Poszukiwany, poszukiwana

 – Mamooo, gdzie moje spodenki pikarskie? –

– Mamo, gdzie mój zeszyt?-

– Kochanie, gdzie są nożyczki? –

Też tak macie? W moim domu jestem alfą i omegą znajdywania. Mam wbudowany radar, który w tajemniczy sposób wykrywa zagubione sztuki garderoby, kredki i guziki od koszuli.

– A szukałeś, synu? –

– No pewnie, wszędzie szukałem! – Misiek jest urażony moim brakiem zaufania.

– Acha, to ja pójdę z tobą do pokoju i jeszcze raz poszukasz, dobrze? –

Idziemy, Misiek staje na środku pokoju i obraca się naokoło, po czym po namyśle zagląda pod łóżko. Podnoszę brwi w milczeniu, otwieram szufladę, w której od pięciu lat leżą jego ciuchy na piłkę i wyciągam leżące na wierzchu spodenki.

– Mamo, jesteś genialna! Jak ty to robisz? – Misiek zachłystuje się podziwem. Ale nie mogę pławić się w jego zachwycie, bo muszę zlokalizować zeszyt Loli i Bardzo Ważne Papiery męża.

Pomyśleć tylko, że to było moje pierwsze postanowienie małżeńskie, które podjęłam po kilku wizytach w rodzinnym domu męża…

– Zosiu – rozlega się co kwadrans głos teścia – gdzie moja koszula? I te szklanki do kompotu?- Zosia cierpliwie dżpiesuje teścia na właściwy trop i prosi przy okazji o obranie ziemniaków.

– A gdzie ziemniaki, Zosiu? –

I tak w koło Macieju. – No, u mnie w domu tak nie będzie – postanowiłam twardo, gdyż jestem zwolenniczką równouprawnienia, także w dziedzinie prostych procesów myślowych.  I zaczęłam nierówną walkę z zakorzenionymi nawykami:

– Asiu, gdzie nożyczki? –

– Tam, gdzie leżą od trzech lat –

– Kochanie, gdzie mój notes? –

– Tam , gdzie go położyłeś –

I już, już byłam bliska sukcesu, kiedy pojawiły się dzieci. Dzieci, które ewidentnie mają dar całkowitej niemożności kojarzenia prostych faktów. Że jeśli nożyczki ZAWSZE są w szufladzie, podnosimy alarm wtedy, kiedy ich tam nie ma. Że jeśli od kilku lat skarpety są drugiej szufladzie od góry, jest wysoce nieprawdopodobne, że same ochoczo przepełzły na zupełnie inny poziom (no, chyba że to skarpety Miśka po treningu, one są już nieomal bytem ożywionym). Przyznaję, poddałam się. A wręcz udoskonaliłam sztukę skanowania przestrzeni wzrokiem i pamięcią. Jestem w stanie podać aktualną lokalizację niebieskiej spinki Loli, korków Miśka (pod kanapą- ciekawe jak się tam znalazły), i tych śmiesznych plastikowych paseczków, które mąż wsuwa do kołnierzyka koszuli (jeśli je znajdzie ofkors). Ale przyznam się w tajemnicy – odkryłam uniwersalną odpowiedź, którą coraz częściej stosuję i która ma działanie magiczne – nagle uaktywnia procesy myślowe pozostałych członków rodziny: NIE WIEM!

 

 

Mamy sklep na osiedlu

Cały śliczny, duży i pełen lodów, kuszących i zimnych. Lody są magnesem i przyczyną codziennych pielgrzymek do źródła szczęścia- sklepowej zamrażarki. Jako, że po kilku dniach znudziło mi się codzienne maszerowanie z młodą po lody, zrzuciłam ten obowiązek na Miśka. Wczoraj jednak Lola uznała, że poradzi sobie sama.

– Mamo, ja pójdę całkiem sama, plizzz – żebrała – będę grzeczna. I będę uważać na samochody-

– I na rowery- dodała po namyśle, szukając w myślach potencjalnych zagrożeń – i na psy. I na ludzi też –

Ponieważ nie przyszły mi do głowy żadne kontrargumenty, dałam jej dwa złote i z lękiem w sercu pozwoliłam iść. Oczywiście już po 5 minutach tkwiłam na końcu ulicy, nerwowo wypatrując, czy wraca.  W końcu zobaczyłam wlokącą się chudą figurkę Loli.

– I co, udało się? –

– Noooo – zawahała się Lola – właściwie to trochę tak, a trochę nie –

– No, ale w końcu masz loda? – spytałam – czyli go kupiłaś? –

– Nie kupiłam, ale mam. Bo jak spytałam pani w kasie, czy ten pieniążek wystarczy mi na loda, to taka pani, co stała za mną, to się zaśmiała, i powiedziała, że ona zapłaci za mojego loda-

Upss,  nagle spojrzałam na moje dziecko jakby na nowo. No tak, zasadniczo powinno mi to wcześniej wpaść do głowy. Wyszargane w błocie dżinsy, bluzeczka cała w granatowych plamach z akwareli po zajęciach plastycznych, smętnie zwisająca z włosów gumka i włosy z lekka obklejone dżemem z naleśników. Do kompletu obdrapane łokcie, czarna żałoba za paznokciami (znowu robiła pogrzeb jakiemuś ślimakowi), czerwone łapki i fioletowe sińce pod oczami (to akurat nie moja wina, tylko efekt alergii).

– Jezu, wygląda jak dziecko z popegieerowskich baraków – przemknęło mi przez myśl i zrozumiałam dobre serce pani z kolejki.

– A gdzie pieniążki? – spytałam z nadzieją, że przynajmniej zarobiłam na tym obciachu 2 złote.

– Nie mam – Lola podniosła na mnie oczęta – bo jak wrzucałam do kosza papierek, to niechcący wrzuciłam też pieniążka. Ale pomyślałam że to dobrze, bo na pewno przyjdzie bezdomny piesek i znajdzie ten pieniążek i kupi sobie pyszną kość, prawda?

– Prawda – westchnęłam, robiąc w duchu postanowienie, że jednak następnym razem założę jej czystą sukienkę i uczeszę przed wyjściem. Co tam, właściwie powinnam ją namoczyć w Vanishu, zanim puszczę miedzy ludzi.  A sama przez jakiś czas będę unikać sąsiadów…

I tak przemykam się opłotkami ciężko zawstydzona po moim sobotnim wystąpieniu. Na śmierć zapomniałam, że moim niezwykle katolickim osiedlu odbywają się tzw Majówki – wiecie, się zbierają, pieśni śpiewają – nawet lubię posłuchać, bo dla ucha przyjemne. No ale zapomniałam, i akurat o tej porze zebrało mi się na wykopywanie wyjątkowo upartej kępy traw pod płotem od ulicy. Po przeciwnej stronie – placyk, gdzie się odbywało spotkanie. Staropolskim obyczajem pomagałam sobie w ciężkiej pracy, rzucając wyjątkowo soczystymi wiązankami. Nagle kolejne -kurrr.. zamarło mi na ustach, wyprostowałam się, wyjrzałam, a na placyku grupa miłych sąsiadów patrzyła na mnie z lekką zgrozą. I milczącym potępieniem. Najpierw to, teraz żebrzące dziecko. Oj, skończą się obiadki, skończą. Ale wstyd!

 

ślimaki na wakacjach

grad

O – taki grad znalazłam wczoraj na trawniku. Najpierw przetoczyła się mega burza z piorunami, później spadł grad, zaścielając gęstą masą cały ogródek i łamiąc moje przepiękniaste tulipany. Cholera by wzięła taką pogodę! Jeszcze mi deszczu żab brakuje. I zarazy ewentualnie.

Za to po burzy wybrałyśmy się z Lolą na spacer kaloszowy i zbieranie ślimaków z ogródka. Ślimaki skrupulatnie zgromadzone w wiaderku (- Uważaj, nie rzucaj nim tak, mamusiu! Czy byłoby ci przyjemnie, jakby jakiś olbrzym tobą rzucił? -), udały się następnie na wycieczkę  aż na wielkie boisko, gdzie Lola zapewniła im wszelkie atrakcje łącznie ze zjeżdżalnią z liści i przekąską z moich połamanych tulipanów. Szczerze liczę na to, że zachwycone wypoczynkiem, nie wrócą prędko na stare śmieci. Niestety, druga tura wycieczkowiczów zwiała. Zawołałam Lolkę na kolację, a wiaderko ze ślimaczą masą zostało na ścieżce. Dzisiaj rano szłam do samochodu, przyznaję, nie patrząc pod nogi. Nagle usłyszałam solidne chrupnięcie. Auć. Odruchowo cofnęłam sie w bok, i znowu – chrup. To ostatni maruderzy, w szalonym pędzie, od wczorajszego wieczoru pospiesznie opuszczali wiaderko. Próbowałam zamaskować ślady zbrodni, zanim nadbiegła Lola. Dwa truchełka skopałam w trawę, trzeciego nie zdążyłam. Więc stanęłam na nieszczęsnych ślimaczych zwłokach, łudząc się, że Lola w porannym pośpiechu nic nie zauważy. Niestety, jej sokole oko natychmiast wypatrzyło ślimaczki.  – Oj, biedactwa, kto wam to zrobił – lamentowała ekologicznie zorientowana Lola  – tylko bandyci krzywdzą niewinne zwierzątka! No, pomóż mi mamusiu, trzeba im zrobić pogrzeb. –

Naprawdę się zestresowałam, nie chciałam wszak być zaliczona w poczet antyekologicznych bandziorów. Pod stopą miałam miękkie ciałko, a przed sobą oskarżycielsko patrzącą córkę.

– To może przynieś szybko małą doniczkę, schowamy je tam, OK? – zaproponowałam słabo,  a kiedy Lola posłusznie pobiegła, czym prędzej odkleiłam się od ślimaka (hmm, w większości, powiedzmy) i ukryłam trupa, wprawdzie nie w szafie, ale w kępie irysów. Też miłe miejsce spoczynku, nieprawdaż?

Udało nam się na tyle szybko przeprowadzić ceremonię pogrzebową, że nawet nie spóźniłyśmy się do zerówki. Ale ślimaczą traumę mam teraz, że hej.  Modlę się tylko, żeby Lola nie zapałała też tak wielką miłością do mszyc, pędraków i gąsiennic, bo mój ogródek może nie przeżyć tych ekologicznych metod uprawy….

wspólny posiłek jednoczy rodzinę

– Mamooo – dwuosobowa reprezentacja małoletnich stała nade mną jak żywy wyrzut sumienia – mamo, jesteśmy głodni! –

Zabrzmiało to tak rozdzierająco, że przerwałam na chwilę wyszarpywanie karp uschniętych wrzosów i przyjrzałam się moim dzieciom. Wyglądały normalnie, bez oznak zaniedbania rodzicielskiego, w przeciwieństwie do mnie – umazana ziemią, rozczochrana i spocona walczyłam w ogródku z oporną materią. No ale OK, głodnych nakarmić, jak mawia Pismo, to mój psi obowiązek, nie? Zwłaszcza, że mąż znów wyjechany i zostałam na posterunku sama.

– Dajcie mi jeszcze pięć minut – wydyszałam klęcząc nad wrednym, przerośniętym krzaczkiem – zaraz skończę i zabiorę się za obiad –

– To ja pójdę do Andrzeja pokopać piłkę, dobra? I przyjdę za godzinę. – starszy małoletni wykazał się rozwagą, bo matkę zna i wie, że niełatwo ją od ogródkowego fitnesu oderwać.

– A ja ci pomogę – rozpromieniła się Lola – będzie szybciej –  Oczywiście nie było, bo Lola w zadziwiający sposób wchodziła mi cały czas pod nogi i pod łopatę, ale w końcu dotarłyśmy do kuchni, gdzie moja śliniąca się jak pies Pawłowa córka zabrała się za mieszanie, ubijanie i podjadanie jabłek. Zrobiłam błyskawiczny posiłek –  krem z porów z grzankami  i placki z jabłkami, czyli minimum wysiłku przy maksimum efektywności spożycia przez małoletnich. A kiedy placki wesoło skwierczały już na patelni, zadzwoniłam do mamy Andrzeja:

– Cześć, możesz powiedzieć Miśkowi, żeby wracał na obiad? –

– Ale oni gdzieś poszli razem z Andrzejem, chyba do Patryka… –

– Cześć – dzwonię do mamy Patryka – Jest u was Misiek? Ścigam go obiadowo –

– No był, czekaj, zaraz sprawdzę……nie ma, zaraz spytam Patryka…Patryyyk! Patryk?! Gdzie jesteś?!….Wiesz co, Patryka też nie ma, cholera, a właśnie miałam podać obiad! –

Udało mi się nie przypalić placków, ale nie udało mi się znaleźć syna.

– Trudno, sam jest sobie winien – wzruszyłam ramionami – chodź, Lola, zjemy ten obiad same… Lola! Lola?! – moja córka zapadła się pod ziemię. Zrezygnowana złapałam za telefon:   – Cześć, kochana, nie plącze się u was Lolka? –

– Lola? Pewnie, że tak,  jest u nas – sąsiadka nie kryła uciechy – przyszła i powiedziała, że mama nie dała jej jeść i że jest głodna. Właśnie je z nami obiad –

Siadłam ciężko przy stole. Zjadłam dwa placki. Sama. Dzieci to niewdzięczne stworzenia…A Misiek? Wrócił pół godziny później i powiedział wspaniałomyślnie: – Spoko, nie musisz nic robić, zjadłem u Dominika. Wiesz, że jego tata potrafi zrobić pizzę? –

w czasie deszczu dzieci się nudzą

Wpis dedykowany Julcenabalkonie, która nie powinna czytać moich notatek, bo nabawi się trwałych urazów do macierzyństwa i nie zrobi Pyzie rodzeństwa:-)

Co robią w deszczowe popołudnia sympatyczne dzieci w wieku szkolnym:

– Pimpkopiłka: pluszak fruwa po całym pokoju, ja się uchylam, lampa leci na podłogę, kubek pełen soku też, młodociani zamiast wycierać, rzucają w siebie szczęśliwi mokrą szmatą

– inspirowany programem „Pogromcy mitów” konkurs na najbardziej cuchnący oddech, po spożyciu różnych produktów mniej lub bardziej spożywczych (wygrywa w cuglach Misiek po zjedzeniu garści chipsów z zieloną cebulką) – rozpaczliwie uciekam po całym domu, żeby nie zostać sędzią w tym konkursie

– kontynuacja w/w konkursu: „powąchaj moje stopy” – jestem niesympatyczna i też odmawiam udziału w zabawie

– bandażują sobie nawzajem kończyny, a następnie gipsują je  przy użyciu hurtowych ilości taśmy klejącej (trzy rolki) – zabawa cicha, lecz kosztowna

– walka sumo na moim łóżku – zawczasu przygotowuję żelowy zimny kompres i plastry dla ofiar, potem co najmniej 10 minut spokoju przed pierwszym płaczem

– pobawmy się z kotkiem – kwadrans radosnego szukania delikwenta, potem wypuszczam zirytowaną kotę na dwór, ścigana jej pełnym wyrzutu spojrzeniem

 – licytacja – kto zna więcej brzydkich słów – wygrywa Misiek, dostaje za to opieprz i idzie grać w szachy sam ze sobą, Lola, niepocieszona po przegranej, lecz bogatsza o nowe słownictwo, urządza petshopom kąpiel w misce – podłoga mokra, Lola mokra, petshopy mokre, na zewnątrz mokro.

Zwariuję, jeśli w końcu nie wyjdzie słońce!!!!!!

operacja na otwartym mózgu

Pimpek jest misiem Loli, jak łatwo się domyślić, misiem petshopowym. Upragniony prezent urodzinowy od cioci, okazał się podwaliną dorastania mojej córki. Mała dziewczynka, która żądała trzymania za rękę przy zasypianiu, znienacka oświadczyła  – Teraz już mogę spać sama – . Po czym przytuliła Pimpka do chudej piersi, zgasiła światło i powędrowała do łóżka. Od tej pory faktycznie sama zasypia i nie wędruje w nocy do łóżka mamy – no bo po co, skoro ma Pimpka?

Pimpek wędruje tam gdzie my – ostatnio cudem uniknął przeżucia przez osła i utopienia w Bałtyku, ale za to przejechał się kolejką w Legolandzie. Niestety,  prawdę powiadają w mądrych badaniach, że najwięcej wypadków zdarza się w domu. W dniu powrotu z weekendu Pimpek zapadł na tajemniczą chorobę. Doktor Lola po dokładnym wywiadzie przekazała mi, że objawy to: gorączka, ból brzucha, plamy na twarzy i uszach, skręt kiszek i złamanie nogi (do tej pory nie wiem, co to było, mam tylko nadzieję, że nie zaraźliwe). Lola, przejęta stanem pacjenta, starannie zagipsowała mu łapkę taśmą klejącą, podała zastrzyki, a następnie przyniosła mi Pimpka,żeby sprawdziła mu temperaturę. Macam – ki diabeł? – faktycznie ciepłe ma to czoło….Uznałam, że uległam sile sugestii, zaordynowałam mu chłodne okłady i poszłam rozpakowywać bagaże.  Kwadrans później weszliśmy z mężem do pokoju – przy buzującym ogniem kominku stała Lola z Pimpkiem w ręce. Lola miała na buzi wyraz absolutnego szoku, oczy jak spodki, a kiedy spojrzałam na Pimka, natychmiast zrozumiałam dlaczego…Biedakowi jego waciaty, puchaty mózg kłębił się i wylewał z dziury po czółku. A czółko gdzie? Skwierczało pogodnie na zewnętrznej szybie kominka!

Łagodnie wyjęłam dogorywającego Pimpusia z jej rąk, a wtedy Lola się odblokowała i w milczeniu popędziła na górę, gdzie natychmiast zamknęła się w swojej szafie. Nie wiedziałam przez chwilę, kogo ratować – Pimpek na pierwszy (co tam, nawet na dziesiąty) rzut oka wymagał natychmiastowej pomocy medycznej. Z drugiej strony – jeszcze mi się Lolka zatnie w szafie i w przenośni? Na szczęście mąż zachował przytomność umysłu. Upchnął flaki Pimpka do środka Pimpka i taktownie schował denata, po czym popędziliśmy ratować dziecko. Dziecko wyciągnięte z szafy wpadło w histerię, napędzaną poczuciem winy. Okazało się, że wcześniej przyłożyła miśka do ledwie ciepłej szyby kominka, żeby wywołać gorączkę (swoją drogą, to chyba podchodzi pod zastępczy syndrom Munchausena). Ta sama szyba 10 minut później okazała się, hmmm, morderczo gorąca.

Udało nam się w końcu uspokoić biedną Lolę obietnicą przeprowadzenia szybkiej, ratującej życie i farsz Pimpka, operacji.  Operacja na otwartym mózgu  była długa i skomplikowana,  wymagała pełnego zaangażowania chirurga i asystentki, a także zniszczenia kawałka welurowej zasłony. Z prawdziwą radością donoszę jednak, że zakończyła się pełnym sukcesem. Pimpek znów jest wśród nas i cieszy oko swoją stylową….czapeczką. A jedynym poszkodowanym w wypadku jest kominek, z którego nijak nie można zeskrobać smętnych resztek Pimpka. Memento takie…Poniżej na dowód przedstawiam pacjenta, który jak widać odzyskał apetyt na swoje ulubione ciasteczka.

pimpek

wróciłam z Legolandu

I mam strasznie dużo pracy. Ale co tam, praca nie zając, a ja tylko krótkie wnioski z podróży. 

1. Wycieczka do Legolandu jest długa. Nasze zakładane 10 godzin przedłużyło się do 11,5. Małoletni byli grzeczni jak nigdy (DVD samochodowe:-)), marudziłam ja (kręgosłup!)

2. Dania jest cholernie drogim krajem. Płacenie 10 złotych za kubek herbaty i 30 złotych za kanapkę uważam za nieporozumienie, chociaż zasadniczo nie jestem specjalnie oszczędna.

3. Legoland jest super! Bawiłam się jak dziecko, dzieci bawiły się …też jak dzieci. Zaliczyliśmy chyba wszystkie kolejki, wagoniki, łódki i inne emocjonujące atrakcje. Właściwie cały dzień wypchany na maksa atrakcjami – wieczorem padliśmy jak kawki.legoland

lego

4. Jeszcze lepszy od Legolandu okazał się genialny park safari, który nazywał sie bodajże Knutheborg , gdzie po ogromnym zalesionym terenie włóczą się nosorożce, żyrafy, gazele, lamy i mnóstwo innych czworonogów. Mega wypasiony plac zabaw, mizianie osiołków, stado pawianów – znowu całodniowa rozrywka.nosorożec

tygrys

Jak widzicie, lubimy zwierzątka. One nas też, poza jednym niesympatycznym osłem, który z niezrozumiałych powodów postanowił odgryźć Miśkowi kieszeń od spodni. Ale puściliśmy mu to w niepamięć.

5 Wracaliśmy z fantazją, bo promem. I szybciej jakoś. A z nami wracał deszcz, i teraz, cholera pada i pada, a ja nie mogę skosić trawy.  Muszę przyznać z ociąganiem, że mąż miał rację (nie, nie napiszę „jak zwykle”, ale miał), i że wycieczka była fajna. Ale i tak następnym razem wybiorę się co najwyżej do Ciechocinka!

Biblioteka – końcówka

To już nie są właściwie książki „z krzyżykiem”. Raczej książki, które kojarzą mi się z jakimś etapem życia, i dlatego stoją na półce nieporuszenie od lat. Absolutnie nie zamierzam się z nimi rozstawać, niezależnie od ich prawdziwej wartości.

1 „Przeminęło z wiatrem” – bardzo ceniona pozycja z moim księgozbiorze. Ze względu na objętość doskonale nadaje się do dociskania klejonych powierzchni i wafla kajmakowego. Ma też wartość poniekąd sentymentalną: kiedy obudziły mnie o północy skurcze porodowe, zwinęłam się w fotelu z trzema tomami i starałam się nie obudzić męża, bo wtedy jeszcze starałam się być  miła i wyrozumiała. Im silniejsze były skurcze, tym szybciej czytałam. Zanim pojechałam rankiem na porodówkę, doszłam już do śmierci Melanii, co zaowocowało tym, że na Izbę Przyjęć weszłam zaryczana jak bóbr. Od tego czasu jakoś nie mogę po nią ponownie sięgnąć 🙂

2. „Zagubieni chłopcy” Orsona Scotta Carda – z bliżej niewyjaśnionych powodów jedna z moich ukochanych książek. Może dlatego, że przeszłam proces odwrotny niż większość czytelników, i przeczytałam ją, zanim sięgnęłam po cykl Endera. Wszystko w niej dzieje się powoli, niemal dokumentalnie, zwyczajnie. A na tym szarym tle najpierw cieniutka, potem coraz szersza czerwona wstążka  strachu i surrealizmu. Wiekszość osób, którym pożyczałam, twierdziła, że nudna. Ciekawe dlaczego najbardziej lubię tych, którym się podobała?:-)

3. „Udręka i ekstaza” Irvinga Stone’a. Przeczytałam ja kilka (kilkanaście?) razy i wciąż nie wiem, czy to tandetne nadinterpretowanie życiorysu, czy genialna wizja życia Michała Anioła. Bardzo praktyczna – przyszpanowałam fachową wiedzą architektoniczną i historyczną przed mężem, kiedy zwiedzaliśmy Rzym:-) Niestety ma jedną wadę – zawsze czuję się potwornie zmęczona, kiedy ją czytam. Ten facet (Anioł znaczy) był tak paranoicznie i obsesyjnie pracowity, że od samego czytania mam zakwasy…

4. „Smętarz zwieżąt” Kinga – jedyna książka, której się naprawdę przeraźliwie boję. Przeczytałam ją w całości raz. I stoi. I czeka, łypiąc na mnie złowrogo z półki. Próbowałam ją przeczytać znowu chyba z dziesięć razy – niestety, za każdym razem mały Gage wpada pod Tira. A ja w tym momencie wstaję i wychodzę. Chyba nigdy jej nie przeczytam…może kiedy moje dzieci będą już miały po 30 lat?

5. „Lesio” Chmielewskiej – książka, przez którą raz wyleciałam z geografii, a raz dostałam uwagę do dzienniczka – za to, że „uczennica idiotycznie i nie wiadomo z czego się śmieje”. Jedna z trzech książek Chmielewskiej, które mnie śmieszą do łez (o całej reszcie twórczości autorki wolę się nawet nie wypowiadać, żeby nie zranić czyichś uczuć). Chyba najbardziej schetana i brudna książka, jaka posiadam, i generalnie za to ją lubię:-)

Dobrze, koniec wirtualnej biblioteki – już nie będę nikogo tym dręczyć. Słowo. Same aktualności. Miłego weekendu majowego.

długi weekend

Lęki mam. I się kiwam nerwowo.  Nadchodzi długi łykend, a mój mąż przejawił inicjatywę. To się źle skończy, mówię wam. Mój mąż przejawia inicjatywę, kiedy tylko istnieje jakaś opcja wyrwania się z domu, bo, jak szczerze przyznał, w domu zawsze wymyślę dla niego robotę.

No i przejawił na całego. -Kochanie, pojedziemy z dziećmi do Legolandu-

Jako że moja znajomość geografii jest skąpa (w liceum poprawiałam sobie oceny, czyszcząc gabloty z minerałami), uznałam, że przecież Dania nie może być zbyt daleko (w sumie na globusie Miśka to bliziutko). No i się zgodziłam. Dopiero kiedy niebacznie spytałam, czy mam coś wziąć na drogę, mój mąż ostrożnie zauważył, że może by się przydało, bo w sumie to 10 godzin jazdy…Aaaa!

Kiedy ostatni raz wracaliśmy 10 godzin z Chorwacji, dopiero seria zabiegów kręgarskich przywróciła mi władzę w kończynach i plecach. Nie wspominając o tym, że miałam mózg poszatkowany jak kapucha na bigos. Ponieważ, o zgrozo, małoletni nie śpią w samochodzie. Never, ever! Nawet kiedy jedziemy ósmą godzinę, za oknem ciemno i lecą kołysanki na CD. Misiek żąda rozrywek intelektualnych: – a teraz zgadujemy stolice państw-, – a teraz rzeki i łańcuchy górskie-. Z powodów, które wymieniłam powyżej, znajomość stolicy Jemenu, największej rzeki w Kongo i wysokości Kilimandżaro całkowicie przerasta moje możliwości. Nie wspominając już o wymienianiu kolejnych składów Barsy i Chelsea.

Lola natomiast wyciska każdą sekundę mojej obecności w samochodzie jak gąbkę: – wymyślamy piosenki, śpiewamy przeboje harcersko- religijne, opowiadamy zmyślone historie o tym, co widać za oknem, i przebój nr 1 – pluszowy kangur opowiada o swoich przygodach. Opowiadającego bawi to przez jakieś pół godziny, potem kangur stacza się moralnie i umysłowo zgodnie z meandrami mojej zmęczonej wyobraźni.

Trudno, sama jestem sobie winna. Trzeba było się uczyć, a nie czytać pod ławką.

Jedziemy jutro rano. Jeśli nie będzie padać, będzie fajnie. Tak myślę. W końcu przeżyjemy ze sobą te cztery dni. Chyba…Ale następnym razem będę mądrzejsza i zanim powiem tak, wszyściutko sobie wyguglam:-)

Sztuka perswazji

Kurczę, to mnie stresuje… To wyrzucanie notki na pierwszą stronę Gazety. Człowiek siedzi i myśli – cholera, jakbym wiedział, to bym  coś intelektualnego zapodał, czy jak? Jakieś głębokie refleksje, albo myśli złote, albo spostrzeżenia natury życiowej. A nie takie pierdy o gadaniu z kotem. Trudno, wyszło jak wyszło, teraz już mnie ten zaszczyt nie kopnie, i mogę napisać coś równie idiotycznego.

Ostrzeżenie – wpis drastyczny, proszę o pominięcie, zwłaszcza osoby wrażliwe na piękno natury.

Przyszła do mnie niedawno koleżanka, rozejrzała się po ogrodzie i zachwyciła, że piękny, że rośliny rosną jak szalone i kwitną jak głupie. I spytała: – Jak ty to robisz? –

– Cóż – powiedziałam skromnie – oczywiście trzeba troche się napracować, ale najważniejszą sprawą jest komunikacja. Musisz rozmawiać z roślinami i pokazywać, że ci zależy, one się odwdzięczą –

Koleżanka zachłysnęła się głębią mojej zupełnie idiotycznej wypowiedzi i zamilkła. A ja odetchnęłam z ulgą, ze nie zaczęła się dopytywać, jak też ja rozmawiam z moimi roślinami. Bo rozmawiam, fakt. Co zazwyczaj wygląda tak:

– Oj, kochany – nachylam się czule nad różanecznikiem – coś słabujesz ostatnio, te listki takie mizerne, no, i pączków mniej niż w zeszłym roku…Pamiętasz tego białego, co rósł obok ciebie? Też nie zakwitł..dwa lata z rzędu. No i teraz leży na tym stosie drewna do spalenia…-

Zazwyczaj jedna taka rozmowa wystarczy, różanecznik spina się w sobie i wyciąga do góry, prostuje gałązki zgarbione, wyciska jeszcze parę pączków i ociera pot z czoła, że mu się znów upiekło (nomen omen). Widzicie morelkę na zdjęciu? Jak pięknie kwitnie? W zeszłym roku miała dwa pączki! Przedyskutowałyśmy tę sprawę, wskazując na sens trzymania w ogrodzie nieowocującej moreli, i..tada! w tym roku kwieciem umajona jak procesja na Boże Ciało.

Co, że to szantaż? Że to niemoralne? A ja  pytam, czy prawo zakazuje takich metod uprawy? (nie wiem, prawdę mówiąc, ale na wszelki wypadek proszę o niezgłaszanie tego do redakcji Działkowca). Grunt, że działa jak złoto!

morelka

PS Dla zatroskanych o moje morale – takie rozmowy przeprowadzam tylko w ostateczności. Zazwyczaj są to słowa otuchy, pochwały i czułe poklepanie po liściu.  Ale zastanawiam się, co  się dzieje z tą małą forsycją, z którą gadałam dwa tygodnie temu.. Tak dziwnie wygląda. Czy rośliny mogą zejść na zawał ze strachu?:-)