Biblioteka – końcówka

To już nie są właściwie książki „z krzyżykiem”. Raczej książki, które kojarzą mi się z jakimś etapem życia, i dlatego stoją na półce nieporuszenie od lat. Absolutnie nie zamierzam się z nimi rozstawać, niezależnie od ich prawdziwej wartości.

1 „Przeminęło z wiatrem” – bardzo ceniona pozycja z moim księgozbiorze. Ze względu na objętość doskonale nadaje się do dociskania klejonych powierzchni i wafla kajmakowego. Ma też wartość poniekąd sentymentalną: kiedy obudziły mnie o północy skurcze porodowe, zwinęłam się w fotelu z trzema tomami i starałam się nie obudzić męża, bo wtedy jeszcze starałam się być  miła i wyrozumiała. Im silniejsze były skurcze, tym szybciej czytałam. Zanim pojechałam rankiem na porodówkę, doszłam już do śmierci Melanii, co zaowocowało tym, że na Izbę Przyjęć weszłam zaryczana jak bóbr. Od tego czasu jakoś nie mogę po nią ponownie sięgnąć 🙂

2. „Zagubieni chłopcy” Orsona Scotta Carda – z bliżej niewyjaśnionych powodów jedna z moich ukochanych książek. Może dlatego, że przeszłam proces odwrotny niż większość czytelników, i przeczytałam ją, zanim sięgnęłam po cykl Endera. Wszystko w niej dzieje się powoli, niemal dokumentalnie, zwyczajnie. A na tym szarym tle najpierw cieniutka, potem coraz szersza czerwona wstążka  strachu i surrealizmu. Wiekszość osób, którym pożyczałam, twierdziła, że nudna. Ciekawe dlaczego najbardziej lubię tych, którym się podobała?:-)

3. „Udręka i ekstaza” Irvinga Stone’a. Przeczytałam ja kilka (kilkanaście?) razy i wciąż nie wiem, czy to tandetne nadinterpretowanie życiorysu, czy genialna wizja życia Michała Anioła. Bardzo praktyczna – przyszpanowałam fachową wiedzą architektoniczną i historyczną przed mężem, kiedy zwiedzaliśmy Rzym:-) Niestety ma jedną wadę – zawsze czuję się potwornie zmęczona, kiedy ją czytam. Ten facet (Anioł znaczy) był tak paranoicznie i obsesyjnie pracowity, że od samego czytania mam zakwasy…

4. „Smętarz zwieżąt” Kinga – jedyna książka, której się naprawdę przeraźliwie boję. Przeczytałam ją w całości raz. I stoi. I czeka, łypiąc na mnie złowrogo z półki. Próbowałam ją przeczytać znowu chyba z dziesięć razy – niestety, za każdym razem mały Gage wpada pod Tira. A ja w tym momencie wstaję i wychodzę. Chyba nigdy jej nie przeczytam…może kiedy moje dzieci będą już miały po 30 lat?

5. „Lesio” Chmielewskiej – książka, przez którą raz wyleciałam z geografii, a raz dostałam uwagę do dzienniczka – za to, że „uczennica idiotycznie i nie wiadomo z czego się śmieje”. Jedna z trzech książek Chmielewskiej, które mnie śmieszą do łez (o całej reszcie twórczości autorki wolę się nawet nie wypowiadać, żeby nie zranić czyichś uczuć). Chyba najbardziej schetana i brudna książka, jaka posiadam, i generalnie za to ją lubię:-)

Dobrze, koniec wirtualnej biblioteki – już nie będę nikogo tym dręczyć. Słowo. Same aktualności. Miłego weekendu majowego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s