Mamy sklep na osiedlu

Cały śliczny, duży i pełen lodów, kuszących i zimnych. Lody są magnesem i przyczyną codziennych pielgrzymek do źródła szczęścia- sklepowej zamrażarki. Jako, że po kilku dniach znudziło mi się codzienne maszerowanie z młodą po lody, zrzuciłam ten obowiązek na Miśka. Wczoraj jednak Lola uznała, że poradzi sobie sama.

– Mamo, ja pójdę całkiem sama, plizzz – żebrała – będę grzeczna. I będę uważać na samochody-

– I na rowery- dodała po namyśle, szukając w myślach potencjalnych zagrożeń – i na psy. I na ludzi też –

Ponieważ nie przyszły mi do głowy żadne kontrargumenty, dałam jej dwa złote i z lękiem w sercu pozwoliłam iść. Oczywiście już po 5 minutach tkwiłam na końcu ulicy, nerwowo wypatrując, czy wraca.  W końcu zobaczyłam wlokącą się chudą figurkę Loli.

– I co, udało się? –

– Noooo – zawahała się Lola – właściwie to trochę tak, a trochę nie –

– No, ale w końcu masz loda? – spytałam – czyli go kupiłaś? –

– Nie kupiłam, ale mam. Bo jak spytałam pani w kasie, czy ten pieniążek wystarczy mi na loda, to taka pani, co stała za mną, to się zaśmiała, i powiedziała, że ona zapłaci za mojego loda-

Upss,  nagle spojrzałam na moje dziecko jakby na nowo. No tak, zasadniczo powinno mi to wcześniej wpaść do głowy. Wyszargane w błocie dżinsy, bluzeczka cała w granatowych plamach z akwareli po zajęciach plastycznych, smętnie zwisająca z włosów gumka i włosy z lekka obklejone dżemem z naleśników. Do kompletu obdrapane łokcie, czarna żałoba za paznokciami (znowu robiła pogrzeb jakiemuś ślimakowi), czerwone łapki i fioletowe sińce pod oczami (to akurat nie moja wina, tylko efekt alergii).

– Jezu, wygląda jak dziecko z popegieerowskich baraków – przemknęło mi przez myśl i zrozumiałam dobre serce pani z kolejki.

– A gdzie pieniążki? – spytałam z nadzieją, że przynajmniej zarobiłam na tym obciachu 2 złote.

– Nie mam – Lola podniosła na mnie oczęta – bo jak wrzucałam do kosza papierek, to niechcący wrzuciłam też pieniążka. Ale pomyślałam że to dobrze, bo na pewno przyjdzie bezdomny piesek i znajdzie ten pieniążek i kupi sobie pyszną kość, prawda?

– Prawda – westchnęłam, robiąc w duchu postanowienie, że jednak następnym razem założę jej czystą sukienkę i uczeszę przed wyjściem. Co tam, właściwie powinnam ją namoczyć w Vanishu, zanim puszczę miedzy ludzi.  A sama przez jakiś czas będę unikać sąsiadów…

I tak przemykam się opłotkami ciężko zawstydzona po moim sobotnim wystąpieniu. Na śmierć zapomniałam, że moim niezwykle katolickim osiedlu odbywają się tzw Majówki – wiecie, się zbierają, pieśni śpiewają – nawet lubię posłuchać, bo dla ucha przyjemne. No ale zapomniałam, i akurat o tej porze zebrało mi się na wykopywanie wyjątkowo upartej kępy traw pod płotem od ulicy. Po przeciwnej stronie – placyk, gdzie się odbywało spotkanie. Staropolskim obyczajem pomagałam sobie w ciężkiej pracy, rzucając wyjątkowo soczystymi wiązankami. Nagle kolejne -kurrr.. zamarło mi na ustach, wyprostowałam się, wyjrzałam, a na placyku grupa miłych sąsiadów patrzyła na mnie z lekką zgrozą. I milczącym potępieniem. Najpierw to, teraz żebrzące dziecko. Oj, skończą się obiadki, skończą. Ale wstyd!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s