zajączek cholerny

Mój mąż ma zadziwiająco mało instynktu samozachowawczego. Takiego, który każe zajączkowi schować się pod krzakiem w obliczu zagrożenia, zamiast wyskakiwać i merdać puchatym ogonkiem na środku polany.

Czy wspominałam, że za 10 dni czeka mnie remont – taki solidny, z malowaniem ścian niemal w całym domu? Domu, zamieszkałym od ośmiu lat przez czworo ludzi, kota, lekko licząc dwa tysiące książek, hektary kwiatków doniczkowych, dziesiątki obrazów i zdjęć i pierdylion mebli i ozdóbek?

Czy wspominałam też, ze mój mąż przez ostatni miesiąc spędził w domu dokładnie jeden dzień weekendu? Zostawiając na mojej głowie logistykę codzienną, dzieci i załatwianie wszystkich spraw związanych z w/w remontem?

Swoją drogą, ja jednak postrzegam rzeczywistość poprzez słowa. Czasami mam ochotę napisac o nim Mąż, a nawet, choć nieczęsto, MĄŻ. Dzisiaj jednak ciśnie mi się na klawiaturę słówko mąż

No, furia mną miota, jak słowo daję. Wrócił wczoraj, ten mąż mój własny, po czterodniowej nieobecności. A dzisiaj rano zdradził mi swój wspaniały pomysł na długi weekend: zaprośmy, kochanie,  na jeden dzień (uwaga, uwaga) – teściów jego siostry, którzy przyjechali w odwiedziny do Polski na dwa tygodnie i  (znowu uwaga, uwaga) wciąż wspominają naszą gościnę i fantastyczny obiad, który im wówczas podałam.

Zaznaczam, że tak czule wspominany obiad odbył się pięć lat temu – mąż pracował i wracał normalnie, ja nie pracowałam w ogóle i miałam czasu na pęczki. Teściów siostry męża widziałam raz w życiu, zupełnie nie rozumiem, dlaczego mam się męczyć z cudzymi teściami, do licha (każdy niech sam dźwiga swój krzyż – czytaj swoich teściów: to moje motto na dziś) i generalnie ciśnienie skoczyło mi od razu tak, że mogłam sobie odpuścić poranną kawę. Najbardziej wzruszająca była zajączkowa argumentacja: bo chciałby siostrze pomóc….Najwyraźniej uważa mnie za kobietę ze stali, która w przerwie między przesuwaniem regałów, oklejaniem okien i pakowaniem książek, szybciutko pot z czoła otrze i podejmie zagranicznych gości oraz szwagierkę z rodziną trzydaniowym obiadem na miśnieńskiej porcelanie przy dźwiękach Mozarta – niestety na trawie, bo stól  już zdąży ofoliować…

Zajączek sam się prosi do odstrzału. No stoi, kitka białą macha i czeka na jastrzębia, albo też lisa, olewam logikę moich metafor. Miałam go zabić na miejscu, wetrzeć zwłoki w parkiet, a resztki pozamiatać, ale się rozmyśliłam. Mam mu jeszcze TYLE DO POWIEDZENIA! Biedny zajączek……

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s