autohipnoza albo śmierć

Mam śnieg w butach, w garażu i w samochodzie. Mam śnieg na czapce i w mózgu. Wszędzie biało. Chyba majaczę. Nie ma, nie ma trawy na pustyni…Moje poczucie humoru, zmrożone jak morszczuk w chłodni,  spoczywa gdzieś na dnie zaspy, z której wykopywałam się rano (razem z rękawiczką i długopisem, który wypadł mi z torby przy odśnieżaniu).  Obawiam się, że znajdę i rękawiczkę i poczucie humoru dopiero, jak zejdą śniegi. Czyli chyba nigdy!

Ludzie, co wyście wyprawiali przez ten tydzień, kiedy mnie nie było?! Zwoziliście ciężarówkami śnieg z całego Mazowsza pod moją chałupę? Dlaczego do drzwi wejściowych muszę przedzierać się tunelem wykopanym w metrowej zaspie? Dlaczego nie widzę nawet czubków hortensji w moim ogródku? Dlaczego wyjście o krok poza ścieżkę oznacza zapadnięcie się w śniegu po pas? I dlaczego, do cholery, jechałam dziś do pracy dwie i pół godziny?!

Spokojnie, tylko spokojnie. Oddychamy powoli, zamykamy oczy. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Jestem na plaży. Morze plumka. Piasek wchodzi w zęby i w tyłek. Jest gorąco. Suuuucho i gorąąąco……Tylko nie otwieraj oczu, kobieto, bo przepadnie! OK, póki co, pomaga. Ciekawe, czy uda mi się dojechać do domu z zamkniętymi oczami?

Jestem przemytnikiem

Melduję się. To ja, zdyszana, niewyspana i pełna poczucia winy. 

Wróciliśmy z kompletem w miarę nieszkodzonych kończyn, zestawem tobołów z pourywanymi kółkami, przykurzoną opalenizną i przerażającym przemytem w walizce. A przecież nas ostrzegali- pani rezydentka, rozliczne napisy w hotelu i w przewodniku, a nawet autorzy karteczki, wsuniętej dyskretnie pod nasze drzwi dzień przed odlotem. Treść tego dzieła brzmiała mniej więcej tak:

Samolot z powodu nocnego trybu życia pilotów odlatuje o nieludzkiej godzinie, więc obudźcie swoje nieznośne bachory wystarczająco wcześnie, żeby opuścić nasz hotel w porę. Gorąco prosimy, abyście za rok zechcieli właśnie u nas wydać swoje lekką ręką zarobione dolary. Teraz jednak nalegamy, abyście nie zabierali ze sobą na pamiątkę naszych mydełek i firmowych zapałek,  a nade wszystko przypominamy, że wywożenie doczesnych szczątków węży i krokodyli, muszli i rafy koralowej będzie karane zakopaniem po szyję w piasku pustynnym, skopaniem na śmierć przez wielbłądy i/lub dożywotnim widokiem na nasz sklep z pamiątkami.

Ale fakt, przed przeczytaniem trochę nadużyłam lokalnych drinków, więc mogłam coś przekręcić. Niemniej jednak małoletni POTWORNIE chcieli coś przemycić. O ile Misiek nie wyszedł poza rozwiązania konwencjonalne:  – W kieszeni? Mamo, a mogę w kieszeni? A w bokserkach? -, to Lola kombinowała jak rasowy przestępca:  – Ja bym to wsadziła do mojej torebki z petshopami. Przecież nie prześwietlą petshopów, prawda, mamo? A może schowamy w taty ubraniach, to nikt nie znajdzie? –

Sami rozumiecie, nie mogłam pozwolić, żeby mi się małoletni stoczyli. „Czym skorupka za młodu…” i tak dalej. Bohatersko postanowiłam wziąć na siebie cały ciężar przestępczej działalności. Schowałam do plecaka- aż cztery (jak się potem okazało, przy pakowaniu wrzuciłam kolejne cztery zupełnie nieświadomie do torebki).  Bladzi i przejęci staliśmy przy taśmie. Przejęci na tyle, że umknął naszej pamięci fakt, że w torbie mamy cztery soczki, dwie butelki wody i dezodorant, i że włażę w bramkę kontrolną z zegarkiem, paskiem z metalową sprzączką i butami, które zawsze piszczą. Nieludzko znudzony celnik w rozchełstanym mundurze, ze zwisającym z ust papierosem, rzucił okiem na nasze klamoty i zirytowanym gestem kazał mi się wreszcie usunąć z przeraźliwie piszczącej bramki. Słusznie, bo prawie udało mi się obudzić jego dwóch drzemiących przy sąsiednich stanowiskach kolegów.

Poczułam się rozczarowana- tyle konspiry poszło na nic?! Ale trudno. I tak zrobię publiczny coming – out. Osoby, pragnące mnie zdekonspirowac po numerze IP, informuję, że dobrowolnie poddam się karze (byle nie ten sklep z pamiątkami, błagam!). Przemyciłam cztery (a właściwie, jak się okazało,  osiem) muszelek z plaży.  Małoletni pokochali je z prostego powodu – znaleźli je osobiście podczas upiornie długiej wędrówki wybrzeżem, kiedy spalili sobie plecy, pokłuli stopy o koralowiec i schodzili nogi po pachy, a potem godzinami debatowali nad ich  kolorem, jakością szkliwa i klasyfikacją w rankingu najładniejszych. Jak prawdziwe okazało się stwierdzenie, że cenimy to, co okupiliśmy wysiłkiem!

Teraz stoją rzędem na półce- nieduże, skromniutkie,  jawny dowód mojego konfliktu z prawem. Brr..

PS Jutro napiszę o wyjeździe, słowo, dzisiaj nie mam siły; tylko pomyślałam, że jak się oczyszczę  z wyrzutów sumienia, to będę lepiej spała:-)

Tydzień na boso!

Zima jest  polem minowym na płaszczyźnie mojego szczęścia małżeńskiego. Oprócz temperatury wnętrz, w trakcie ferii zimowych na pierwszy plan wysuwa się konflikt- dokąd wyjechać z dziećmi? Mąż – narciarz entuzjasta, syn – narciarz umiarkowany, córka – odmawiająca nawet postawienia stopy na nartach i żona – z organicznym wstrętem do zimy i śniegu, nie mówiąc już o nartach. Wyjście kompromisowe raczej niemożliwe, więc albo cierpi jedna frakcja, albo druga. W tym roku wygrałyśmy My, czyli frakcja damska!

Więc jadę, jadę sobie w ciepłe kraje, pierwszy raz w życiu zimą. Program pobytu mam już drobiazgowo zaplanowany: odespać wszystkie zarwane poranki i noce z ostatnich miesięcy, a resztę dnia spędzić z nogami w piasku,  chłonąc słońce wszystkimi porami skóry. Żadnych zakupów, zabytków, nabywania pamiątek, wycieczek, które oznaczają siedzenie w autokarze i gapienie się przez szybkę.

Mowy nie ma. Perspektywa sześciu dni bez czapki i kurtki podnieca mnie bardziej niż goły tors Erica Bany i nie zamierzam ich trwonić na zbędne czynności, czyli wszystkie, które nie wiążą się z przyswajaniem witaminy D przez skórę. Wprawdzie młodociani snują jakieś absurdalne wizje pamiątkowych skarabeuszy, muszelek, piramid i mumii, ale mam nadzieję, że uniwersalny zestaw „woda plus piasek” zatka im dzioby na jakiś czas.

Jestem bezwzględna, tak? No dobra, jedna plastikowa piramidka i jeden gipsowy skarabeusz na łebka plus wycieczka do jednego kiczowatego, obleganego przez tłumy niemieckich turystów zabytku. Niech młodzi tez mają coś z życia.  A mąż niech jeżdzi na nartach wodnych, no nie?

Do zobaczenia za tydzień.

wasza totalnie podescytowana, choć despotyczna A.

wojna państwa Rose

Jak mogłam popełnić taki błąd przy wyborze współmałżonka? Jak mogłam pozwolić, żeby uczucia przesłoniły mi dramatyczne różnice między nami? Drogie panienki, naiwne narzeczone, rozważcie ten krok- nigdy nie decydujcie sie na życie z człowiekiem, który ma inaczej ustawiony wewnętrzny termoregulator!

Od kilkunastu lat pora zimowa oznacza to samo- cichą, podstępną wojnę o temperaturę w naszym domu. Ja obniżam, on podwyższa. Ja preferuję sweterki, on t-shirty jako strój domowy. Ja lubię spać w kokonie pościeli z wystającym tylko zimnym nosem, on najchętniej bez kołdry, grzany powiewami z kaloryfera. Zgroza!

Od otwartego konfliktu, w czasach, kiedy jeszcze wydawało nam się, że małżeństwo to sztuka kompromisu, teraz, starsi i mądrzejsi, przeszliśmy do partyzantki.

– Idę spać – obwieszcza współmałżonek, rzucając podejrzliwe spojrzenie na termostat, ustawiony na 24 stopnie.

– Idź, idź – zgadzam się słodko, a kiedy tylko wróg zniknie w łazience, jednym skokiem dopadam do termostatu i przykręcam na 18.

– Tylko się napiję – mamrocze mąż, cichcem zwlekając się z łóżka godzinę później.

Ha! Akurat! Czekam tylko, aż zacznie chrapać i dyskretnie znowu przełączam termostat z przerażających 24 na błogie 18.

– Boże, jak zimno – mamrocze rano zaspany mąż – a przecież… – tu zamyka się nagle i patrzy na mnie z milczącym potępieniem.

Do wiosny wciąż daleko. Walka trwa. Wróg czuwa…..Istna wojna państwa Rose.

Ale spokojnie: JEGO sprzęt fotograficzny jest bezpieczny, dopóki ON nie ruszy MOJEGO kota!

Kły i pazury

Od kilku tygodni Lola jest agresywna jak tresowany do walk pitbull. Nie startuje wprawdzie z łapkami do rodziców ani koleżanek. Główną ofiarą Lolczynej agresji jest Misiek, i to z mojej matczynej winy. Kajam się, ale ewidentnie zawaliłam sprawę- nie wiem, dlaczego uznałam, że to Lola będzie, z racji wątłych gabarytów, poszkodowana w tych utarczkach. Walki są na porządku dziennym, kotłowanina, piski, Lola zawodzi, demostracyjnie pokazując stłuczone kolano, Misiek się obraża na świat, ja stosuję metodę odpowiedzialności zbiorowej – jak sądzę, raczej standardowy obrazek w domu, gdzie jest rodzeństwo.

W sobotę jednak przyjrzałam się wreszcie uważnie takiej bijatyce, i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że obserwuję nie walkę, ale sztukę uników. Misiek, jak znużony życiem bernardyn, opędzał się od rozjazgotanego ratlerka, który hałasu robił co niemiara, ale przy okazji bezpardonowo przebijał mu się przez futro. Sorry za te psie skojarzenia, ale dokładnie tak to wyglądało. I o ile obrażenia Loli wynikały z tego, że w szale walki nadziewała się na kolano Miśka czy na stół, to plecy Miśka ze szramami po Lolczynych pazurkach wyglądały kiepsko.

Postanowiłam naprawić błędy wychowawcze w trakcie jazdy samochodem do sklepu – to gwarantuje, że małoletni nie uciekną w trakcie pedagogicznej przemowy.

– Słuchaj – zaczepiłam Miśka niby od niechcenia – zauważyłam, że kiedy się bijecie, bardzo się starasz nie zrobić siostrze krzywdy –

– No tak – burknął starszy – ciągle mi mówicie, że ona jest mała, i łatwo ją uszkodzić –

– Ale wiesz, to chyba nie fair – rzuciłam okiem w lusterko,  Lola ewidentnie wyostrzyła uwagę – nie może tak być, że ona ci robi krzywdę, bo jest mniejsza i nie możesz jej oddać –

– No wiem, ale jakbym się zamachnął na serio, to faktycznie coś bym jej zrobił – westchnął Misiek z rezygnacją.

– Nie podoba mi się to, że Lola cię bije i drapie. Umówmy się tak, że nie będziesz zaczynał żadnych bójek, ale jak ona cię zaczepi, to masz prawo do obrony własnej-

– Znaczy, mogę jej oddać? – ożywił się Misiek.

– Jesteś od niej dwa razy starszy i silniejszy – łypnęłam okiem na tylne siedzenie, gdzie winowajczyni, niby zapatrzona w okno, słuchała pilnie – gdybyś chciał, mógłbyś ją przewrócić jednym machnięciem. A nawet – postanowiłam się odwołać do bujnej wyobraźni Loli i dodałam złowieszczo – mógłbyś połamać jej ręce albo nogi –

Jechałam chwilę w milczeniu, pozwalając, żeby te przerażające, choć hipotetyczne konsekwencje zapadły młodej w pamięć. W końcu z tylnego siedzenia rozległ się ożywiony, niezwykle uczynny głosik Loli:

– Jakbyś mi połamał ręce I nogi, to już nie mogłabym cię bić ani kopać!-

No tak, to by było na tyle, jeśli chodzi o moją pokrętną pedagogikę.  Ale zauważyłam, że od wczoraj Lola traktuje brata z nowo nabytym respektem, więc może jednak będzie hamować swoje bojowe zapędy….

wcale nie jestem zazdrosna!

Piątek. Wracam do domu, w korku i w śnieżnej zadymce. Do dwójki niewybieganych i świrujących z tego powodu małoletnich. Mąż na wyjeździe grupowym integruje się ze swoimi współpracownikami w jakimś przyjemnym hoteliku. Można by pomyśleć, że przez ostatnie kilka lat zdążyli się zintegrować choćby na służbowych korytarzach, do cholery!

Żeby dać upust frustracji, wysyłam ślubnemu SMSa:

– Co za idiota wymyślił wyjazd integracyjny o takiej porze roku? Przychodzą mi wprawdzie do głowy różne formy integracji w pokojach hotelowych, ale jakoś wolałabym, żebyś nie brał w nich udziału!

Odpowiedź nadchodzi błyskawicznie:

– Jesteś zazdrosna? Ale super! Już myślałem, że nigdy tego pokażesz.  PS: Uważaj, co piszesz, kochanie. To ja jestem tym idiotą.

Ups…Sam jest sobie winien. Ale ja wcale nie jestem zazdrosna, wcale! Czy to będzie przesada, jak zadzwonię jeszcze raz?

Lola baluje

Bal, bal, bal- na ustach Loli od poniedziałku. We wszystkich możliwych (a właściwie, jak się okazało, nie we wszystkich) możliwych wariantach.

W środę wieczorem, kiedy już ustaliłyśmy: „i zakręcisz mi włosy na lokówkę, i muszę mieć różowe spinki, i białe rajstopki”, niefrasobliwie pytam- a którą włożysz sukienkę?

Lola tonem oczywistym- sukienkę Belli, tę od Hani-.

-?????- z zaskoczenia wsadziłam sobie wacik do oka, bo właśnie zmywałam tapetę z twarzy.

Na wieszaku w pokoju Loli wiszą dwie piękne, bardzo księżniczkowe  suknie, nabyte właśnie w tym celu, żeby chadzać w nich na bale.

Dlaczegóż, córko miła, nie możesz być Kopciuszkiem?- dociekam cierpliwie.

-No bo, no bo, Kopciuszek ma złote loki. A może pomalujesz mi włosy na złoto?

– Nie ma mowy- reaguję gwałtownie- załóż sukienkę Kopciuszka, bo jest za późno na pożyczanie, zresztą mamy Hani dzisiaj nie ma, w związku z tym sukienka jest nie do wydobycia.

No i się zaczyna- kwadrans rozpaczy, żalów (bo ty zawsze, bo ty nigdy, bo ty mnie nie kochasz) i czystej desperacji. Sukienka Hani staje się nagle równie pożądanym dobrem, jak stała praca w dobie kryzysu.  No dobra, biorę głęboki oddech, czas zastosować Metodę Naturalnej Konsekwencji  („trzeba było powiedzieć wcześniej, skoro nie powiedziałaś, masz założyć własną sukienkę”).

Rzucam okiem na Małą- no masz, do cholery- tylko nie Mina Zbitego Szczeniaka. Lola taktycznie wycofała się z wysokich rejestrów i patrzy na mnie błagalnie, broda drży, dolna warga wysunięta. Do diabła, jestem całkowicie bezsilna wobec zbitego szczeniaka i mała cwaniara wie o tym doskonale. – OK.- powiadam- jutro rano pożyczymy sukienkę.

Wielki dzień nadchodzi, na razie w postaci poranku w dzikim pośpiechu. Sukienka na razie zwyczajna, loki kręcimy, ja nerwowo patrzę na zegarek (rany boskie, w końcu mnie wywalą   z pracy, bo co ja powiem, że loki dziecku kręciłam?), naszyjnik założony, baletki w plecaku. Jeszcze tylko ja muszę się ubrać, włos splątany wysuszyć, mejkap położyć na twarz steraną, dzieciom płatki zapodać,  kotu jeść, drugie śniadania do plecaków,  i „nie kłóćcie się, bo jak się kłócicie, to przestajecie się ubierać!”, i laska, błagam, tempo z tymi butami, bo w życiu nie wyjdziemy.

Po drodze zajeżdżam jeszcze po sukienkę. Mama Hani, zrelaksowana w szlafroczku (rany, teraz rozumiem, dlaczego zrezygnowała z pracy, ja też chcę być w szlafroczku o tej porze!), wciska mi w rękę kłąb tiulu i poliestru.  Udało się! W zerówce pełen wybór księżniczek, kowbojów i piratów z fascynacją wgapia się we własne przebrania. Szybko przebieram Lolę w  sukienkę, i upojona triumfem, lecę do samochodu. Za wcześnie na triumf. W pracy rozgryzam właśnie problem, dlaczego, do cholery, te same sceny w różnych draftach wyglądają zupełnie inaczej, kiedy dzwoni telefon:

– Proszę pani, Lola stoi od kwadransa w kącie, tupie i płacze, że ma sukienkę za długą i nie może w niej tańczyć-

Toż, do ###*&^##, nosiła tę sukienkę u Hani milion razy, czemu nie powiedziała, że za długa! Mój wewnętrzny McGywer błyskawicznie przeprowadza analizę dostępnych materiałów – Sznurówka? Lasso kowboja? Naszyjnik? Wiem!

– Niech pani ją przewiąże w pasie szalikiem, sukienka będzie krótsza-

Powinnam chyba rozważyć pracę w Centrum Kryzysowym, miałabym porównywalną skalę problemów, a ktoś by mi płacił za ich rozwiązywanie.

 Wieczorem odkrywam jeszcze tylko, że interesujący malunek, jaki Lola przyniosła na buzi z balu, jest całkowicie nie do domycia drogą stosowania powszechnie dostępnych preparatów, jak woda, mydło, mleczko, pianka, żel do golenia, szampon. Korciło mnie, żeby spróbować rozpuszczalnika, ale jakoś się nie odważyłam. Następnego dnia Lola wyglądała jak po ciężkim poparzeniu, bo o ile inne kolory się nieco domyły, czerwone poliki zostały. Ehhh….

PS Świetlik okazał się fałszywym alarmem. Stawiam na wyniszczenie emocjonalne z powodu ciężkiej zimy:-)

 

płakałam po świetliku

Lata czytania i oglądania horrorów w połączeniu z wrodzonym brakiem wrażliwości zrobiły ze mnie prawdziwego twardziela.  Opisy sekcji zwłok w książkach Kathy Reichs zagryzam kanapkami, a „Martwicę mózgu” i „Dom woskowych ciał” oglądałam przy obiedzie. 

Kilka dni po odkryciu dwóch kresek na teście ciążowym, które wskazywały na to, że Misiek ulokował się w moim organiźmie, zapatrzyłam się dość bezmyślnie na reklamę Wertels Original. Siwy pan snuł wspomnienia z dzieciństwa, szczęśliwego dzięki cukierkom. I nagle okazało się, że łzy mi lecą ciurkiem po twarzy, a przy słowach „Dziś sam jestem dziadkiem” rozryczałam się jak bóbr. Dalej to już poleciało po całości – szlochałam na reklamach, moczyłam chusteczki przy artykule o kocie uratowanym przez strażaków, a film „Tańczący z wilkami”, który przypadkiem zobaczyłam, przyprawił mnie niemal o spazmy.

Na szczęście te przerażające dolegliwości minęły bez śladu po trzech miesiącach, a ja dalej mogłam się cieszyć moim cynicznym stosunkiem do świata. Ale kiedy kilka lat później znienacka popłakałam się przy reklamie Nutelli, wiedziałam już, że czas udać się do apteki po test ciążowy.

No i przechodzimy do clue mojej opowieści. W weekend poszłyśmy z Lolą na film „Księżniczka i żaba”. Jestem wybitnie odporna na urok disneyowskich produkcji, przewidywałam więc półtorej godziny  znudzenia. Film łagodnie kołysał mnie do snu, Lola wbijała się trwożliwie w fotel przy każdym pojawieniu się strasznych cieni, kiedy nagle…nagle dr Facilier rozdeptał świetlika. O, nie! Świetlik Ray powoli dogorywał na ekranie, a ja poczułam, że broda mi drży, mam mokro w oczach… no i przepadło. Rozpłakałam się cichutko wciśnięta w fotel, niezdolna do zarejestrowania happy endu głównych bohaterów. No bo jak to – świetlik zginął!? Lola klepała mnie pocieszająco po ramieniu, szepcząc łagodnie:

– Ne martw się mamusiu, on pójdzie do nieba, spokojnie, wszystko będzie dobrze –

Wyszłam z kina z rozmazanym makijażem i zasmarkanym szalikiem. Ochłonęłam dopiero w samochodzie, gdzie nagle dopadł mnie paraliżujący lęk.

– Aaaaaa, ratunku, PŁAKAŁAM PO ŚWIETLIKU!

No tak. I od kilku dni żyję w lekkim niepokoju. Mam nadzieję, że to chwilowy kryzys emocjonalny. Albo…wczesna menopauza?

zmanipulowana

Zawsze wydawało mi się, że jestem wystarczająco asertywna, żeby stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata. Jednak powoli dochodzę do przekonania, że przez lata żyłam złudzeniami. 

– Rany, ależ ona ma przepiękny kolor włosów – wykrzykuję w zachwycie na widok modelki w reklamie szamponu koloryzującego.

– Ty masz o wiele piękniejszy, i w ogóle jesteś od niej ładniejsza – w głosie Miśka dźwięczy szczerość absolutna – a tak przy okazji, zrobiłabyś mi tosty? –

Konia z rzędem temu, kto w takim momencie odmówi temu słodkiemu chłopczykowi.

– Mamo, jesteś najwspanialsza na całym świecie – peroruje pełna zachwytu Lola, przyciskając do serca swój nowy skarb, pancernika Petshopa – która inna mama kupiłaby dziecku takiego cudownego pancernika? I nawet jak nie masz dużo pieniędzy, i jak nie mam urodzin, i tak strasznie cię, mamo, kocham nad życie za tego petshopka…- a sekundę później wciska mi przed oczy ulotkę – …bo oprócz pancernika to tego właśnie najbardziej chciałabym mieć, wiesz? Jak dobrze, że jesteś taka kochana, bo na pewno mi kupisz –

Zgadnijcie, co dostanie Lola przy najbliższej wyprawie do sklepu?

– Jesteś urodzoną organizatorką – mówi z podziwem mąż przed każdym wyjazdem – jak ty to robisz, że tak wszystko błyskawicznie ogarniasz?

I tak od lat jestem Głównym Pakowaczem i Organizatorem. Ehh, dałam się koncertowo zmanipulować, nie ma co. Chyba zacznę trenować te podstępne chwyty:

– Kochanie, kiedy widzę cię z młotkiem, miękną mi kolana. Widziałeś te obrazki w kącie, które czekają na zawieszenie od dwóch miesięcy?

– Synu, to niesamowite, jak precyzyjnie rozmieszczasz w zmywarce naczynia. O, super, popatrz, akurat jest pełny zlew. Pokaż mi, jak to robisz?

– Córko droga, zawsze podziwiałam twój zmysł artystyczny. Ciekawe, czy potrafisz ułożyć swoje ubrania w szafie według kolorów?

A co, ja też tak potrafię!

no foto, no foto!

– Nie ma mowy – mąż spojrzał na mnie tak oburzony, jakbym zaproponowała mu publiczny striptiz.

– Oszalałaś, mamo, nie jestem już dzieckiem, nie możesz mi tego zrobić – powiedział z niesmakiem Misiek.

– Raczej nie, bo wiesz, ja się wstydzę – zatrzepotała rzęsami Lola.

I po co mi to było? Powinnam po prostu cichcem wrzucić fotki do bloga i nikomu się nie przyznawać. Ale nie- poszłam jak ta głupia do rodziny i spytałam. Jakoś tak bezsensownie kombinowałam: prawo do prywatności, poszanowanie czyjegoś zdania, bla, bla, bla. Rodzina upubliczniać się nie chce, a ja teraz nie mam wyjścia i muszę to zaakceptować.

Ale ja lubię czytać blogi ze zdjęciami! Są takie zapraszające, jakby ktoś uchylił mi drzwi do swojego świata. A mój będzie taki suchy, jak, jak, no jak..hotdog bez ketchupu, chlip, chlip…

Zaraz, zaraz…nie pytałam kota! Jeszcze nie wszystko stracone, idę przedyskutować z futrzakiem ewentualną łapówkę za upublicznianie zdjęć w sieci! Kici, kici….