poniedziałek

Ta dam! Wróciłam – stara, a jak nowa, energetyczna i jak zwykle optymistyczna – jak nie przymierzając programy wyborcze naszych kandydatów.  Po weekendzie pełna radości życia rzucam się w morze roboty (aktualnie mam jej po szyję, zaraz zaleje mi gębę i się uduszę).

Po pierwsze primo: nie ma już upałów, które znoszę fatalnie.

Po drugie primo: zaczynam widzieć maleńkie na razie światełko w tunelu, jeśli chodzi o zalew pracy. Jeszcze tydzień, dwa i powinnam móc choć na chwilę zatrzymać się, żeby pot z czoła otrzec.

Po trzecie primo: dzisiaj wracają moje chłopaki z Barcelony. Mam nadzieję, że Misiek godnie mnie zastępował i robił dużo zdjęć, żeby biednej, niepocieszonej matce pokazać, co straciła.

Po czwarte primo – remont mozolnie, ale postępuje. Na razie mam wrażenie, że panowie wzięli sobie do serca słowa wieszcza „Bo dzieło zniszczenia jest równie wielkie i święte, jak dzieło tworzenia” (jakoś chyba tak to szło). Mój biedny dom jest więc rozdłubany, obklejony, wymazany i podziubany. Ale rokuje. Znaczy, mam nadzieję, że z chaosu wyłoni się wersja druga, poprawiona.

Weekend spędziłam bardzo przyjemnie, bo u rodziców, którzy przygarnęli mnie i Lolkę na chwilowe wygnanie. Wprawdzie całą sobotę i pół niedzieli spędziłam przy kompie, mozolnie poprawiając odcinki, ale w przerwach byłam dopieszczana obiadkami, kawami i rozrywkami kulturalnymi.

Dzieci (Lola i jej kuzyni w wieku zbliżonym) postanowiły nas nieco odchamić i wystawić pokaz w stylu „Światło i dźwięk”. Świat idzie do przodu i widać, że teraz liczy się komercja. Najpierw zostaliśmy więc zamęczeni nieustannym oferowaniem zaproszeń – akwizytorzy czaili się za każdym rogiem i wciskali zaproszenia – oczywiście odpłatnie. Bogu dzięki, nie rozróżniali zbytnio monet i można było kupić bilet już za 50 groszy.

Kiedy już namolnym sprzedawcom udało się wcisnąć nam bilety na występ, kiedy już odbyły się cztery próby generalne, my wypiliśmy po drinku, a aktorzy wychodzili z siebie z nerwów, w końcu odbył się występ. Zgromadziliśmy się w zaciemnionym pokoju, dziadkowie, siostra z mężem i ja.  Kubuś był operatorem światła, suflerem, reżyserem i rekwizytorem, Lola i Ola na dużym materacu zaprezentowały niezwykle twórczą kombinację baletowo – muzyczno – akrobatyczną z  wykorzystaniem cieni rzucanych przez biurową lampkę.

Obie z mamą nie mogłyśmy opanować chichotu, dziadek szczerze wzruszony dopingował wnuczęta, moja siostra taktownie tłumiła wybuch śmiechu, a mój szwagier po pięciu minutach zajrzał do pustej szkanki i wyszeptał udręczony – „gdybym wiedział, co to będzie,  to bym więcej przedtem wypił”. Gdy jednak zaczął dyskretnie wycofywać się w stronę drzwi, został surowo skarcony przez aktorów, którzy właśnie ogłosili pięciominutową przerwę komercyjną. Na stolik wyjechały dwie zabawkowe kasy i pudło z zabawkami na sprzedaż. Okazało się, że nabywanie dóbr jest obligatoryjne, i tak zostałam właścicielką Bakugana (jeszcze nie rozgryzłam, co to jest, więc nie pytajcie – zostałam zapewniona, że Bakugan jest w doskonałym stanie). Przedstawienie było przydługie, ale udało się doskonale ku wielkiej satysfakcji publiczności i aktorów, którzy natychmiast po występie rzucili się do podliczania zysków. Ech, nikt dziś nie chce pracować za darmo. Komercja, panie, komercja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s