Zając w potrawce

Odpowiadam tym samym hurtowo na wasze zatroskane komentarze:-)

Idąc za radą szanownego kolegi Breezly, który ostatecznie reprezentuje płeć przeciwną, więc wie, co pisze, postanowiłam precyzyjnie wyłożyć małżonkowi, co mi w duszy gra (oj, nie jest to bynajmniej dźwięk fletu, raczej trąbka bojowa). Użyłam przy tym stosownej dawki empatii i odwołania się do emocji.

Odpowiedź męża dała się sprowadzić do dwóch wniosków:

a. chyba trochę przesadzam i w końcu możemy poświęcić trochę czasu tym ludziom

b. przykro mu, że tak to widzę

Moja odpowiedź na odpowiedź męża była:

a. wypowiedziana tylko w myślach (oszczędzę wam jej, ale składa się wyłącznie z pojęć prosto ze Słownika Wulgaryzmów)

b. zwerbalizowana (NO FUCKING WAY – co zasadniczo jest zbliżone, ale w języku obcym brzmi jakoś łagodniej)

Chyba jednak napiszę ten poradnik dla młodych mężatek – nigdy nie udowadniaj, jak bardzo jesteś samodzielna i zaradna. Bo jak w sądzie – zawsze kiedyś obróci się to przeciwko tobie….

W jakimś momencie wspólnego życia dałam się wmanewrować w  niebezpieczną sytuację: pokazałam mężowi, że potrafię sobie poradzić ze wszystkim: skopać ogródek, przydźwigać 40 kilogramowe zakupy, wstawać przez całą noc co godzinę do dziecka i nie umrzeć dnia następnego, zorganizować ekipę remontową, przeprowadzkę i podpisać umowę z gazownią.  A teraz pluję sobie w brodę, że nie byłam zagubioną w życiu sierotką, którą trzeba odciążyć, wesprzeć ramieniem, uratować przed smokiem i wyjąć ziarnko grochu z puchowej pościeli.

Tak na trzeźwo i konkretnie: Nie  mam nic przeciwko podejmowaniu nawet obcych mi ludzi obiadem. Ale nie w sytuacji, kiedy: w środę pracuję do późna, a w sklepach będzie oblężenie przedweekendowe, w czwartek wszystko pozamykane, w piątek muszę iść do pracy i wrócę późno,  a w weekend czeka nas wiele godzin żmudnej, fizycznej pracy, w dodatku związanej z totalnym zamieszaniem i bałaganem w domu.

Wiem, jestem nudna, nieśmieszna i wylewam jad na blogu. Kurczę, przepraszam. Następnym razem napiszę coś zabawnego. Ale muszę jakoś pary upuścić, żeby męża nie udusić. W potrawce. Z buraczkami.

 

 

zajączek cholerny

Mój mąż ma zadziwiająco mało instynktu samozachowawczego. Takiego, który każe zajączkowi schować się pod krzakiem w obliczu zagrożenia, zamiast wyskakiwać i merdać puchatym ogonkiem na środku polany.

Czy wspominałam, że za 10 dni czeka mnie remont – taki solidny, z malowaniem ścian niemal w całym domu? Domu, zamieszkałym od ośmiu lat przez czworo ludzi, kota, lekko licząc dwa tysiące książek, hektary kwiatków doniczkowych, dziesiątki obrazów i zdjęć i pierdylion mebli i ozdóbek?

Czy wspominałam też, ze mój mąż przez ostatni miesiąc spędził w domu dokładnie jeden dzień weekendu? Zostawiając na mojej głowie logistykę codzienną, dzieci i załatwianie wszystkich spraw związanych z w/w remontem?

Swoją drogą, ja jednak postrzegam rzeczywistość poprzez słowa. Czasami mam ochotę napisac o nim Mąż, a nawet, choć nieczęsto, MĄŻ. Dzisiaj jednak ciśnie mi się na klawiaturę słówko mąż

No, furia mną miota, jak słowo daję. Wrócił wczoraj, ten mąż mój własny, po czterodniowej nieobecności. A dzisiaj rano zdradził mi swój wspaniały pomysł na długi weekend: zaprośmy, kochanie,  na jeden dzień (uwaga, uwaga) – teściów jego siostry, którzy przyjechali w odwiedziny do Polski na dwa tygodnie i  (znowu uwaga, uwaga) wciąż wspominają naszą gościnę i fantastyczny obiad, który im wówczas podałam.

Zaznaczam, że tak czule wspominany obiad odbył się pięć lat temu – mąż pracował i wracał normalnie, ja nie pracowałam w ogóle i miałam czasu na pęczki. Teściów siostry męża widziałam raz w życiu, zupełnie nie rozumiem, dlaczego mam się męczyć z cudzymi teściami, do licha (każdy niech sam dźwiga swój krzyż – czytaj swoich teściów: to moje motto na dziś) i generalnie ciśnienie skoczyło mi od razu tak, że mogłam sobie odpuścić poranną kawę. Najbardziej wzruszająca była zajączkowa argumentacja: bo chciałby siostrze pomóc….Najwyraźniej uważa mnie za kobietę ze stali, która w przerwie między przesuwaniem regałów, oklejaniem okien i pakowaniem książek, szybciutko pot z czoła otrze i podejmie zagranicznych gości oraz szwagierkę z rodziną trzydaniowym obiadem na miśnieńskiej porcelanie przy dźwiękach Mozarta – niestety na trawie, bo stól  już zdąży ofoliować…

Zajączek sam się prosi do odstrzału. No stoi, kitka białą macha i czeka na jastrzębia, albo też lisa, olewam logikę moich metafor. Miałam go zabić na miejscu, wetrzeć zwłoki w parkiet, a resztki pozamiatać, ale się rozmyśliłam. Mam mu jeszcze TYLE DO POWIEDZENIA! Biedny zajączek……

 

dlaczego dzieci się brudzą?

Zaznaczam, że to desperackie pytanie, a nie błyskotliwa odpowiedź.

Czasami mam wrażenie, że posiadanie dzieci wiąże się głównie z usuwaniem z nich przeróżnych substancji. Cała ta zabawa zaczyna się niemal przed ich narodzeniem. Jakie jest jedno z pierwszych słów, jakie poznaje młoda matka? Tak, oczywiście – smółka. I tak więź z noworodkiem nawiązujemy w trakcie usuwania czarnej mazi z ukochanej pupci. Dalej już leci hurtowo – kupy stają się przedmiotem dumy, zmartwienia, nieprzespanych nocy, i konwersacji towarzyskich, no a przede wszystkich nieustannego czyszczenia. Nomen – omen płynnie dołączają się do tego różne ciecze i papki, które zamiast lądować w jamie ustnej młodego osobnika, są wcierane we włosy, uszy, czyste spodenki i krzesełko.

Czas odstawiania od pieluch zapamiętałam głównie jako nieprzerwany ciąg zdejmowania i zakładania ubranek i ścierania kałuż.  Z tego też okresu bierze się najbardziej traumatyczna opowieść o Loli, ciągle z dreszczem zgrozy wspominana w rodzinie. Kiedy to dwuletnia Lolka, której przytrafiła się grubsza sprawa na podłodze sypialni rodziców, postanowiła sama rozprawić się z bałaganem. Użyła w tym celu ręczników z łazienki i własnych ubrań (oraz naszych wiszących na krześle), a nieusatysfakcjonowana rezultatem, pomogła sobie też naszymi szczoteczkami do zębów, moimi szczotkami do włosów i gąbką do kąpieli. Wykładzina w sypialni była jasnobeżowa. Przedtem……

No, ale ja nie o tym. Tak się po prostu melancholijnie zamyśliłam, że przez cały ten czas mycia, oskrobywania, namaczania i doczyszczania zaciskałam zęby i mówiłam sobie: jeszcze tylko rok, może dwa i będzie spokój. I co? Figa. Brudu prawie tyle samo, tylko powierzchnia zabrudzeń się zwiększyła.

Mieliśmy dzisiaj fajny piknik na osiedlu. Gry i zabawy, muzyczka przez megafon, kiełbaski i straż pożarna, która przyjechała wspaniałym czerwonym wozem i urządziła pokaz gaszenia wodą i pianą.  Dzieci w ilości sztuk cztery (moje i mojej siostry) bawiły się na pikniku, ja na tarasie czytałam nowego Cobena, usiłując wyizolować się z zamieszania, a jednocześnie mieć ich na oku. Najpierw przyszły Lola i Ola – dwie przemoczone syrenki po bliższym kontakcie z wodą z węża strażackiego. Mokre ciuchy rozwiesiłam na tarasie, włosy wytarłam, dałam suche rzeczy. Pięć minut później przyczłapał Misiek – spieniony jak wściekły pies, w sensie całkowicie dosłownym – bo od szyi w dół był pokryty białą pianą, i w przenośni – bo się pośliznął w tej cholernej pianie. Glutowato śliskie ciuchy do pralki, Misiek pod prysznic. Po czym dziesięć minut sprzątałam rozciapkaną wszędzie pianę. Oczywiście kiedy skończyłam, przyszedł Kuba – kuzyn Miśka. Pianę miał nawet na okularach przeciwsłonecznych i czapce z daszkiem. Powtórzyłam procedury, tylko ze znalezieniem pasujących butów miałam problem.  Zdążyłam przeczytać całe trzy strony mojej książki, zanim wróciła Lola, w buzią w kolorze jednolito szarym – zapomniała, że pani pomalowała jej buzię i potarła ją (buzię, a nie panią, dla ścisłości). Usuwanie brudnej szarości zajęło mi kwadrans. Pół godziny później dziewczyny były już po: wacie cukrowej (lepiące policzki i ręce), cieście z truskawkami (czerwone plamy na ubraniu i rękach) i zabawie w piaskownicy (piasek we włosach i ubraniu). Misiek – po meczu piłki nożnej miał czarno – zielone kolana i łokcie, trawiaste plamy na koszulce i włosy w strączkach.

Czy uwierzycie – dawno, dawno temu  byłam święcie przekonana, że te brudne dzieci w poplamionych ubrankach, które widywałam na spacerach,  na pewno są z jakichś kompletnie patologicznych środowisk!? Aż boję się przyznać, co myślałam wtedy o ich rodzicach….

Apeluję więc – kiedy zobaczycie takie niechlujne dzieci, z piachem we włosach i bardzo brudną buzią, pochylcie się ze współczuciem nad ich nieszczęsną rodzicielką- to mogę być ja, niewydolna wychowawczo i higienicznie matka dwójki małoletnich.

wieniec czy bukiecik?

Wpływ pogrzebu bliskiej osoby na rodzinę:

Miałam odebrać wieniec z kwiaciarni. Odebrałam, i od razu zaniosłam do samochodu rodziców. Po czym lecę do mojej osobistej matki z pękiem róż czerwonych z okazji wiadomego święta. Matka oczy wytrzeszcza oburzona i z pretensją w głosie mówi:

– Przecież miałaś dużą wiązankę kupić, a nie taki (tu zszokowane prychnięcie) bukiecik! –

– Nie przesadzasz, kobieto? – warczę oburzona, że chce większego wiechcia.

– Jak to przesadzam, taki bukiecik na grób? –

Nagle złapałyśmy się na tym, że gadamy o dwóch różnych rzeczach i ryknęłyśmy śmiechem. W tym całym zamieszaniu zapomniała bidulka o własnym święcie.  Ja za to zapomniałam o swoim. Wczoraj przygotowaliśmy z dziećmi kolację, żeby uczcić rzadki moment posiadania tatusia w domu.

– Z jakiej to okazji? – pyta mąż uszczęśliwiony

– Z okazji…- i nagle klapka w mózgu mi się otwarła – moich wczorajszych imienin! Na śmierć zapomniałam! –

Mąż zbladł i zesztywniał, co pozwoliło mi wysnuć wniosek, że też nie pamiętał – chyba pierwszy raz przez ostatnie dwadzieścia lat.  Biedaczek – też ostatnio jest przeczołgiwany w pracy koncertowo i nie wyrabia z niczym innym. Aż mi się go żal zrobiło:-)

Ale donoszę, że już mi lepiej, może nie całkiem, ale wystarczająco, zeby zaniechać szukania mostu. Być może ma to związek z  faktem, że wczoraj intensywnie nadużyliśmy z mężem alkoholu, żaląc się sobie nawzajem na podły świat. Mam nadzieję, że moje dzieci nigdy tego nie przeczytają, ale prawda jest taka – po odpowiedniej ilości alkoholu podły świat przez chwilę jest lepszy:-)

Być może pomogła też stosowana przeze mnie metoda czarnego scenariusza. Kiedy czujesz, że przerasta cię stres związany z jakąś sprawą, wyobrażasz sobie najgorsze rozwiązanie.

Masz problemy w pracy? Co może się stać najgorszego? Hm, w moim przypadku odpowiedź brzmi – awantura w gabinecie szefa (wczoraj miałam – przeżyłam), lub wywalenie z pracy (będę miała więcej czasu dla dzieci, napisze książkę, oszczędzę na opiekunce)

Remont? Jak może przerażać remont kogoś, kto budował dom z niemowlęciem na ręku i to zdalnie z drugiego końca Warszawy? Kogoś, kto uczył dziecko raczkować na betonie i przez trzy lata sikał bez drzwi do łazienki? Nie, no przyznaję – remont przeraża mnie bardziej niż wizja utraty pracy, ale zepchnijmy to na razie do kąta mojej podświadomości:-)

No dobra, nie jest to najlepszy tydzień mojego życia. Ale kiedyś w końcu minie, prawda?

chwilę pomilczałam

Zamilkłam sobie na chwilę, bo musiałam. Babcia mi umarła. Nie zamilkłam wprawdzie z powodu głębokiej żałoby, ale raczej z powodu trudności w ustosunkowaniu się do tego faktu. Bo moja babcia, cóż, nawet jako zdrowa osoba, nie była najłatwiejsza w kontaktach. A ciężka choroba nie wpłynęła specjalnie pozytywnie na jej stosunek do świata, a szczególnie do mojej mamy. A  teraz umarła. I nie wiem, co mam z tym zrobić. Wygląda na to, że Loli udało się trafić w sedno moich wątpliwości, kiedy z łezkami w oczach powiedziała szczerze:

– Wiesz, mamo, jakoś nigdy prababcia nie była mi potrzebna, bo z nią się nie bardzo dało porozmawiać. Ale teraz czuję, że bardzo mi jej brakuje. Dziwne, prawda? –

No dziwne, ale ja też tak czuję.

Wprowadziłam już dwoje ludzi na ten świat, ale nikogo jeszcze z niego nie wyprowadzałam. Przyznaję, że procedury prawno – logistyczne związane z pogrzebem są o wiele bardziej skomplikowane niż te związane z urodzinami…Trochę to przytłacza. Jak również fakt, że zawodowo ostatnio kryzys totalny. I się sypie równo. A mój mąż od początku maja spędził w domu równiutko jedną niedzielę, i w ten weekend znowu jest out. Co wszystko razem sprawia, że aktualnie jestem starą, zmęczoną i smutną samotną matką dwójki dzieci.

PS Czy wspomniałam już, że za dwa tygodnie czeka mnie remont, wymagający wywrócenia domu do góry nogami?

PS 2 Jakieś pomysły na depresję? Prozac? Czy od razu szukać jakiegoś przyjemnego mostu do skoku?

Jestem poetką!

Niniejszym odwołuję wszystkie stwierdzenia, że nie napiszę książki. Zresztą, co tam byle książki! Machnę od razu tomik poezji – niesłychanie genialnej ofkors. Bo jeśli talent artysty oceniać miarą reakcji czytelników, jestem wielka:-)

Grzebiąc w pamiętnikach, znalazłam też gruby zeszyt,w którym jako dwunasto i trzynastolatka zapisywałam swoją twórczość artystyczną. Poza długą, bogato ilustrowaną baśnią o księżniczce i poza kryminałem, w którym uśmierciłam wszystkich bohaterów, zeszyt jest pełen wierszy.  Słuchajcie, dawno się tak obłędnie nie śmiałam!

A kiedy już skończyłam się śmiać, postanowiłam podzielić się moją radością z małoletnimi. Posadziłam ich na kanapie i zaczęłam czytać poruszający w swej wymowie wiersz o śmierci ukochanego chomika:

– „Chciałabym w tych strofach wyrazić ból mój srogi, gdyż mój miły chomik przekroczył już nieba progi…….” – Ciągnęłam kolejne wersy z namaszczeniem, wczuwając się w rolę, a kiedy doszłam do kolejnej zwrotki:

– „W lesie, pod cichym korzeniem świerku, wśród bezlistnych zarośli, pod całunem śniegu, na wieki spoczną twe kości” – łypnęłam okiem na małoletnich. Misiek, zadumany, spoglądał w dal, a Lola? Lola płakała:-)

No, no, to się nazywa siła wyrazu artystycznego! Taktownie przeszłam do bardziej pouczających, a mniej wzruszających dzieł, w których widać wyraźnie moje komunistyczne ciągoty: „Pan nie sieje, nie orze,a gdzie spojrzy, tam jego zboże. Chłop od świtu przez dzionek cały obrabia wielkie pola kawały. Czyjego pola? Nie swego przecież. Taka to sprawiedliwość jest już na tym świecie!”

Zacieram ręce i wracam do tfurczości, tfu, twórczości! Tyle dramatów wokół, a ja nic, nie dzielę się ze światem? Do dzieła! Bądźcie gotowi na eksplozję mego natchnienia. I drżyjcie!

PS 1 – wszystkie cytaty pochodzą z dzieła „Utwory wybrane” (sic!) by Asia, lat 12 i pół

PS 2 – Małoletnich oszczędziłam, ale was nie oszczędzę. Oto fragment najbardziej dramatycznego utworu z w/w zbiorku, który dedykuje nam, czyli matkom:

„Podczas wojny ze zmarszczką na czole, z oczami spuchniętymi od płaczu, idzie z pola matka, wiedząc, że w domu czeka na nią głodnych dzieci gromadka…(dalej było o krukach, żandarmach i jednym ziemniaku za harówkę, a teraz puenta)..kochajmy swoją matkę, co życie nam dała i życie by za nas oddała!”

PS 3 – musiałam być cholernie dziwnym dzieckiem……

Drogi pamiętniczku

„Popatrzył na mnie! Naprawdę! O rany, ale on ma piękne oczy. Jutro idziemy całą paczką do kina. Ciekawe, czy uda mi się z nim porozmawiać. Tomek jest cudowny. Chyba się zakochałam.”

Ostatnio pogoda zmusiła mnie do spędzania wieczorów w domu. Dwa dni temu wdrapałam się na strych i z mojej „panieńskiej” walizki wywlokłam kilkanaście (!!) starych zeszytów. Jak każda pretensjonalna nastolatka pisałam pamiętnik – od dwunastego do osiemnastego roku życia pracowicie i niechlujnie zapełniałam kolejne zeszyty głębokimi przemyśleniami…Z wypiekami na twarzy czytałam je przez ostatnie dwa wieczory, rechocząc radośnie przy co piękniejszych zwrotach akcji. Zazwyczaj sprowadzały się do: „kocham – nie kocham – jest cudowny – jest podły – rodzice znów mnie dręczą- pokłóciłam się z Anką – a Małgośka mnie obmawiała na przerwie”.

 Najpierw się obśmiałam, potem zamyśliłam. W sumie cały ten chłam ma dla mnie bardzo edukacyjny wymiar. Jeszcze w wieku 12 lat zagadnieniem najwyższej wagi był fakt, że Basia siadła dziś w innej ławce, a pani od polskiego jest niesprawiedliwa. Ale każdy kolejny zeszyt wprawiał mnie w osłupienie: zupełnie nie pamiętam, żebym TAKA  była!  Generalnie JA, JA rozdęte do rozmiarów wszechświata. Dla trzynastolatki epicentrum wszystkich wydarzeń, także tych globalnych, jest ona sama.  Skrajny egocentryzm, zero dystansu, huśtawka emocji, czarno – biała rzeczywistość. Wydawałam się sobie niesłychanie mądra i stara:-) Słowa plączące się na każdej kartce: NIGDY, ZAWSZE, UWIELBIAM i NIENAWIDZĘ, nagle odbiły się echem w mojej mózgownicy – przecież słyszę je codziennie, z ust własnych dzieci:-)

Obiecałam sobie solennie, że będę trzymała te pamiętniki pod ręką. I będę je czytać! Regularnie. Żeby nie zapomnieć, jak się cielęciem było. Żeby trochę wesprzeć małoletnich i starać się zrozumieć, że oni też muszą przejść przez ten koszmar, zwany dojrzewaniem.

dziewczyny

– Mamo, a Zuźka powiedziała, że jestem fajny. I inny niż reszta chłopaków – Misiek podskórnie pękał z zadowolenia, ale starał się zachować kamienną twarz.

– I co jej odpowiedziałeś? – dopytuję podekscytowana niemal równie jak on. Bo Zuźka fajna jest, ładna, i wysportowana, i trochę pyskata – podoba mi się dziewczyna!

– Nic – odpowiada lekceważąco Misiek – tak tylko – tu demonstruje dość przerażający grymas  – brwi do góry podniosłem.-

No, no, nieźle. Wygląda na to, że po falstarcie z początku piątej klasy Misiek zaczął sobie radzić w sprawach damsko męskich. Falstart miał na imię bodajże Ola. Misiek przyleciał do mnie wtedy strasznie przejęty i powiedział – Mamo, mam dziewczynę! –

To straszna chwila dla każdej matki dorastającego syna. Teraz rozumiem wszystkie teściowe świata. Jej słodki, mały chłopczyk zaczyna lubić inną kobietę poza nią! Ale okazało się, że chodzenie z dziewczyną w dojrzałym wieku lat jedenastu to skomplikowana sprawa.

– Jak wracaliśmy ze szkoły, zaprosiłem Olę do cukierni – chwali się Misiek.

– A kasę miałeś? – włącza mi się praktyczne myślenie.

– Niee, musiałem pożyczyć od Kuby –

Ale wtopa. – A przynajmniej odprowadziłeś ją do domu? –

– No co ty? – obrusza się młody – jeszcze bym spotkał jej rodziców! –

– Ale za rękę ją trzymałeś? – nie mogę się powstrzymać, no sorry, to silniejsze ode mnie.

Misiek patrzy na mnie z niesmakiem – Kobieto! Opanuj się, mam jedenaście lat! Nie trzymamy dziewczyn  za rękę –

Po tej ripoście czułam, że to będzie krótka piłka. I faktycznie, miesiąc później, Misiek powiedział, że Ola z nim zerwała, bo, cytuję: ” takie chodzenie to nudne jest”.  Zgadzam się, też bym się znudziła.

Teraz czekam na rozwój sytuacji. Z zainteresowaniem, przyznaję, choć nie nadmiernym. Myślę sobie, ile jeszcze Zuziek i Oli przerobimy, zanim mój syn przyprowadzi do domu jakąś laskę z informacją: mamo, poznaj Kasię, pobieramy się za tydzień. Chyba jej oczy wtedy wydrapię:-)

Wygrywamy z astmą

Jestem w szoku. Po trzech miesiącach odczulania (raptem połowa serii) Lola przestała kaszleć!

Docierało to do mnie powoli. Jakoś tak ciszej było wieczorami, i Lolka mniej jęczała. Zaczęłam jej powoli odstawiać dyski do wziewów i leki wieczorne, i czekałam, co będzie dalej. Lola ciągle nie kaszlała. Od pięciu dni nie daję jej nawet zwykłych leków przeciwalergicznych..i nic. Cisza. Jeden nędzny kaszelek na wieczór. A jeszcze dwa miesiące temu oczy jej z orbit wychodziły, kiedy usiłowała złapać oddech między kolejnymi atakami kaszlu (mamy dzieci alergicznych wiedzą, jaki to upierdliwy, szczekający dźwięk taki kaszel astmatyka).

Pani alergolog też w lekkim szoku – powiedziała , że odczulała na koty kilkanaście osób, ale u żadnej nie było tak błyskawicznego rezultatu. Zwłaszcza że ostatnio zrobiła jej solidne badanie, ze spirometrią włacznie i powiedziałą, że gdyby sobie nie zapisała poprzednich wyników, nie uwierzyłaby, że bada to samo dziecko:-)

 Boję się zapeszyć, ale…Rany, jak się cieszę!

Tylko na razie nie chce z nią o tym rozmawiać, bo się dopiero zacznie. Nasze długie zimowe rozmowy sprowadzały się do snucia marzeń: – mamo, a jak już nie będę miała astmy, to weźmiemy pieska? –

 

trudne słowa

Dzisiejsza młodzież dwunastoletnia nie urządza urodzin domowych z torcikiem przygotowanym przez kochającą mamusię. Dzisiejsza młodzież bawi się z rozmachem i stylowo – na bilardzie, kręgielni, w małpim gaju na drzewach.

Wczoraj zaliczyliśmy, drugi już raz w tym miesiącu, kręgielnię. Kręgielnia jest w ogromnej galerii handlowej, w mieście rzecz jasna. Do tej galerii i do miasta trzeba dziecinę dowieźć – 25 kilometrów. Wracać się nie opłaca, trzeba więc na dziecinę poczekać i z powrotem – 25 kilometrów. Galeria handlowa  w niedzielne popołudnie to nie jest szczyt moich marzeń, ale trudno, i tak pogoda nie pozwala na wiele innych opcji weekendowych.

 Mroczna, dudniąca basami i pełna szczęku automatów  kręgielnia przypomina Mordor w rozkwicie władzy Saurona. Tłumy skąpo odzianych czternastolatek, karków w skórzanych kurtkach, mnóstwo obcokrajowców, dym papierosowy gęsto zalegający nad strefą barową jak islandzka chmura wulkaniczna. Oddałam Miśka pod opiekę tatusia jubilata i zwiałam, żeby słuchu nie stracić. Przyszłam jednak o godzinie umówionej z opiekunem. Na kręglach ich nie ma, w barze nie ma…W końcu znalazłam dwójkę w ciemnym kącie przy wyjściu: mój syn i jego kolega z zapałem grali na automatach, taty – opiekuna ani śladu. I muszę przyznać, że mnie lekka irytacja wzięła – bo dwunastolatki to jednak jeszcze szczeniaki są – w dzikim tłumie, hałasie, bez żadnego nadzoru rodziców, bez komórek, spokojnie mogli przepaść w galerii, dostać w mordę od starszych wyrostków czy zostać przehandlowani na organy. Ja generalnie trzymam dzieci na baaardzo długiej smyczy, ale swoje do licha, swoje – i biorę za ten mój rodzicielski luz pełną odpowiedzialność – także karną. Cudzych powierzonych mojej opiece pilnuję obsesyjnie.

No, ale trudno, nie mogłam się specjalnie czepiać, bo nie miałam kogo:-) Wywlokłam młodzież z jaskini hazardu i wsadziłam do samochodu. Gdzie miałam okazję posłuchać towarzyskiej pogawędki dwunastolatków.

– A słyszałeś, jak one do siebie mówią, jak się pokłócą? – plotkują o koleżankach z klasy.

– Noo, ty k… – dyskretny rzut oka w moją stronę – ty kurrrtko jedna! –

– No, albo takie słowo, co się rymuje z „opalaj” – mój syn wspina się na szczyty dyplomacji.

– A pamiętasz, jak czytaliśmy słownik na polskim? Jak pani nie było? – ożywia się Misiek.

– A jakich słów się nauczyliście? – wtrącam się czujnie.

Kolega Miśka zamyśla się na chwilę:

– Na przykład dowiedziałem się, co to znaczy sutener –

– No, to to samo, co alfons – uczynnie dorzuca mój syn.

Acha, no, faktycznie. Przynajmniej do krzyżówek im się przyda. To w końcu trudne hasła.