Dzieci i telefon

Pielęgnuję w sobie taką liryczną wizję: o 15 dzwoni telefon- to moje dzieci dzwonią, żeby zameldować, że już odrobiły lekcje, spakowały książki, nakarmiły kota, a teraz, pogrążone w radosnej zabawie dzwonią tylko po to, że by poinformować mnie, jak bardzo mnie kochają… Fajnie, nie? Szkoda, że rzeczywistość uparcie nie dociąga do moich wyobrażeń…

Uwielbiam telefony  od mojej córki, zazwyczaj w trakcie Bardzo Ważnego Zebrania:

– Mamusiu, Misiek mnie bije i w ogóle jest niegrzeczny. Powiedz mu coś-

– Mamusiu, a Misiek mówi że jestem głupi cefalodon, powiedz mu, żeby tak nie mówił-

-Mamusiu, smutno mi i tęsknię, i w dodatku nie mogę zrobić kupki!!-

– Mamooo, a wiesz, że pani Hania pozwoliła mi zabrać do domu wszystkie ślimaczki, które zebrałam na spacerze? I one tak fajnie pełzają-

– Mamciu, (szloch) gdzieś mi uciekł ten mały tłusty robaczek, który mieszkał w łupince żołędzia w przedpokoju, boję się, że ktoś go nadepnie

Ale jeszcze bardziej kocham telefony od mojego syna, wybitnie stresogenne:

– Mamo, booooli mnie głowa strasznie i brzuch. Czy możesz po mnie przyjechać TERAZ, bo pani mówi, że nie mogę sam iść do domu.

– Mamo,  pani Hania pojechała po Lolę do szkoły. A w kuchni coś się pali i jest pełno dymu. Mam otworzyć okno?

– Mamooooo,  a ja bawiłem się z Lolą i ją popchnąłem i ona się przewróciła i teraz się nie rusza. Mam zawołać panią Hanię?

– Mamo, a u nas są dwaj panowie w kominiarkach  i właśnie wynoszą telewizor i komputer. Powiedzieli, że biorą do naprawy. Mam im zapłacić?

No dobra, to ostatnie zmyśliłam. Ale przysięgam, reszta to autentyki…

A, przepraszam, mój ulubiony typ telefonu do pracy to (z ostatnich kilku miesięcy):

– Dzień dobry, dzwonię ze szkoły. Pani syn dostał piłką w przeponę, mówi, że nie może oddychać, czy ktoś po niego przyjedzie, czy mamy wezwać pogotowie?

– Dzień dobry, Misiek na treningu uderzył głową o ścianę, mocno leje mu się krew z czoła, chyba trzeba z tym do chirurga. Przyjedzie pani?

– Dzień dobry, pani Asiu, tu Hania, Misiek powinien wrócić ze szkoły trzy godziny temu, obdzwoniłam wszystkich kolegów, nie ma go i nie odbiera komórki. Co mam zrobić?

No, a co ja mam zrobić, do licha? Poza postawieniem Nervosolu na honorowym miejscu na biurku w pracy? 

pożytki z korka

Korki są szalenie praktyczne, w sensie nie te do wina (chociaż one też mają wiele dziwnych zastosowań)  tylko te drogowe… Jechałam dzisiaj, zaraz, wróć, przemieszczałam się dzisiaj do pracy z prędkością średnią 7 kilometrów na godzinę- w sumie równo dwie i pół godziny. Mogłabym się frustrować, wściekać, na przykład z powodu faktu, że dziś do 11.00 muszę oddać gotowe odcinki i liczyłam na co najmniej 2 godziny poprawiania ich przed godziną zero.

Ale nie – postanowiłam czerpać garściami radość życia. Tak więc, z dumą donoszę, że:

-zrobiłam sobie staranny manicure i uczesałam się

– posprzątałam wnętrze samochodu i wytarłam zakurzone plastiki

– wypolerowałam irchą lusterka

– spisałam listę zakupów

– przemyślałam sprawę remontu ze szczególnym uwzględnieniem koloru ścian w dużym pokoju

– wykonałam kilka pilnych telefonów, a nawet umówiłam się do dentysty

– pogadałam przez telefon z Miśkiem, który złożony ciężką niemocą (czytaj – katarem) spoczywa w barłogu zamiast iść do szkoły

– odbyłam krótką medytację popartą cudownie białym i cholernie romantycznym widokiem za oknami samochodu (ommmm, ommmm, ommmmmmatko, zaraz mnie szlag trafi!)

Tym sposobem z poczuciem dobrze wypełnionego czasu i z silnym parciem na pęcherz (narasta we mnie przekonanie, że powinni na drodze dojazdowej do stolicy stawiać tojtojki) już o godzinie 10.20 zaczęłam dzień pracy. Hurra! I jeszcze raz, anemicznie: hurrra………

Mam dość

W sumie przyznaję- lubię moją pracę. Szanowny mąż twierdzi z przekąsem, że jest dla mnie idealna, ponieważ ktoś mi płaci za dwie rzeczy, które według niego najlepiej potrafię: czytanie i krytykowanie.

Pokornie przyznaję, że ma rację. Obydwie czynności idą mi dość sprawnie i faktycznie zajmują mi jakieś 50 procent czasu pracy. Ale ten tydzień to był jakiś totalny maraton. Co chwilę musiałam z powodu nieustających spotkań przestawiać sobie zwrotnice w mózgu o 180 stopni z projektu na projekt. Milion telefonów i „tylko na chwilę” pytań, skutkujących np godzinnym stukaniem w komputer. Mózg pracujący na takich obrotach, że niemal czułam zgrzytanie trybików – bo ogarnięcie świata złożonego z kilkunastu postaci, ich historii, szczegółow z życia, fachowych aspektów ich pracy i problemów – naprawdę nie jest łatwe. Na poniedziałek musi być gotowy kawał materiału, z którego aktualnie mam jedną czwartą. Czeka mnie upojny weekend w związku z tym.

Mam język na brodzie,  oczy w kieszeni i cycki na klawiaturze.

Mam dość. Mam dość. Mam dość. Spadam. Dzieci chociaż chwilę pooglądam. Kota nakarmię. I do komputera. Błee.

Ale wszystkim miłego weekendu życzę!

Z lekką nutą irytacji

– Mamoooo! – wydarł się Misiek z pokoju – musisz mi napisać usprawiedliwienie! –

Misiek od wtorku ma trzydniowe wakacje, które ufundowało mu Ministerstwo Edukacji na spółkę z Kościołem Katolickim. Grzeje tyłek w domu i nie narzeka. Ja owszem, zważywszy na fakt, że potem będzie siedział do północy przywalony materiałem naukowym, którego teraz nie realizują z powodu rekolekcji.

– Przecież nie chodzisz na religię, to chyba normalne, że na rekolekcje też nie –  wydarłam sie z kuchni (nie ma to jak efektywne metody porozumiewania się na odległość)

– Ale pani powiedziała, że muszę mieć usprawiedliwienie, bo to nieobecność w szkole- wywrzeszczał Misiek

A jednak. Muszę się z tej kuchni ruszyć, bo czegoś nie rozumiem.

– Zaraz, dziecko, co ty mówisz? Sprawdziłam program rekolekcji w twojej szkole: godzina zbiorowych śpiewów religijnych na sali gimnastycznej, godzinny film religijny w kościele i godzina modlitw w tymże kościele. Co to ma wspólnego z obowiązkiem szkolnym?-

– No, nie wiem, ale pani mówi, że inaczej będę miał nieobecność – zadumał się pierworodny, najwyraźniej także nie umiejąc znaleźć w tym sensu.

Zdawało mi się, że wypełniając we wrześniu oświadczenie o nieuczęszczaniu dziecka na religię, zwolniłam go tym samym z innych religijnych zobowiązań wypełnianych w szkole. A tu proszę- wot siurpryza. Okazuje się, że Misiek do szkoły iść powinien. I albo uczestniczyć w zajęciach, które nie są rekolekcjami sensu stricte (proszę o podpowiedź- czy film religijny puszczany w kościele zalicza się, czy nie? A wspólne śpiewanie pieśni o wydźwięku zalicza się, czy też nie?) albo spędzić ten czas na świetlicy szkolnej.

Czuję w sobie głęboką potrzebę napisania wybitnie złośliwego usprawiedliwienia. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się ją stłumić, to może ograniczę sie do psychosomatycznego bólu brzucha, na które hipotetycznie cierpiał Misiek przez ostatnie trzy dni. Bo jeśli się nie pohamuję….

Kto mnie przebije?

Stałam w starej, ceglanej piwnicy i bałam się jak nigdy w życiu. Serce mi biło jak szalone, czułam, że włoski na rękach stają mi dęba. W studni, która nie wiedzieć czemu znajdowała się na środku piwnicy, słyszałam chlupot. Najpierw odległy, potem stopniowo sie przybliżał… TO nadchodziło, z mlaskającym, wilgotnym odgłosem rozkładającego się ciała. Czułam makabryczny odór padliny. Z cembrowiny wychyliła się ociekająca wodą, napuchnięta głowa i małe łapki. Straszny, martwy York, ze splątaną mokrą sierścią,  spojrzał na mnie wielkimi, wyłupiastymi oczami pokrytymi bielmem i powiedział: Pii, Pii..

Obudziłam się spocona i spanikowana, a mój budzik cały czas piszczał Pii, Pii…Jak łatwo się domyślić, w związku z aktualną obsesją Loli ( „Mamusiu, ja chce yorka, one sa takie SŁODZIUTKIE”) miewam koszmary. No, ale żeby York jako główny bohater Ringu? Nie mogę sobie nawet wziąć kota na pociechę do łóżka, bo biedula potwornie boi się yorków. Przypuszczam, że nie ma pojęcia, co to za gatunek i nie wie, co ma zrobić – polować, czy jeżyć sierść? Ale to był naprawde absolutnie makabryczny sen!

No, to kto mnie przebije, jeśli chodzi o surrealizm koszmarów sennych?

eksperyment naukowy

Przeczytałam interesujący artykuł na temat technik osiągania zamierzonego celu. Jako pragmatyk postanowiłam wykorzystać je w praktyce. Niniejszym informuję, że przynajmniej jedna z nich działa jak złoto!

Opis doświadczenia:

– Misiek – siadłam koło mojego syna na kanapie i nabrałam tchu – musimy poważnie porozmawiać –

– Yhmm – rzucił Misiek niezobowiązująco, jednocześnie gorączkowo przeszukując pamięć, co też ostatnio nabroił.

– Wiesz, już dawno chciałam o tym z tobą pogadać. Zaraz kończysz 12 lat. Wchodzisz w okres dojrzewania – kontynuowałam niewinnie, obserwując narastający wyraz paniki na jego twarzy

– Twoje ciało się zmienia, wzrasta produkcja hormonów – ciągnęłam, a Misiek wyraźnie chciał być w tej chwili daleko stąd.

– No wiesz, jak to jest. Hormony buzują, gruczoły łojowe pracują pełną parą – Misiek miał wyraz twarzy wskazujący na totalną mękę pod tytułem: „zaraz będę jej musiał powiedzieć, że z ojcem i z kolegami obgadaliśmy już temat na wszystkie strony, a ona mnie o coś zapyta, i co ja wtedy…”

– I dlatego, synu….na litość boską, umyjże wreszcie te włosy! –

Efekt doświadczenia:

Od dawna nie widziałam, żeby Misiek w takim tempie poleciał pod prysznic. A ostatnio mam problem z nakłonieniem go do mycia tych zapuszczonych kudłów częściej niż raz na tydzień.

Wnioski z doświadczenia:

Dla zainteresowanych podaję rodzaj techniki, jaką zastosowałam, no powiedzmy, luźną wariację na jej temat. Najpierw prosimy rozmówcę o coś bardzo trudnego, niekomfortowego do realizacji. Kiedy odmówi albo widać, że bardzo nie chce spełnić naszej prośby, prosimy o coś małego. Rozmówca, napędzany podświadomym poczuciem winy, chętnie spełni naszą prośbę, tę właśnie, o którą chodziło nam od początku.

Wiem, jestem okrutna. Ale kurczę, wiecie, co to za frajda tak wkręcić własne dziecko?

Gadka nastolatka

Niedziela. Godzina 21. Misiek skoncentrowany jak kierowca rajdowy podbija swoimi wojskami kolejne imperium. Niestety imperium wraz z naszym starym komputerem znajduje się w pokoju Loli. Lola się już czołga ze zmęczenia – muszę ją jakoś dopilotować do łóżka. Co jest niemożliwe przy wrzaskach konających i szczęku broni dobiegającym z komputera.

– Misiek – mówię stanowczo – spadaj sprzed monitora i do wyra.

– A co mnie to – mamrocze Misiek

– A to cię to – odpowiadam tylko pozornie niegramatycznie – że to pokój twojej siostry

– A co mnie to – Misiek nie jest w nastroju do błyskotliwych ripost

– Wynocha stąd – podnoszę głos niepedagogicznie – a w ogóle nie powinieneś się do mnie tak odzywać-

– Ciekawe czemu – warczy Misiek, zapisując (a jednak!) grę i powoli zwlekając się z krzesła

– A temu, że jestem twoją matką i powinieneś traktować mnie z szacunkiem – alem błysnęła, w dodatku idiotycznym argumentem, którego obiecałam sobie nigdy nie nadużywać

– A ja jestem twoim synem, i też powinnaś mnie grzecznie traktować! – prawie wrzeszczy Misiek

Cisza. Z tych znaczących.

– Dobra, sorry za wynochę – mówię całkiem już uprzejmie

– Sorry, matka, za comnieto – Misiek pokornieje w sekundę i całkiem już cicho – A przyjdziesz mnie pocałować na dobranoc?

trudne pytania

Poradniki dotyczące rozwoju dziecka mylą się. Owszem, dwu – trzy latki mają fazę na zadawanie pytań. Ale te pytania, to pan pikuś:

– dlaczego niebo jest niebieskie?

– dlaczego żarówka świeci?

– dlaczego tata ma włosy na piersi?

– co to znaczy kurzy korpus?

Każdy rodzic, po standardowej edukacji szkolnej poradzi sobie z odpowiedziami.

Nikt w poradnikach nie wspomniał jednak, ze tak naprawdę dopiero dziecko siedmioletnie staje się żywym znakiem zapytania. A TE pytania wymagają już co najmniej lektury Tatarkiewicza albo ukończonego kursu socjologii.

– Dlaczego te fajne rzeczy, które chciałabym mieć, są zawsze drogie, a te niefajne są tanie?

– Dlaczego zawsze podobają mi się te zabawki, które ma ktoś inny, a te moje już nie tak bardzo?

– Dlaczego Kasia mówi, że jestem głupia? Przecież nie jestem?

– Dlaczego niezdrowe jedzenie jest takie smaczne?

– Dlaczego nie widac aniołów, a pani od religii mówi, że one nas pilnują?

Moja rodzicielska frustracja narasta. I nawet nie da się skwitować tej lawiny krótkim i zamykającym usta:

– Bo tak! (w domyśle: ucisz się wreszcie, szczeniaku, bo mnie głowa boli)

Bo są to pytania wskazujące na procesy myślowe, a takich żaden rozsądny rodzic nie będzie w pociechach tłamsił, no nie? Chyba poczytam sobie coś na tematy socjologiczne- psychologiczne.

Taki zupełnie zwyczajny poranek

Budzik nie zadzwonił. Fakt, jest stary, ale to go chyba nie zwalnia z obowiązku dzwonienia, kiedy powinien. Było późno jak cholera i już wiedziałam, ze dzisiaj nic nie będzie proste.

Wyskoczyłam z łóżka, odkryłam kołdry z gołych nóg małoletnich, krzyknęłam- wstawajcie, bo matka zaspała! – i pognałam do łazienki.

Oczywiście, kiedy wyszłam spod prysznica, odkryłam, że dzieci  śpią nadal. Po skutecznym dobudzeniu (vide: potrząsanie, śpiewanie „wstań, Zenek, wstań”, ściąganie kołdry, zrzucenie z łóżka, groźby werbalne i szantaż) udało mi się doholować Lolę do łazienki, podczas kiedy Misiek uznał, że dysponuje jeszcze dużą ilością wolnego czasu i poszedł po pokoju pograć na PSP. Teraz nadchodzi czas na poranną komedię slapstickową:

Ja – biegam nerwowo między łazienką i sypialnią, ubierając się i popędzając Lolę, żeby wstała z podłogi w łazience i się umyła.

Misiek- gra na PSP

Lola – apatycznie gmera szczoteczką w buzi, leżąc na podłodze

Ja- każę Miśkowi i Loli ubrać się wreszcie, bo uduszę

Misiek – nie odkładając PSP sięga po skarpetkę

Ja- uspokojona, biegnę do kuchni, żeby wstawić wodę i mleko, za chwilę jednak biegnę do pokojów dzieci sprawdzić postępy w ubieraniu się

Lola- w samych majtkach leży na podłodze

Misiek- z jedną na wpół ubraną skarpetką martwym wzrokiem wpatruje się w przestrzeń

Ja- pomagam Loli się ubrać, wydając jednocześnie Miśkowi komendy głosowe, które mają go przeprowadzić przez proces ubierania się

Mleko- kipi

Kiedy już udało mi się skłonić małoletnich do ubrania się, domyć kuchenkę, zrobić herbatę i płatki, opadłam z sił.

Niemrawo powlokłam się do łazienki,  aby nadać mojej znękanej fizjonomii znamiona świeżości i kompetencji. Oczywiście, całkowicie bezskutecznie. Nie miałam jednak czasu roztkliwiać się nad niedoborami własnej urody, bo zegar nieubłaganie wskazywał na fakt, że dzisiaj z pewnością nie będę w pracy o godzinie dziewiątej.

Czym prędzej wyrwałam im sprzed nosa  resztki śniadania i brutalnie zagoniłam do przedpokoju. Sukces. Pobili się tylko raz, może dlatego, że widzieli wyraźnie, że ja się mogę zaraz do tej bójki przyłączyć, więc założenie dwóch kurtek, dwóch czapek, dwóch par butów i jednego szalika zajęło im TYLKO 10 minut.

W samochodzie uświadomiłam sobie, że na stole została mój nietknięta herbata, i że zapomniałam zjeść śniadania.  Niestety okazało się także, , że Lola zapomniała wziąć ukochanego szczurka- rozpacz, szloch i zgrzytanie zębów. Wrrrrr.  Z ogromną dozą dyplomacji i podstępów  odwiodłam ją od pomysłu natychmiastowego pieszego powrotu po nieszczęsnego pluszaka i pozostawiłam w placówce opiekuńczo- wychowawczej.

Całkowicie wykończona, głodna i na fali adrenaliny, opadłam na siedzenie samochodu, ze szczerą ulgą myśląc o najbliższej godzinie, którą miałam spędzić w korkach warszawskich. Co za ulga! Żadnych dzieci w zasięgu wzroku!

W kinie byłam

Byłam wczoraj w kinie. Co jest wydarzeniem na miarę, no nie wiem, zaćmienia słońca – ekscytujące, lecz niezwykle rzadkie. Zawsze po pracy kurcgalopkiem (o ile można tak nazwać godzinę w korku) pędzę do domu, żeby przejąć małoletnich od opiekunki. Bo mąż niestety z gatunku tych długo pracujących – kiedy widzę go w domu o 19, zawsze się boję, że go z pracy wywalili….

Ale wczoraj byłam – na „Alicji w krainie czarów”. Niezłe, niezłe. Wizualnie – fantastyczne. Chyba najbardziej surrealistyczna i bogata wizja Krainy Czarów, jaką można sobie wyobrazić. Ale dosyć hardkorowe – w sumie czego się można spodziewac po Burtonie, choćby we współpracy z Disneyem? Jabberwock jest strasznie straszny, potwory są realistyczne na maxa, łącznie ze śliną kapiącą z zębatej paszczy, Alicja dostaje sie do zamku Królowej, skacząc po odciętych ludzkich głowach, generalnie, niezła jazda. Widziałam na widowni naprawdę małe- na oko pięcio- sześcioletnie dzieci. Masakra! Już nie wspomnę o tym, że Lola posikałaby sie ze strachu po pierwszym kwadransie, ale koszmary nocne zapewnione i dla tych nieco starszych. Gdybyście mieli ochotę wybrać się z dziećmi – polecam dla zahartowanych na Harrym Potterze dziesięciolatków.