ponieważ że iż

Ponieważ że idzie jesień, lepiłam z gliny, kupiłam samochód i skończyłam opowiadanie o duchach.

Natalia nie musiała mnie długo namawiać. Napisała tylko: Idziesz lepić fallusy z gliny? No ja nie, jak tak? Oczywiście nieco mnie zwiodła, bo po krótkim namyśle zbiorowo uznałyśmy, że gliniane fallusy to nie do końca to, co chcemy robić w sobotni wieczór, i przerzuciłyśmy się na półmiski. Sami przyznajcie, że półmiski mają więcej codziennych zastosowań, można je z większą dumą zaprezentować gościom, no i są jakby bardziej wielowariantowe. Po spożyciu sporych ilości wina wielowariantowość półmisków oszołomiła nawet nas same.. efekty, rzecz jasna,  zaprezentuję z rozkoszą, ale dopiero po szkliwieniu. Czyli jak już wyroby wyschną, a nam wątroby się zregenerują.

Samochód nabyłam niemal tak samo spontanicznie. Snobistyczny Gustaw, którego darzyłam szczerą niechęcią, poszedł w dobre ręce, Misiek zaanektował mojego staruszka Stefana, a ja zostałam bez pojazdu. Wiedziałam więc, że muszę kupić, i że mąż z rozkoszą przewlecze mnie w tym celu po absolutnie wszystkich salonach, gdzie będę musiała odbyć jazdy próbne i udawać, że rozumiem, co do mnie mówią sprzedawcy, i nie dajbóg, analizować różnice międzypojazdowe. Koszmar. Więc pojechałam raz, a dobrze. Wysiadłam po jeździe próbnej i poinformowałam nieco wstrząśniętego męża i chyba jeszcze bardziej zaskoczonego sprzedawcę – Ten mi się podoba, bierzemy.

Kazio jest Kią Stonic i jest cudny. Ma milusi ciemnoniebieski kolorek, podświetlany ekranik w środku, radio, które działa, cztery koła, bagażnik, w którym coś się mieści, wycieraczki, posłusznie wycierające deszcz, a poza tym ładnie warczy, hamuje, jak go poproszę, jedzie, jak go odpalę, i generalnie panuje między nami pełna harmonia. On daje, co może, ja niewiele wymagam – w istocie, rzekłabym, związek doskonały. Oczywiście przyznam się uczciwie, co okazało się czynnikiem decydującym – wyobrażacie sobie, że Kazio ma PODGRZEWANĄ KIEROWNICĘ? Jak to odkryłam, wiedziałam już, że nie możemy się rozstać. Osobom o słabym krążeniu takie samochody powinno się przepisywać na receptę.

Na koniec – na życzenie Magdy wrzucam zdjęcie mojej nowej kuchni, z pewną obawą, że może ona obiektywnie jednak nie jest aż tak cudna, ale ja ja kocham i tak:-)

 

kuchnia 2

Mamut i inne czasy

Kiedy już myślisz, że nic, co stworzyła kinematografia, nie jest w stanie cię zaskoczyć, a potem włączasz TV i odkrywasz film o mamucie, który ożywiony kosmicznym śluzem sieje zniszczenie i wysysa energię z mieszkańców małego miasteczka. Trąbą, rozumiecie? Trąbą! O, są już agenci FBI w czarnych okularach! I dotknięty rodzinną tragedią szeryf! Moment, moment…tak! Para ciekawskich nastolatków też już się pojawiła!  Impreza…piją i się obściskują: definitywnie wróżę im rychłą śmierć. Idę po popcorn, podskakując radośnie.

Ale przyznam się jeszcze pospiesznie do czegoś, co może mieć niejaki związek z powyższym akapitem, bo może rzucić światło na moją kondycję intelektualną.

Noblistka mnie pokonała. Czytałam „Prawiek i inne czasy”, książeczkę rozmiarów raczej skromnych, przez ponad dwa tygodnie. Ze trzy razy miałam już zrezygnować, ale uparłam się. Skończyłam wczoraj, ale nawet gramatyka opisowa języka starogreckiego mnie tak nie zmęczyła. Serio, nie mam pojęcia, dlaczego. Świetny język, kreatywnie zbudowany świat, wrażliwość spojrzenia. Realizm magiczny naprawdę lubię, więc to nie kwestia gatunku.

Żebym jeszcze przyznała się do zmęczenia przy czytaniu, można by to uznać za przejaw intelektualnych zmagań, czy coś. Ale ja byłam bezgranicznie znudzona. Kompletnie nie miałam ochoty się dowiedzieć, co będzie dalej. Historie się toczyły, a ja niewzruszona, jak na wykładzie z ekonomii.

No. Stało się. Przyznałam się do znudzenia wybitnym dziełem. Teraz mogę się oddalić do kąta i ssać kciuk (kiedy już obejrzę do końca film. Bo wiecie, kustosz muzeum historii naturalnej i ocalała z wysysania agentka knują, jak uśmiercić mamutka, a rozmrożona dłoń ofiary wystukuje w mikrofalówce Morsem przesłanie od kosmitów).

Serio. Mam się nie zniechęcać i spróbować czegoś innego? Tokarczuk znaczy? Polecacie coś, co porusza intelektualnie, ale też jakby trochę..no nie wiem, wciąga?

jesień przyszła

I grabię. Bez przerwy. Jak grabię z przodu, z tyłu leci. Kiedy się obrócę, za moimi plecami słyszę ciche szur szur i kolejne stosy pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mam w ogrodzie dziesięcioletnią katalpę z liśćmi jak patelnie i dwunastometrowy tulipanowiec monstrum. Upycham w workach kolejne metry sześcienne tego żółtego paskudztwa i z niedowierzaniem wspominam, jak jeszcze parę miesięcy temu cieszyłam się z jasnozielonych, budzących się do życia pączków. Czuję się doprawdy nieco przytłoczona obfitością tegorocznego materiału roślinnego.

Ale właśnie przy grabieniu przeżyłam iluminację, jak dalej pchnąć moje opowiadanie o jednej takiej pani, która widzi duchy. No nijak nie mogłam przeskoczyć tego, że duchy muszą zawiadomić o czymś kogoś, kto ich nie widzi i nie słyszy. Trochę poszłam na łatwiznę, fakt, no ale ileż można kombinować. Tak więc niewykluczone, że Marianna jednak przeżyje swoje spotkanie z seryjnym mordercą. Ale zobaczymy, zobaczymy (Asia złowieszczo chichocze i zaciera łapki). Ja piszę opowiadanie, Misiek rzucił pracę, a moja córka nosi brodę. Zwykła kolej rzeczy, nieprawdaż.

Misiek był baristą doskonałym, ale nie udźwignął tego, że przez cztery dni w tygodniu siedzi na uczelni niemal do wieczora, a pozostałe trzy niemal w całości spędza w pracy, zapieprzając jak maszyna, bo weekendy w popularnej kawiarni w centralnym puncie stolicy to zdecydowanie nie był relaks. Rozważnie uznał, że może jednak warto byłoby mieć chwilę na napisanie licencjatu, a może nawet, o zgrozo, jakieś życie towarzyskie. Pożegnał się więc chwilowo z pracą, po czym przespał szesnaście godzin, żeby odreagować.

Lola miała w czwartek szkolne Dziady. Sprytny manewr, nie powiem, żeby ominąć złowieszcze konotacje z przerażającym Halloween. W końcu nikt nie może się przyczepić do staropolskich tradycji. Nie mam pojęcia, za kogo była przebrana, zdaje się, że za jakąś postać z Igrzysk Śmierci, jednak efekt był powalający. Spóźniłam się nieco na stację, więc Lola zadzwoniła do mnie i oznajmiła grzecznie – Nie żeby coś, ale ja i moja broda czekamy na ciebie pod sklepem. I może się pospiesz, bo wiesz, ludzie się niepokoją.

Jednak pod sklepem nie zastałam Loli, tylko jakiegoś młodego fircyka w czerwonej koszuli, ogromnej męskiej marynarce i pieczołowicie odmalowanym trzydniowym zarostem na twarzy. Ludzie faktycznie nerwowo oglądali się za moją córką, niektórzy prychali, a jedna pani pospiesznie się przeżegnała. – Ty tak przejechałaś całe miasto? – spytałam w osłupieniu.

-Tak, metrem i pociągiem – odparła radośnie Lola zza brody

-I co? Nie zaaresztowali cię?

-Eee, Japończycy zrobili mi zdjęcie. A tacy starsi państwo wyrazili zgorszenie. I jeden koleś przybił mi piątkę i powiedział, że super broda.

No, ja myślę.

W wolnych chwilach oglądam na Netflixie „Good girls” – genialne, i „Miss Fisher’s Murder Mysteries” – niemal równie dobre. Kobiety na ekranie rządzą. Namówiłam też męża, żeby kupił mi nowego Kinga na wczesny prezent urodzinowy. Po czym zrobiłam mu dużą przykrość, bo przeczytałam Instytut w trzy dni, a on liczył na to, że wystarczy mi na tydzień co najmniej. Co ja poradzę, wciągnęło mnie.

A no i kocham moją nową kuchnię. Co tam, ja ją wielbię. Czasem tak stanę, popatrzę, szufladkę wysunę, szafkę otworzę, pyłek z blatu zetrę i dumam, czy złożyć kwiaty przed lodówkę, czy lepiej zapalić świeczkę wotywną. Jest abso-kurde-lutnie przepiękna i warta każdej sekundy spędzonej z Wasylem!

Wasyl i mroczne materie

Rodacy,

Z gruzów i zgliszcz pisze do was Asia z remontową pylicą płuc, zatruciem lotnymi związkami czegoś tam, kręgosłupem w ruinie i nerwami w strzępach.

Nie róbcie remontu kuchni. Albo zlećcie go komuś i polećcie w tym czasie na Bali. Albo zostańcie, ale nie bierzcie do pomocy Wasyla.

Kilka dni przed ostatecznym upadkiem Rzymu, znaczy starej kuchni, zdałam sobie sprawę, że: mąż w delegacji, Misiek w pracy, Lola na wyjeździe integracyjnym, a ja sama, chociaż nie chucherko, raczej sama kuchni nie rozwalę. Chociaż przez moment pielęgnowałam w głowie wizję, że jak Dexter z piłą elektryczną albo Thor z młotem wchodzę i sieję destrukcję i zniszczenie, to po namyśle uznałam to jednak za pewną przesadę, zważywszy na ilość różnych dziwnych podłączeń i kabli. Boję się prądu, rozumiecie.

Stolarz poproszony o radę gorąco zarekomendował mi Wasyla. Wasyl – człowiek orkiestra, który potrafi absolutnie wszystko i tylko z wrodzonej skromności jeszcze nie kandydował na stanowiska rządowe. Poprosiłam go więc o szeroko zakrojoną współpracę pod tytułem „wszystko, czego stolarz nie zrobi, a ja nie potrafię”.

Wasyl okazał się uroczym człowiekiem z cechą charakteru, która początkowo uznałam za niezwykłe, sarkastyczne poczucie humoru. Z czasem okazało się jednak, że to raczej defetyzm level master. Po kilku dniach z Wasylem czuję, że nawet trzy części „Głupi i głupszy” skompresowane z pięcioma polskimi komediami romantycznymi z Karolakiem nie wystarczą w ramach mojej psychoterapii.

-To się zniszczy, pani Joanno – mrocznie przewidział Wasyl na wstępie. – A tego to się nie da –

Dalej było tylko gorzej: – Wybuchnie, no jak nic, w kosmos poleci – wieszczył, likwidując zaworek – Cała kuchnię zaleje, i nawet Wasyl tego nie uratuje –

Czy wspomniałam już, że Wasyl mówi w trzeciej osobie? Do tej pory nerwowo oglądam się, czy gdzieś za mną nie stoi drugi Wasyl, co byłoby zaiste nie do zniesienia, zważywszy na fakt, że ten jeden wystarczająco rujnuje mi psychikę.

-Pani Joanno, trzy metry kabelka półtorażyłowego potrzebuję. I zaworek taki, o ja pani narysuję –

No cóż, jedyną rzeczą, jakiej Wasyl nie potrafi, jest rysowanie. Dzięki temu mam teraz mnóstwo znajomych w pobliskim budowlanymi i hydraulicznym.

-O, pani od puzelków – chichoczą do mnie spotkani na bazarku panowie z hydraulicznego. Zdesperowana nieustannymi próbami rozszyfrowania wasylowych szkiców wysypałam im torbę części od syfonu i obwieściłam – Panowie sobie to poukładają i zobaczą, czego brakuje, żeby zamontować zmywarkę –

-O, puzelki. Lubimy puzelki – ucieszyli się panowie i przez kwadrans radośnie dopasowywali elementy.

Nie śpię po nocach, rozmyślając o wszelkich możliwych katastrofach, przewidzianych do tej pory przez Wasyla. Dwa dni temu zerwałam się o czwartej rano, pewna, że teraz to już na pewno zaworek puścił, podłogę mi zalało, albo przez zwarcie w kabelku stają w płomieniach moje połowicznie skręcone szafki….

Zwierzyłam się stolarzowi z moich obaw. – O, panią też straszył? – ucieszył się stolarz – Jedna moja znajoma płakała przez cały tydzień, jak Wasyl jej remontował łazienkę –

No fajnie wiedzieć, że nie jestem jedyną znerwicowaną ofiarą tych mrocznych wizji…

-No, tu trzeba będzie wyciąć – oznajmił Wasyl przed chwilą – ale ten blat to się na pewno przy tym porysuje. Wasyl to wszystko zrobi, pani Joanno, ale tego to nawet on nie potrafi. Blat szlag trafi i już-

-Może kawy, panie Wasylu? – proponuję słabo z wizją mojego nowego, zrujnowanego blatu przed oczami.

-To by była łapówka, pani Joanno – z godnością obwieszcza Wasyl i zabiera się do roboty, a ja trzęsącymi się rękami piszę do was z otchłani rozpaczy. Ratunku!

 

 

 

 

 

Czeska fałda

Mieszkam na polu golfowym. Całkiem dosłownie. Wychodzę na balkon i poza rozkosznie zamglonym pasmem górek i zielonym lasem na horyzoncie widzę zielony trawiasty dywan z greenami, farewayami i chorągiewkami przy dołkach. Nie powiem, milusi widok, jeśli człowiek nie myśli o tym, ile oni w to wpompowali drogocennej wody. Gnojki nieekologiczne. No ale ja nie o tym. Mąż poprosił, żebym mu towarzyszyła w turnieju, a ja oczywiście,  jak dobra arabska żona, krok za nim i przytakuję, nieprawdaż. Więc mój weekend wygląda tak, że on rano rusza na Wielkie Machanie Kijem, a ja spaceruję, pracuję i oddaję się innym rozrywkom w doborowym inteligentnym towarzystwie, swoim znaczy.

Ja znowu nie o tym, dygresje mam jak moja teściowa, która w ciągu pięciu minut potrafi przejść od  – A w tym niebieskim domu mieszka drugi kuzyn stryjka Witolda, i on powiedział, że w wojsku…. – do – ….I ta moja koleżanka, co to jej córka wyszła za brata ciotki Anielki, to ona właśnie powiedziała, że pomidory szkodzą na żołądek –

Znowu się odchudzam. Jak zwykle oczywiście. Powinnam wreszcie popełnić jadowity wpis na temat menopauzy i jej niecnych uczynków. Poza bezsennością jest absolutnie bezwzględna w roztywaniu niewinnych ludzi. Ledwie się spuszczę z oka na minutę, ledwie zadumam się przy wystawie cukierni, a już moja fałda brzuszna zaczyna mi spływać na kolana. Horror, powiadam wam, który zrozumie tylko weteran tej nieustannej wojny. Żuję seler, miksuję szpinak i chrupię marchewkę. Nie chciałam zaprzestawać tych pozytywnych działań ze względu na wyjazd, bo już całkiem nieźle szło i prawie przestałam śnić o pączkach i bitej śmietanie. Ale Czesi doprawdy rzucają mi kłody pod nogi. A niby miły naród, sąsiedzi i w ogóle. Pierwszego dnia poszliśmy z mężem na obiad do uroczej knajpki. Szukałam (bez konotacji z czeskim znaczeniem tego słowa) w wyłącznie czeskim menu czegoś, co mogło by sugerować sałatkę czy coś dietetycznego. Bez rezultatu, więc zdałam się na kelnera. Pan z życzliwym zainteresowaniem próbował dociec, czy ja jednak przez słowo sałatka na pewno nie mam  na myśli knedlików z gulaszem. W końcu słowo „zdrowe” naprowadziło go na dobry trop. Rozpromienił się cały i rzekł z triumfem – Zdrowe! Mamy zdrowe! –

I przyniósł. Ogromny talerz zimnego makaronu wytaczanego na bogato w majonezowo – czosnkowym sosie, wymieszanego z jajkiem na twardo i soczewicą. Na wierzchu w charakterze sałatki tkwił smętnie listek rukoli.

Nic to – powiedziałam mężnie – na kolację to już będzie zdrowo. No prawie. W menu kolejnej restauracji sałatek znowu nie było, ale znalazłam coś, co odszyfrowałam jako kurczaka i chyba coś kalafiorowego. Był. Kurczak znaczy. Wprawdzie usmażony w głębokim tłuszczu, ale jednak. Kalafior występował natomiast w postaci maślano-kalafiorowej pasty o ładunku kalorycznym zdolnym wyżywić afrykańską wioskę przez miesiąc.

Postanowiłam, że dam Czechom kolejną szansę, bo jednak weekend na czczo uznałam za zbędne ekstremum. I uwaga – dostałam dziś menu w języku angielskim! – No teraz już nie ma możliwości pomyłki – zachwyciłam się i po skrupulatnym przeczytaniu opisu (pikantna zupa z cukinii z tofu, warzywami i kolendrą) stwierdziłam, że to będzie strzał w dziesiątkę.  Faktycznie, w misce przyniesionej mi zupy w pewnością gdzieś były warzywa i chyba nawet tofu. Trudno było mi jednak odnaleźć pod grubą warstwą wędzonego, ociekającego tłuszczem boczku i podgardla, na których to składnikach ta dietetyczna zupka została ugotowana. Patrzyłam i czułam, jak moja fałda wypływa triumfalnie ze spodni i wyrywa się na wolność…..

Matko, jak dobrze, że jutro wracamy do domu. Mąż, ja i moja fałda. Jeszcze trochę czeskiej dietetyki i nie byłoby co ratować. Ale serio, czy Czesi nie jadają sałatek? Zieleniny? Czy ja mam mega pecha do knajp?

 

Let it go

Zawsze uważałam się za wyluzowaną matkę. Nie przejmowałam się, że moje dzieci jedzą piasek w piaskownicy i brudne jabłka. Nie stymulowałam ich rozwoju intelektualnego edukacyjnymi zabawkami i nie uczyłam ich czytać w wieku 4 lat. Nie dobierałam im przyjaciół ani lektur. Sami wybierali, na jakie zajęcia chcą chodzić i co robią po szkole. Nie zabraniałam właściwie niczego i nie stosowałam systemu kar i konsekwencji, zakładając, że jako jednostki o prawidłowym IQ i odpowiednich wzorcach  sami się zorientują, jak powinni funkcjonować w społeczeństwie. No cóż, udało mi się. Dzięki temu, albo pomimo tego, mam w domu dwoje samodzielnie myślących, przystosowanych społecznie i zadziwiająco dobrze wychowanych dorosłych/prawie dorosłych ludzi.

Nie przewidziałam tylko jednego. Że jakby za późno włączy mi się syndrom matki-kwoki. Że czuję obsesyjną potrzebę chronienia tych moich dorosłych, ogarniętych dzieci przed każdym niebezpieczeństwem i niesprawiedliwością tego świata. Że nie umiem opanować lęku, kiedy Misiek nie wraca ostatnim pociągiem, kiedy Lola jedzie na obóz, kiedy jedzie gdzieś z koleżankami. Włącza mi się paranoja level hard. Co ciekawe, nie pomaga mi wcale to, że sama to widzę, sama się z tego śmieję i sama siebie tłukę wirtualnie po głowie.

Misiek z wrodzonym sobie taktem meandruje przez moją hipernadopiekuńczość, utrzymując mnie w ryzach systemem pobłażliwego wykpiwania i pełnych politowania spojrzeń.

Lola jest nieco bardziej bezbronna. Lata jej różnych problemów zdrowotnych w naturalny sposób wytresowały mnie do nieustannej uważności – wzięłaś leki? Jak dziś oddychasz? Słabo ci? Żyłyśmy w pewnej symbiozie, a Lola mam wrażenie, z wiekiem wcale nie poluzowywała tej więzi, tylko opierała się na mnie coraz mocniej. Do czasu. Dokładnie – do tych wakacji.

Z oszołomieniem obserwuję, jak moja nieco zagubiona, introwertyczna nastolatka przeistacza się ekspresowo w samodzielną, towarzyską kobietę, która  pojechała wczoraj, kompletnie wyluzowana, do stolicy na spotkanie z nową klasą. Pociąg, metro, trafić z powrotem, ciemno, bandyci na Polu Mokotowskim, czekanie wieczorem na dworcu, wysiąść na odpowiedniej stacji – mnożyłam lęki jak bankier kasę, na szczęście tylko we własnej głowie. – A pamiętasz, jak się nazywa ta stacja metra? A wzięłaś kartę? A wiesz, z którego peronu odjeżdża pociąg? – nie wytrzymałam.

– Mamoooo! –

Nie sądziłam, że to takie trudne. Puścić ten balonik i po prostu patrzeć, jak unosi się wysoko w powietrze, nie ściągając w dół, tylko cieszyć się lotem. Let it go.

Dzisiaj zamknęłam za nią drzwi, kiedy wybierała się na rozpoczęcie roku (pociąg, dwie linie metra, wsiąść w odpowiednim kierunku na tej drugiej, trafić do szkoły, trafić z powrotem, wszędzie tłumy). I miałam wrażenie, że nieodwołalnie zamykam pewien rozdział.

Moje zapasowe dziecko, moja mała, nieogarnięta córeczka, o której zawsze żartowaliśmy, że powinna mieć koszulkę z napisem „ale o co chodzi”, moja wycofana, cicha dziewczynka dorosła.

Muszę się nauczyć, jak żyć pod jednym dachem z uroczą licealistką, która maluje rzęsy, siedzi z nosem w telefonie, i wcale mnie nie potrzebuje.

– Wzięłaś legitymację? Chcesz sweter? –

-Mamoooo! –

Let it go.

 

Mogłabym tam mieszkać

Krótki, bo ledwie czterodniowy, wypad do Irlandii pozostawił mnie z uczuciem niedosytu i zachwytu. Chodziłam z szeroko otwartymi oczami, chłonąc wiatr, zieleń i magię. Cały czas miałam wrażenie, że już tu kiedyś byłam, że po prostu odwiedzam dawno niewidziane a bliskie kąty. Właściwie trochę tak, jakbym wróciła do domu, gdzie mieszkałam jako dziecko. Rodzina dość szybko połapała się, że matka jest na ostrej fazie i kiedy tylko otwierałam usta po dotarciu do kolejnego widoku, chórem recytowali moją stałą mantrę – Tak, wiemy, mogłabyś tu mieszkać –

No mogłabym. Zwiedziłam kawał świata przez ostatnie ileś tam lat, i to jedno z dwóch – trzech miejsc, gdzie miałam poczucie natychmiastowego zadomowienia.

P1070456

Irlandia była dla mnie wcieloną baśnią. Właściwie wcale bym się nie dziwiła, gdyby z tych wrzosów wylazł skrzat w zielonej czapeczce. A przecież taki las to z założenia należy do magicznych białych jeleni i elfów, prawda?

P1070151

Podobał mi się codziennie padający deszcz i wiatr, którego zazwyczaj nie znoszę. Podobał mi się śpiewny irlandzki akcent i małe sklepiki w małych miasteczkach, i niefrasobliwie porozstawiane po polach ruinki – to zameczek z XIII wieku, to kościółek z XII…Bułeczki scones i herbata z mlekiem. I owce. Lubię owce…

W tym nastroju  euforycznym i rozmarzonym, zupełnie jak nie ja, zostawiam was na razie, żeby dokończyć tajny projekt pod roboczym tytułem: I tak brudno w domu, bo kuchnia, więc przy okazji skujmy brodzik pod prysznicem.

Pamiętajcie, magia jest wszędzie, szczególnie na Klifach Moheru

P1070248