wystukuje w mikrofalówce Morsem przesłanie od kosmitów).

Serio. Mam się nie zniechęcać i spróbować czegoś innego? Tokarczuk znaczy? Polecacie coś, co porusza intelektualnie, ale też jakby trochę..no nie wiem, wciąga?

jesień przyszła

I grabię. Bez przerwy. Jak grabię z przodu, z tyłu leci. Kiedy się obrócę, za moimi plecami słyszę ciche szur szur i kolejne stosy pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mam w ogrodzie dziesięcioletnią katalpę z liśćmi jak patelnie i dwunastometrowy tulipanowiec monstrum. Upycham w workach kolejne metry sześcienne tego żółtego paskudztwa i z niedowierzaniem wspominam, jak jeszcze parę miesięcy temu cieszyłam się z jasnozielonych, budzących się do życia pączków. Czuję się doprawdy nieco przytłoczona obfitością tegorocznego materiału roślinnego.

Ale właśnie przy grabieniu przeżyłam iluminację, jak dalej pchnąć moje opowiadanie o jednej takiej pani, która widzi duchy. No nijak nie mogłam przeskoczyć tego, że duchy muszą zawiadomić o czymś kogoś, kto ich nie widzi i nie słyszy. Trochę poszłam na łatwiznę, fakt, no ale ileż można kombinować. Tak więc niewykluczone, że Marianna jednak przeżyje swoje spotkanie z seryjnym mordercą. Ale zobaczymy, zobaczymy (Asia złowieszczo chichocze i zaciera łapki). Ja piszę opowiadanie, Misiek rzucił pracę, a moja córka nosi brodę. Zwykła kolej rzeczy, nieprawdaż.

Misiek był baristą doskonałym, ale nie udźwignął tego, że przez cztery dni w tygodniu siedzi na uczelni niemal do wieczora, a pozostałe trzy niemal w całości spędza w pracy, zapieprzając jak maszyna, bo weekendy w popularnej kawiarni w centralnym puncie stolicy to zdecydowanie nie był relaks. Rozważnie uznał, że może jednak warto byłoby mieć chwilę na napisanie licencjatu, a może nawet, o zgrozo, jakieś życie towarzyskie. Pożegnał się więc chwilowo z pracą, po czym przespał szesnaście godzin, żeby odreagować.

Lola miała w czwartek szkolne Dziady. Sprytny manewr, nie powiem, żeby ominąć złowieszcze konotacje z przerażającym Halloween. W końcu nikt nie może się przyczepić do staropolskich tradycji. Nie mam pojęcia, za kogo była przebrana, zdaje się, że za jakąś postać z Igrzysk Śmierci, jednak efekt był powalający. Spóźniłam się nieco na stację, więc Lola zadzwoniła do mnie i oznajmiła grzecznie – Nie żeby coś, ale ja i moja broda czekamy na ciebie pod sklepem. I może się pospiesz, bo wiesz, ludzie się niepokoją.

Jednak pod sklepem nie zastałam Loli, tylko jakiegoś młodego fircyka w czerwonej koszuli, ogromnej męskiej marynarce i pieczołowicie odmalowanym trzydniowym zarostem na twarzy. Ludzie faktycznie nerwowo oglądali się za moją córką, niektórzy prychali, a jedna pani pospiesznie się przeżegnała. – Ty tak przejechałaś całe miasto? – spytałam w osłupieniu.

-Tak, metrem i pociągiem – odparła radośnie Lola zza brody

-I co? Nie zaaresztowali cię?

-Eee, Japończycy zrobili mi zdjęcie. A tacy starsi państwo wyrazili zgorszenie. I jeden koleś przybił mi piątkę i powiedział, że super broda.

No, ja myślę.

W wolnych chwilach oglądam na Netflixie „Good girls” – genialne, i „Miss Fisher’s Murder Mysteries” – niemal równie dobre. Kobiety na ekranie rządzą. Namówiłam też męża, żeby kupił mi nowego Kinga na wczesny prezent urodzinowy. Po czym zrobiłam mu dużą przykrość, bo przeczytałam Instytut w trzy dni, a on liczył na to, że wystarczy mi na tydzień co najmniej. Co ja poradzę, wciągnęło mnie.

A no i kocham moją nową kuchnię. Co tam, ja ją wielbię. Czasem tak stanę, popatrzę, szufladkę wysunę, szafkę otworzę, pyłek z blatu zetrę i dumam, czy złożyć kwiaty przed lodówkę, czy lepiej zapalić świeczkę wotywną. Jest abso-kurde-lutnie przepiękna i warta każdej sekundy spędzonej z Wasylem!

Wasyl i mroczne materie

Rodacy,

Z gruzów i zgliszcz pisze do was Asia z remontową pylicą płuc, zatruciem lotnymi związkami czegoś tam, kręgosłupem w ruinie i nerwami w strzępach.

Nie róbcie remontu kuchni. Albo zlećcie go komuś i polećcie w tym czasie na Bali. Albo zostańcie, ale nie bierzcie do pomocy Wasyla.

Kilka dni przed ostatecznym upadkiem Rzymu, znaczy starej kuchni, zdałam sobie sprawę, że: mąż w delegacji, Misiek w pracy, Lola na wyjeździe integracyjnym, a ja sama, chociaż nie chucherko, raczej sama kuchni nie rozwalę. Chociaż przez moment pielęgnowałam w głowie wizję, że jak Dexter z piłą elektryczną albo Thor z młotem wchodzę i sieję destrukcję i zniszczenie, to po namyśle uznałam to jednak za pewną przesadę, zważywszy na ilość różnych dziwnych podłączeń i kabli. Boję się prądu, rozumiecie.

Stolarz poproszony o radę gorąco zarekomendował mi Wasyla. Wasyl – człowiek orkiestra, który potrafi absolutnie wszystko i tylko z wrodzonej skromności jeszcze nie kandydował na stanowiska rządowe. Poprosiłam go więc o szeroko zakrojoną współpracę pod tytułem „wszystko, czego stolarz nie zrobi, a ja nie potrafię”.

Wasyl okazał się uroczym człowiekiem z cechą charakteru, która początkowo uznałam za niezwykłe, sarkastyczne poczucie humoru. Z czasem okazało się jednak, że to raczej defetyzm level master. Po kilku dniach z Wasylem czuję, że nawet trzy części „Głupi i głupszy” skompresowane z pięcioma polskimi komediami romantycznymi z Karolakiem nie wystarczą w ramach mojej psychoterapii.

-To się zniszczy, pani Joanno – mrocznie przewidział Wasyl na wstępie. – A tego to się nie da –

Dalej było tylko gorzej: – Wybuchnie, no jak nic, w kosmos poleci – wieszczył, likwidując zaworek – Cała kuchnię zaleje, i nawet Wasyl tego nie uratuje –

Czy wspomniałam już, że Wasyl mówi w trzeciej osobie? Do tej pory nerwowo oglądam się, czy gdzieś za mną nie stoi drugi Wasyl, co byłoby zaiste nie do zniesienia, zważywszy na fakt, że ten jeden wystarczająco rujnuje mi psychikę.

-Pani Joanno, trzy metry kabelka półtorażyłowego potrzebuję. I zaworek taki, o ja pani narysuję –

No cóż, jedyną rzeczą, jakiej Wasyl nie potrafi, jest rysowanie. Dzięki temu mam teraz mnóstwo znajomych w pobliskim budowlanymi i hydraulicznym.

-O, pani od puzelków – chichoczą do mnie spotkani na bazarku panowie z hydraulicznego. Zdesperowana nieustannymi próbami rozszyfrowania wasylowych szkiców wysypałam im torbę części od syfonu i obwieściłam – Panowie sobie to poukładają i zobaczą, czego brakuje, żeby zamontować zmywarkę –

-O, puzelki. Lubimy puzelki – ucieszyli się panowie i przez kwadrans radośnie dopasowywali elementy.

Nie śpię po nocach, rozmyślając o wszelkich możliwych katastrofach, przewidzianych do tej pory przez Wasyla. Dwa dni temu zerwałam się o czwartej rano, pewna, że teraz to już na pewno zaworek puścił, podłogę mi zalało, albo przez zwarcie w kabelku stają w płomieniach moje połowicznie skręcone szafki….

Zwierzyłam się stolarzowi z moich obaw. – O, panią też straszył? – ucieszył się stolarz – Jedna moja znajoma płakała przez cały tydzień, jak Wasyl jej remontował łazienkę –

No fajnie wiedzieć, że nie jestem jedyną znerwicowaną ofiarą tych mrocznych wizji…

-No, tu trzeba będzie wyciąć – oznajmił Wasyl przed chwilą – ale ten blat to się na pewno przy tym porysuje. Wasyl to wszystko zrobi, pani Joanno, ale tego to nawet on nie potrafi. Blat szlag trafi i już-

-Może kawy, panie Wasylu? – proponuję słabo z wizją mojego nowego, zrujnowanego blatu przed oczami.

-To by była łapówka, pani Joanno – z godnością obwieszcza Wasyl i zabiera się do roboty, a ja trzęsącymi się rękami piszę do was z otchłani rozpaczy. Ratunku!

 

 

 

 

 

Czeska fałda

Mieszkam na polu golfowym. Całkiem dosłownie. Wychodzę na balkon i poza rozkosznie zamglonym pasmem górek i zielonym lasem na horyzoncie widzę zielony trawiasty dywan z greenami, farewayami i chorągiewkami przy dołkach. Nie powiem, milusi widok, jeśli człowiek nie myśli o tym, ile oni w to wpompowali drogocennej wody. Gnojki nieekologiczne. No ale ja nie o tym. Mąż poprosił, żebym mu towarzyszyła w turnieju, a ja oczywiście,  jak dobra arabska żona, krok za nim i przytakuję, nieprawdaż. Więc mój weekend wygląda tak, że on rano rusza na Wielkie Machanie Kijem, a ja spaceruję, pracuję i oddaję się innym rozrywkom w doborowym inteligentnym towarzystwie, swoim znaczy.

Ja znowu nie o tym, dygresje mam jak moja teściowa, która w ciągu pięciu minut potrafi przejść od  – A w tym niebieskim domu mieszka drugi kuzyn stryjka Witolda, i on powiedział, że w wojsku…. – do – ….I ta moja koleżanka, co to jej córka wyszła za brata ciotki Anielki, to ona właśnie powiedziała, że pomidory szkodzą na żołądek –

Znowu się odchudzam. Jak zwykle oczywiście. Powinnam wreszcie popełnić jadowity wpis na temat menopauzy i jej niecnych uczynków. Poza bezsennością jest absolutnie bezwzględna w roztywaniu niewinnych ludzi. Ledwie się spuszczę z oka na minutę, ledwie zadumam się przy wystawie cukierni, a już moja fałda brzuszna zaczyna mi spływać na kolana. Horror, powiadam wam, który zrozumie tylko weteran tej nieustannej wojny. Żuję seler, miksuję szpinak i chrupię marchewkę. Nie chciałam zaprzestawać tych pozytywnych działań ze względu na wyjazd, bo już całkiem nieźle szło i prawie przestałam śnić o pączkach i bitej śmietanie. Ale Czesi doprawdy rzucają mi kłody pod nogi. A niby miły naród, sąsiedzi i w ogóle. Pierwszego dnia poszliśmy z mężem na obiad do uroczej knajpki. Szukałam (bez konotacji z czeskim znaczeniem tego słowa) w wyłącznie czeskim menu czegoś, co mogło by sugerować sałatkę czy coś dietetycznego. Bez rezultatu, więc zdałam się na kelnera. Pan z życzliwym zainteresowaniem próbował dociec, czy ja jednak przez słowo sałatka na pewno nie mam  na myśli knedlików z gulaszem. W końcu słowo „zdrowe” naprowadziło go na dobry trop. Rozpromienił się cały i rzekł z triumfem – Zdrowe! Mamy zdrowe! –

I przyniósł. Ogromny talerz zimnego makaronu wytaczanego na bogato w majonezowo – czosnkowym sosie, wymieszanego z jajkiem na twardo i soczewicą. Na wierzchu w charakterze sałatki tkwił smętnie listek rukoli.

Nic to – powiedziałam mężnie – na kolację to już będzie zdrowo. No prawie. W menu kolejnej restauracji sałatek znowu nie było, ale znalazłam coś, co odszyfrowałam jako kurczaka i chyba coś kalafiorowego. Był. Kurczak znaczy. Wprawdzie usmażony w głębokim tłuszczu, ale jednak. Kalafior występował natomiast w postaci maślano-kalafiorowej pasty o ładunku kalorycznym zdolnym wyżywić afrykańską wioskę przez miesiąc.

Postanowiłam, że dam Czechom kolejną szansę, bo jednak weekend na czczo uznałam za zbędne ekstremum. I uwaga – dostałam dziś menu w języku angielskim! – No teraz już nie ma możliwości pomyłki – zachwyciłam się i po skrupulatnym przeczytaniu opisu (pikantna zupa z cukinii z tofu, warzywami i kolendrą) stwierdziłam, że to będzie strzał w dziesiątkę.  Faktycznie, w misce przyniesionej mi zupy w pewnością gdzieś były warzywa i chyba nawet tofu. Trudno było mi jednak odnaleźć pod grubą warstwą wędzonego, ociekającego tłuszczem boczku i podgardla, na których to składnikach ta dietetyczna zupka została ugotowana. Patrzyłam i czułam, jak moja fałda wypływa triumfalnie ze spodni i wyrywa się na wolność…..

Matko, jak dobrze, że jutro wracamy do domu. Mąż, ja i moja fałda. Jeszcze trochę czeskiej dietetyki i nie byłoby co ratować. Ale serio, czy Czesi nie jadają sałatek? Zieleniny? Czy ja mam mega pecha do knajp?

 

Let it go

Zawsze uważałam się za wyluzowaną matkę. Nie przejmowałam się, że moje dzieci jedzą piasek w piaskownicy i brudne jabłka. Nie stymulowałam ich rozwoju intelektualnego edukacyjnymi zabawkami i nie uczyłam ich czytać w wieku 4 lat. Nie dobierałam im przyjaciół ani lektur. Sami wybierali, na jakie zajęcia chcą chodzić i co robią po szkole. Nie zabraniałam właściwie niczego i nie stosowałam systemu kar i konsekwencji, zakładając, że jako jednostki o prawidłowym IQ i odpowiednich wzorcach  sami się zorientują, jak powinni funkcjonować w społeczeństwie. No cóż, udało mi się. Dzięki temu, albo pomimo tego, mam w domu dwoje samodzielnie myślących, przystosowanych społecznie i zadziwiająco dobrze wychowanych dorosłych/prawie dorosłych ludzi.

Nie przewidziałam tylko jednego. Że jakby za późno włączy mi się syndrom matki-kwoki. Że czuję obsesyjną potrzebę chronienia tych moich dorosłych, ogarniętych dzieci przed każdym niebezpieczeństwem i niesprawiedliwością tego świata. Że nie umiem opanować lęku, kiedy Misiek nie wraca ostatnim pociągiem, kiedy Lola jedzie na obóz, kiedy jedzie gdzieś z koleżankami. Włącza mi się paranoja level hard. Co ciekawe, nie pomaga mi wcale to, że sama to widzę, sama się z tego śmieję i sama siebie tłukę wirtualnie po głowie.

Misiek z wrodzonym sobie taktem meandruje przez moją hipernadopiekuńczość, utrzymując mnie w ryzach systemem pobłażliwego wykpiwania i pełnych politowania spojrzeń.

Lola jest nieco bardziej bezbronna. Lata jej różnych problemów zdrowotnych w naturalny sposób wytresowały mnie do nieustannej uważności – wzięłaś leki? Jak dziś oddychasz? Słabo ci? Żyłyśmy w pewnej symbiozie, a Lola mam wrażenie, z wiekiem wcale nie poluzowywała tej więzi, tylko opierała się na mnie coraz mocniej. Do czasu. Dokładnie – do tych wakacji.

Z oszołomieniem obserwuję, jak moja nieco zagubiona, introwertyczna nastolatka przeistacza się ekspresowo w samodzielną, towarzyską kobietę, która  pojechała wczoraj, kompletnie wyluzowana, do stolicy na spotkanie z nową klasą. Pociąg, metro, trafić z powrotem, ciemno, bandyci na Polu Mokotowskim, czekanie wieczorem na dworcu, wysiąść na odpowiedniej stacji – mnożyłam lęki jak bankier kasę, na szczęście tylko we własnej głowie. – A pamiętasz, jak się nazywa ta stacja metra? A wzięłaś kartę? A wiesz, z którego peronu odjeżdża pociąg? – nie wytrzymałam.

– Mamoooo! –

Nie sądziłam, że to takie trudne. Puścić ten balonik i po prostu patrzeć, jak unosi się wysoko w powietrze, nie ściągając w dół, tylko cieszyć się lotem. Let it go.

Dzisiaj zamknęłam za nią drzwi, kiedy wybierała się na rozpoczęcie roku (pociąg, dwie linie metra, wsiąść w odpowiednim kierunku na tej drugiej, trafić do szkoły, trafić z powrotem, wszędzie tłumy). I miałam wrażenie, że nieodwołalnie zamykam pewien rozdział.

Moje zapasowe dziecko, moja mała, nieogarnięta córeczka, o której zawsze żartowaliśmy, że powinna mieć koszulkę z napisem „ale o co chodzi”, moja wycofana, cicha dziewczynka dorosła.

Muszę się nauczyć, jak żyć pod jednym dachem z uroczą licealistką, która maluje rzęsy, siedzi z nosem w telefonie, i wcale mnie nie potrzebuje.

– Wzięłaś legitymację? Chcesz sweter? –

-Mamoooo! –

Let it go.