Tempora mutantur

Maszerowałam wczoraj do własnego domu wyludnioną drogą o nietypowej godzinie  – 22. Pomieszkiwanie na reklamówkach u rodziny niesie za sobą konieczność pamiętania o wszystkich potrzebnych drobiazgach, a jak wiadomo, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Byłam mocno zamyślona, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że  kroczą za mną  dziarsko dwaj młodzi ludzie, prowadzący głośno i otwarcie konwersację na tematy prywatne. Jako że jestem świeżo po lekturze „Mansfield Park”, mimo woli przekładałam sobie w głowie ich rozmowę na język Jane Austen. Brzmiało to mniej więcej tak:

– No i pytam jej: co do ku…y nędzy jest grane? – (Cóż, najdroższa, skrywasz w duszy?) – i wiesz, co ta ku…a mi odpowiedziała?-

-No dawaj! –

– Mówi, że ma innego kola – (Powiedziała mi, że jej serce należy do innego)

-O ku..a! Nie gadaj, ale ku..a! A ty co? – (To potworne! jak to przeżyłeś?)

– A ja jej na to, że mnie to ch..j, niech do niego spierdala w podskokach – (Idź za głosem serca, dziewczę, ja pozostanę niewzruszony jak skała)

-Ależ żeś jej wyj…ał! – (okazałeś szlachetność, przyjacielu)

-Ale wiesz, ku…a, czuję się wyru..any jak ostatni ch..j ( Ach, przyjacielu, pokazuję uśmiechnięte oblicze, lecz serce me krwawi)

Mili młodzieńcy przeszli obok mnie i podążyli ku swojej potencjalnie świetlanej przyszłości. A ja doszłam do wniosku, że czasy się zmieniają, ludzie wraz z nimi, ale jednak cierpienia i problemy młodości pozostają wciąż aktualne, niezaleznie od formy wypowiedzi.

 

 

spełniliśmy obywatelski obowiązek

No, zagłosowaliśmy. Rodzinnie i zbiorowo, z babcią, dziadkiem i wujkiem, robiąc solidne zamieszanie w lokalu wyborczym. Bo moje dzieci, zachwycone hasłami wyborczymi, deklamowały w drodze do lokalu ładne rymowanki: „Przebrała się miarka, głosuj na Jarka”, a zaraz potem „Nadeszła już pora, głosuj na Komora”, wzbudzając niepokój wśród głosujących niejednolitością poglądów. Dobrze, że nie znali żadnej rymowanki z Napieralskim, bo konfuzja byłaby całkowita.

 Młodociani solennie wrzucili karteczki do urny, równocześnie głośno odpytując nas, na kogo głosowaliśmy. Nie mają bachory wyczucia za grosz:-)

Zaraz potem obróciliśmy doniosłe wydarzenie państwowe w komercyjną rozrywkę, robiąc zakłady pieniężne co do procentowych wyników trzech głównych kandydatów. Pula  i karteczka (nieopieczętowana niestety) leży teraz na kominku u dziadków, czekając na ostateczne wyniki. Zwycięzca stawia flaszkę, więc zasadniczo wszyscy jesteśmy wygrani.

Co ma, być to będzie. Wielka polityka toczy się swoim burzliwym i głośnym nurtem, a my mamy swoje małe żyćko, które toczy się poniekąd niezależnie, a czasem nawet wbrew temu nurtowi.

 Mój remont toczy się niestety zdecydowanie wolniej niż wielka polityka. Panowie są niespieszni, a wręcz refleksyjni w swoich poczynaniach. Muszę przyznać, że dzielnie opierają się naciskom i bohatersko ignorują próby lobbingu.  Z melancholijną wręcz powolnością decydują się na każdy następny krok. Wszystko się musi odleżeć i skruszeć, jak dziczyzna w spiżarni. A tymczasem – kawę mam dobrą, fotele na tarasie wygodne, ogród skłania do refleksji – rozumiem ich niechęć do pośpiechu.

Choć nie popieram, bo konieczność nieustannego kombinowania, czy dzieci mają jeszcze czyste gacie, czy mam po nie zasuwać do domu, trochę mnie męczy.  Nie wspomnę już o tym, że moja biedna kotka całkiem niedługo zdziczeje. Boi się robotników śmiertelnie, do domu nie wejdzie za nic,  więc zamieszkała sobie na tarasie. Przeprowadzić się z nami nie chciała, zresztą ją rozumiem- tutaj ma własny ogródek, kumpli, wygodne ławy i zadaszony kącik na noc. Ale to oznacza, że trzeba latać do niej dwa razy dziennie, żeby ją wygłaskać, wyprzytulać, nakarmić i napoić. No nic, może wytrzyma jeszcze dwa trzy dni, bo potem i tak wystrzelam robotników i sama dokończę malowanie.

scena zazdrości

No i doczekałam się sceny zazdrości. Myślicie, że wykonaniu męża? Gdzie tam, prędzej mi uszy futrem porosną.

Córka mianowicie wczoraj zrobiła mi scenę z repertuaru: Bo wy mnie nie kochacie. Bo chwalicie tylko Miśka. Bo nikt mnie nie lubi. Bo Misiek jezt ZŁY!  I nikt, nikt tego nie widzi! Tylko ja!

Fakt, Misiek miał wczoraj dobry dzień. Bo wstawiali oceny końcowe i Misiek wyliczył sobie, że dostanie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie niespodziewanie) dobre świadectwo. A dziadek go pochwalił, że jest bardzo dobrze wychowany i grzeczny (tak, wiem, mnie to też powaliło na kolana, ale nie śmiejcie się, takie są fakty).

No i Lolę dopadł zielonooki potwór. Bo przecież zazwyczaj to ją się chwali po wszystkich odpustach, a tu nagle ktoś inny się wysforował na czoło peletonu?

Wzięłam w końcu młodą na wieczorną przechadzkę. Bo kiedy już Lola wyczerpała zasób zachowań demostracyjnych (trzaskanie drzwiami, siedzenie w pokoju, skopanie brata, rzucanie ubraniami), zastygła w niemym cierpieniu na kanapie, co odbierało mi apetyt na kolację.

Na przechadzce udało mi się powiedzieć, jak bardzo jest mądra, kochana i urocza, jakieś piętnaście razy. Tyle samo otrzymywałam odpowiedź, że nie, bo i tak Miśka kocham bardziej. Wytłumaczyłam, dlaczego dziadek pochwalił Miśka. Bo kiedy Misiek był w jej wieku, był mocno podejrzewany przez panią psycholog o zespół Asperegera, z wszelkimi objawami:  brak empatii, umiejętności społecznych, zaburzenia SI, brak elastyczności itp. Dziadek uważał wówczas po prostu, że Misiek jest niewychowanym, rozpuszczonym bachorem. Mnóstwo pracy i wysiłku włożyliśmy w to, żeby Misiek zaczął funkcjonować normalnie. I teraz coś, co dla Loli jest zachowaniem normalnym, dla Miśka oznacza duży postęp, który sama widzę i czasem jestem w szoku, jak bardzo udało mu się zmienić.

Tłumaczenia zdały się jak psu na budę. Na szczęście Lola posiada pomocną w takich momentach cechę: poczucie humoru.

Szła sobie więc odęta, z łapkami wciśniętymi w kieszenie, ja za nią, jęcząc i krzycząc na zmianę: – Kocham cię Lola, kocham cię Lola, kocham cię strasznie. Komary mnie zaraz zjedzą, ale trudno, ja cię kocham. Włażą mi do uszu, ale to nic, bo przecież cię kocham. Właśnie nadepnęłam na tłustego ślimaka bez skorupy, ale cię kocham – (Lola obejrzała się nerwowo). Nie zjadłam kolacji i zimno mi w nogi, ale trudno, będę tak iść, bo cię kocham. Aj, kocham cię, mrówka ugryzła mnie w stopę! –

W końcu Lola pękła,  rozchichotała się na dobre i rzuciła się odganiać ode mnie komary. Teraz będę się drapać przez tydzień!  Chwilami macierzyństwo to ciężka harówka:-) No i pozostaje wciąż aktualne pytanie: co to będzie dalej?

„…jaki świat uroczy”

Wczoraj wieszałam na tarasie pranie, śpiewając sobie pełną piersią „Ja jestem noc czerwcowa, królowa jaśminowa”, gdyż albowiem znienacka dopadł mnie fakt, że nurzamy się w moim najukochańszym miesiącu. Jaśminy kwitną, żaby kumkają, maciejka pachnie, aż chciałoby się zacytować wdzięczną rymowankę, która chociaż o wiośnie, to oddaje mój aktualny nastrój:

„Idzie wiosna, idzie z dala, słonko z góry napierdala, żaba w wodzie dupę moczy, k…wa, jaki świat uroczy”.

No. Żal tylko, że w tym roku to napawanie się przyrodą trochę u mnie szwankuje. Koczujemy u moich rodziców, jak Rumuni na Centralnym, obłożeni reklamówkami z dobytkiem. Wracając z pracy wpadam do domu. Przebijając się przez zwały kurzu i folii, wstawiam pralkę, wyrzucam śmieci, podlewam kwiatki w ogródku i zbieram potrzebne na następny dzień drobiazgi – taki housekeeping dorywczy. U rodziców staram się pilnować, żeby zbyt szybko nie zwątpili w sens goszczenia nas u siebie: „Lola, podnieś papierek z podłogi. Nie skacz po dziadku. Misiek, spytałeś, czy możesz włączyć komputer? Nie skacz po kanapie…” I tak na okrągło. Mam nadzieję, że wytrzymają z nami jeszcze kilka dni, bo na razie moje salony wyglądają trochę jak cementownia Nowiny, a trochę jak mauzoleum, i do zamieszkania się nie nadają.

A z innej beczki. Zastanawiam się, jak będa wyglądały moje stosunki z Lolą za kilka lat. Skoro już teraz codziennie dostaję jasny przekaz, że jestem tępa jak nóż stołowy. Na większość kwestii spornych i pytań otrzymuję a) ciężkie westchnienie i pokiwanie głową, b)to samo plus tekst „oj, mamo, jak ty kompletnie nic nie rozumiesz”, c) Zrozpaczony kwik „ty mnie W OGÓLE nie rozumiesz. W OGÓLE!”. Co będzie, kiedy będę rozmawiać z trzynastolatką? Od razu obróci się na pięcie i zamknie w pokoju? Ciarki mnie przechodzą. Zauważyłam, ze łapię ostatnio każdą chwilę, kiedy jeszcze mogę ją połaskotać, wyściskać, powąchać karczek i wycałować plecki. Chyba zaczynam się bać, że niedługo nie będzie chciała:-)

poniedziałek

Ta dam! Wróciłam – stara, a jak nowa, energetyczna i jak zwykle optymistyczna – jak nie przymierzając programy wyborcze naszych kandydatów.  Po weekendzie pełna radości życia rzucam się w morze roboty (aktualnie mam jej po szyję, zaraz zaleje mi gębę i się uduszę).

Po pierwsze primo: nie ma już upałów, które znoszę fatalnie.

Po drugie primo: zaczynam widzieć maleńkie na razie światełko w tunelu, jeśli chodzi o zalew pracy. Jeszcze tydzień, dwa i powinnam móc choć na chwilę zatrzymać się, żeby pot z czoła otrzec.

Po trzecie primo: dzisiaj wracają moje chłopaki z Barcelony. Mam nadzieję, że Misiek godnie mnie zastępował i robił dużo zdjęć, żeby biednej, niepocieszonej matce pokazać, co straciła.

Po czwarte primo – remont mozolnie, ale postępuje. Na razie mam wrażenie, że panowie wzięli sobie do serca słowa wieszcza „Bo dzieło zniszczenia jest równie wielkie i święte, jak dzieło tworzenia” (jakoś chyba tak to szło). Mój biedny dom jest więc rozdłubany, obklejony, wymazany i podziubany. Ale rokuje. Znaczy, mam nadzieję, że z chaosu wyłoni się wersja druga, poprawiona.

Weekend spędziłam bardzo przyjemnie, bo u rodziców, którzy przygarnęli mnie i Lolkę na chwilowe wygnanie. Wprawdzie całą sobotę i pół niedzieli spędziłam przy kompie, mozolnie poprawiając odcinki, ale w przerwach byłam dopieszczana obiadkami, kawami i rozrywkami kulturalnymi.

Dzieci (Lola i jej kuzyni w wieku zbliżonym) postanowiły nas nieco odchamić i wystawić pokaz w stylu „Światło i dźwięk”. Świat idzie do przodu i widać, że teraz liczy się komercja. Najpierw zostaliśmy więc zamęczeni nieustannym oferowaniem zaproszeń – akwizytorzy czaili się za każdym rogiem i wciskali zaproszenia – oczywiście odpłatnie. Bogu dzięki, nie rozróżniali zbytnio monet i można było kupić bilet już za 50 groszy.

Kiedy już namolnym sprzedawcom udało się wcisnąć nam bilety na występ, kiedy już odbyły się cztery próby generalne, my wypiliśmy po drinku, a aktorzy wychodzili z siebie z nerwów, w końcu odbył się występ. Zgromadziliśmy się w zaciemnionym pokoju, dziadkowie, siostra z mężem i ja.  Kubuś był operatorem światła, suflerem, reżyserem i rekwizytorem, Lola i Ola na dużym materacu zaprezentowały niezwykle twórczą kombinację baletowo – muzyczno – akrobatyczną z  wykorzystaniem cieni rzucanych przez biurową lampkę.

Obie z mamą nie mogłyśmy opanować chichotu, dziadek szczerze wzruszony dopingował wnuczęta, moja siostra taktownie tłumiła wybuch śmiechu, a mój szwagier po pięciu minutach zajrzał do pustej szkanki i wyszeptał udręczony – „gdybym wiedział, co to będzie,  to bym więcej przedtem wypił”. Gdy jednak zaczął dyskretnie wycofywać się w stronę drzwi, został surowo skarcony przez aktorów, którzy właśnie ogłosili pięciominutową przerwę komercyjną. Na stolik wyjechały dwie zabawkowe kasy i pudło z zabawkami na sprzedaż. Okazało się, że nabywanie dóbr jest obligatoryjne, i tak zostałam właścicielką Bakugana (jeszcze nie rozgryzłam, co to jest, więc nie pytajcie – zostałam zapewniona, że Bakugan jest w doskonałym stanie). Przedstawienie było przydługie, ale udało się doskonale ku wielkiej satysfakcji publiczności i aktorów, którzy natychmiast po występie rzucili się do podliczania zysków. Ech, nikt dziś nie chce pracować za darmo. Komercja, panie, komercja.

Stomatologicznie

Moje dzieci maja wąską specjalizację w dziedzinie uszkodzeń ciała. Misiek od najmłodszych lat celuje w czoło, co nie jest specjalnie kłopotliwe, poza koniecznością jeżdżenia po ostrych dyżurach i zszywania mu tej pociętej łepetyny.

Lola specjalizuje się w ustach, co już mnoży nam poważne kłopoty. Cztery lata temu wróciła z przedszkola z jedynkami  jak nogi w balecie – każda ustawiona pod innym kątem. Jedynki zostały mozolnie ustawione i jakoś podklejone przez dentystę – wyprostowały sie i zrosły. Równo rok później Lola zaplątała się we własne nogi i huknęła o glebę – niestety na jej drodze stanął drewniany stołeczek. Co spowodowało, że od teściów, późnym wieczorem, gnaliśmy do szpitala na Niekłańską, żeby jej pozszywali rozciętą na pół wargę.  Minęlo dokładnie 12 miesięcy – Lola skacząc po kanapie wycelowała buzią w kant niskiego stołu i precyzyjnie w niego huknęła. Tym razem było poważniej – górne jedynki wbiły jej się w dziąsło. Nastąpił kilkuetapowy hardor pod tytułem: wyciąganie zupełnie niedojrzałych jedynek z rozwalonego dziąsła pięciolatki. No i Lola, któa wcześniej nie miała oporów, nabawiła się absolutnej traumy dentystycznej. Co tam, traumy – sam zapach gabinetu wystarczał, że z krzykiem uciekała za drzwi i żadna prośba, groźba, przekupstwo i szantaż nie pomagał w namówieniu jej do otwarcia buzi.

Trudno się dziwić. Zrezygnowałam z dentystki, która sugerowała, że moje dziecko jest rozpuszczone i histeryczne i zaczęłam poszukiwania. Trafieniem umiarkowanym okazał się gabinet, gdzie podawano syropek „ogłupiający” – wprawdzie Lola otwierała buzię i dawała sobie w niej gmerać, ale moje matczyne serce nie wytrzymało objawów ubocznych. Dopuszczam wprawdzie do siebie myśl, że moja córka kiedyś zażyje narkotyki, ale widok naćpanej sześciolatki, bełkoczącej „widzę białe puchy, mamusiu, puchy widzę na ścianie” i wodzącej błędnie rączkami naokoło, okazał się ponad moje siły.

Drugie podejście okazało się ostatnim i genialnym – podtlenek azotu, czyli gaz rozweselający:-) Plus maseczka na nos o zapachu truskawkowym. Teraz to ja mam luz, ludzie!

Lola regularnie i pieczołowicie sprawdza swoje uzębienie w nadziei, że coś się jej posypie. I wreszcie – „hurra, mamusiu, ząb mnie boli!”. Istna patologia – dobrze, że nie wpadła na to, żeby gryźć landrynki celem przyspieszenia wizyty…I w podskokach zmierzamy do gabinetu, gdzie Lola nie może się doczekać maseczki i swojej porcji radości. Bo, jak mi się przyznała, „to mi tak poprawia humor, mamo, że czuję się całkiem szczęśliwa”. Tak sobie myślę, żeby przy najbliższej wizycie poprosić dentystkę o drugą maseczkę – i kilka sztachnięć o zapachu truskawki. Bardzo by mi się przydało parę wdechów szczęścia:-)

coś nie idzie

Wczoraj się upiłam. Nie, żebym nadużywała regularnie, w końcu stara jestem i wątroba jest już nie ta. Ale czułam, że na trzeźwo nie będę we stanie powiedzieć mężowi, że w piątek nie wyjedziemy na zaplanowany od kilku miesięcy czterodniowy wypad do Barcelony.  Bo nie mogę – bo praca nie pozwala. Praca sugeruje, iż powinnam zająć się nią, czyli pracą przez najbliższe cztery dni, bo jak nie, to kicha. Nie taka osobista kicha, tylko kicha dla ekipy, która na zdjęcia jechać musi. A kimże ja jestem, żeby dyktować rozkład pracy kilkunastu osobom, pojawiającym się na ostatnich stronach Gali („a oto sławy naszych seriali, które zaszczyciły swą obecnością otwarcie nowej linii produkcyjnej dietetycznego jogurtu i nowego SPA we Włodawie”)?

Zważywszy na napiętą ostatnio sytuację małżeńsko – domową, mąż przyjął wieści dobrze (czytaj: nie podniósł tematu rozwodu, terapii małżeńskiej i opuszczenia domowych pieleszy). Ale kicha jest. I przykro mi strasznie. Zwłaszcza, że jak nigdy przydałoby mi się choć kilka dni ucieczki od pracy, remontu i kłopotów, także tych dzieciowych.  Do szkoły podrzuciłam dziś Lolę chyłkiem, bo się boję wychowawczyni. Ponieważ Lola ma katar. Ciągle. Wprawdzie katar jest ewidentnie alergiczny, ale męczący. W poniedziałek udało mi sie ją zostawić u rodziców, we wtorek jednak do szkoły iść musiała. Nie musiała jednak prezentować aż takiej otwartości w rozmowie ze swoją panią. Wychodząc wczoraj z szatni usłyszałam jeszcze za plecami uroczy dialog:

– Byłaś wczoraj chora? – spytała wychowawczyni Lolę

– Ciągle jestem chora, ale mama powiedziała, że nie ma mnie z kim zostawić – odpowiedziała moja córka.  Tym jednym zdaniem załatwiła mi czołowe miejsce w rankingu złych matek i przypuszczalnie automatyczną eliminację z trójki klasowej na rok przyszły.

Jak widać, udaje mi się ostatnio zgrabnie zawalać na wszystkich frontach. Czy są na sali jakieś pozytywy? A, jest jeden idiotyczny drobiazg, który rozczulił mnie do łez. Od czterech lat trzymam w wielkiej donicy agapant teoretyczny – czyli kupę zielonych liści. Od czterech lat podlewam, przenoszę na strych w zimie, nawożę i dopieszczam, a on nic, nawet jednego kwiatka.  A wczoraj siedziałam sobie na tarasie, smutna i skopana, i nagle odkryłam, że mój agapant teoretyczny wypuścił pąk – i będzie kwitł – i stanie się agapantem w praktyce! Jakoś tak poczułam wewnętrznie, że w końcu się wszystko ułoży. Przecież nie co dzień kwitnie agapant, zwłaszcza taki teoretyczny, prawda?

Tak wygląda agapant w praktyce:

bestia

Aktualnie remont jawi mi się jako apokaliptyczna bestia, która napina więzy taśmy malarskiej i folii, żeby wyrwać się z uwięzi i rozszaleć się na całego.

W obliczu takiego zagrożenia głupieję. Mąż przyłapał mnie w sobotę na podcinaniu Bogu ducha winnego kwiatka doniczkowego.  -Cóż robisz, kobieto? – spytał retorycznie i znacząco.

– Booo..no, bo on tak zwisa – mogłam tylko wybełkotać w zakłopotaniu, bo słowo daję, kwiatek niczym mi nie podpadł, a łapiąc za sekator miałam tylko mgliste skojarzenie, że ten zwis może mi przeszkodzić w przesuwaniu regałów.

Mój duży pokój wygląda teraz jak kolejka strachów w opuszczonym wesołym miasteczku. Ućkane groźnie sterczącymi gwoździami ściany, pajęczyny udrapowane malowniczo po kątach, echo niesie się w pożółkłych ścianach, a pozbawione zasłon okna straszą rozmazanymi śladami kocich łap. Ostała się tylko kanapa, na której skuliłam się wczoraj z lękiem, na jedynej wysepce normalności w morzu REMONTU.  Ale i ona, biedaczka, zostanie jutro pieczołowicie ofoliowana, a ja chyba skulę się wtedy w kącie, kiwając się nerwowo i ze stresu porządkując pudełko z nićmi. Albo to drugie, z różnymi dziwnymi rzeczami znalezionymi przy odsuwaniu mebli. Mała niebieska piłeczka (ojej, Lola, pamiętasz, bawiłaś się nią, jak miałaś cztery lata), papierki po czekoladkach (zastanawiałam się, gdzie te czekoladki wyparowały), piszcząca mysz (Inka miała fazę na domowe polowanie jakiś rok temu), kupon Totolotka sprzed dwóch lat (jak znam życie, mogliśmy wygrać pięć milionów) i coś, co wycisnęło mi łzy wzruszenia z oczu – kilka małych kupek świnek morskich (tęsknię za nimi, za świnkami rzecz jasna, a nie kupkami:-))

Nie ogarniając całości, skupiam się na szczegółach. I tak, z lekko przysłoniętymi oczami, krok po kroku schodzę w czeluść, wypełnioną wzornikami farb, wałkami malarskimi i gips kartonem. Trzymajcie za mnie kciuki….

 

weekend

Zaraz, to już? Już minął długi weekend? Cholera, ledwie go zauważyłam!

Czwartek: pakowanie rzeczy przed malowaniem, kataklizm domowy do kwadratu

Piątek:  wpław przez zalane wsie i dojazdówkę do Warszawy, przez którą płynął rwący potok, przebijałam się do pracy, gdzie odbyłam niesłychanie twórcze sześciogodzinne spotkanie z autorami

Sobota: wynoszenie mebli przed remontem (po cholerę mi te półeczki i fotele? nienawidzę tego dziadostwa, chyba po remoncie postawię na minimalizm – kanapa i krzesło, that’s it)

Niedziela: rekompensowałam mężowi wysiłek włożony w przygotowania przedremontowe, odbywając spotkanie z teściami jego siostry na gruncie neutralnym:-) Spotkanie odbyło się w przyjaznej i pogodnej atmosferze…

Poniedziałek: 6.40 – Misiek odjeżdża na czterodniową zieloną szkołę, 7.50 – Lola z powodu mega kataru i spuchniętych oczu (pieska wczoraj dorwała do głaskania) odmawia pójścia do zerówki. Trzy telefony awaryjne – kto z nią posiedzi, ratunku?! 9.30 – dowiaduję się, że jutro czeka mnie kontynuacja spotkania z autorami – od ósmej do siedemnastej.

Wiecie co? Jestem trochę zmęczona po tym wypoczynku. Podnosi mnie jednak na duchu myśl, że moje dzieci w sumie nieźle radzą sobie beze mnie, na przykład same zdobywają niezbędną wiedzę o świecie. Bardzo lubię te bogate w fakty, naukowe dyskusje, jakie odbywamy rodzinnie….

– Czy wiecie, jaka jest najbardziej wrażliwa część ciała kobiety? – spytała wczoraj Lola mnie i męża. Spojrzeliśmy na siebie trochę nerwowo, ale okazało się, że pytanie jest retoryczne na szczęście – Pięta! –

– Dlaczego akurat pięta? – spytałam pospiesznie, bo męża lekko zatchnęło z wrażenia.

– Tak mi Ola powiedziała. Bo najbardziej boli, jak się uderzy w piętę! –

– A wiecie, jaka jest najbardziej nerwowa cześć ciała? – dorzucił Misiek z chytrym uśmiechem – No, łokieć! Bo ma dużo nerwów w sobie –

– Tak jak tatuś – zadumała się Lola – zupełnie jak tatuś. On też ma dużo nerwów w sobie –

– Chyba będziemy go nazywać Łokietek, jak myślicie? – podrzuciłam dzieciom uczynnie.

– No, no,  Łokietek miał podobno tylko 125 centymetrów wzrostu – oburzył się mój mąż i dodał z fascynacją w głosie  – a jednak był ojcem Kazimierza Wielkiego, który miał ponoć metr osiemdziesiąt…ciekawa sprawa…- Mąż zamyślił się historycznie, a ja podrzuciłam dyskretnie:

– Przynajmniej tak mu się wydawało, że był ojcem –

Tu porzuciliśmy dywagacje historyczne, żeby nie wejść na grząski grunt genetyki i płynnie przeszliśmy do bardziej neutralnych tematów. Ale muszę przyznać, że te pięty jako hipotetyczna strefa erogenna bardzo mnie zaintrygowaly…

rozejm

Ogłosiliśmy z mężem chwilowe zawieszenie broni. To już nie jest taka zabawa, jak piętnaście lat temu. Teraz jesteśmy jak para szachistów, którzy grają ze sobą bez przerwy od kilkunastu lat. Nawet nie chce się pionkiem ruszać, bo wiadomo: ja się ruszę tak, a on wtedy tak, to ja przesunę tego, no, a on ruszy tym…i tak można całą partię rozegrać, nie ruszając nawet jednym pionkiem. Nie chce się nam nawet kłócić:-)

Mąż wczoraj dyplomatycznie milczał o gościach, ja dyplomatycznie nie poruszałam tematu remontu. Chociaż, nie uwierzycie, jak bardzo wymownie można milczeć na temat remontu! Milczałam tak intensywnie, że szarpnięty wyrzutami sumienia mąż wziął próbnik kolorów, i przy 40 watowym reflektorku próbował rozważać  wyższość odcienia ecru nad odcieniem popielatym:-) Prawie się wzruszyłam, nie na tyle jednak, żeby w zamian wyciągnąć książkę kucharską i debatować, czy zrobić polędwiczki z kurkami czy placek węgierski….

Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie, a tymczasem, żeby nie zanudzać, coś archiwalnego. Znalazłam karteczki, na których odnotowywałam interesujące rozmowy, które odbywałam z Lolą, kiedy miała 2, 3 i 4 lata. I bardzo dobrze zrobiłam, bo przyznaję, że zapomniałam już, jaka była wtedy zabawna. I jak bogatą wyobraźnię miała już wtedy, na przykład, kiedy ubzdurała sobie, że pozory to tajemnicze zwierzątka…

HISTORYJKA O POZORACH

Lola (2,5) zasypia z pewnym trudem. Otwiera oczy i zamyka. Nagle podnosi głowę i pyta, trochę zaniepokojona – Mamusiu, a gdzie mieszkają pozory? –

Czujnie odpowiadam – No, właściwie to nie jestem pewna –

– A…pozy, pozy to gdzie mieszkają? –

Już mam odpowiedzieć, że nie wiem, ale Lola sama sobie odpowiada -Pewnie razem z pozorami, w takim pozorowym kraju.-

Całkiem już  rozbudzona kontynuuje – A wiesz, że pozory to są niebezpieczne? Dla dorosłych, ale czasami dla dzieci też-

Ja -??????

– No bo wczoraj, jak szłam z tatą i z tobą i z Miśkiem na spacer, to pozor wyskoczył tak nagle i ugryzł mnie w nóżkę. Aż mi krew leciała. Bo pozory to maja takie ostre ząbki czasami. Bardzo mnie bolało ale tatuś przykleił plasterek i już nie bolało.-

Chwila ciszy, po czym sennym głosikiem Lola dorzuca – Teraz już się nie boję pozorów, bo jestem duża, a one są małe. Bałam się tylko jak byłam dzidziusiem.-

Po czym Lola ziewa, przekręca się na bok,  i natychmiast zasypia, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie i poczuciem zagrożenia. Pozory mylą!

Nastepnego dnia rano Lola rzuca znienacka przy obiedzie:

-A wiesz, co jedzą pozory? Tylko warzywa i warzywa, aż im się nudzi –

Temat tajemniczych pozorów trwał jakieś dwa miesiące, i zaczynałam już popadać w obsesję pozorową, na szczęście Lolka odkryła nowe słowo: reguła. I tak zamieszkały u nas reguły, któe na szczęście miały dużo łagodniejsze obyczaje i nikogo nie gryzły.