powieść wakacyjna

Czyli telenowela na papierze w wykonaniu autorskim:

osoby:

Manuella – Cudnej Urody Dziewica o Sercu Gołębim

Arturro – Szlachetny Macho

Lilianna – narzeczona Arturra, Piękna, lecz Złowieszcza

Rikarrdo – brat przyrodni Arturra, Barrdzo Czarrny Charrrakter

Matka Rikarrda – Strach Powiedzieć, jak Strasznie Straszna Jędza, z zawodu stręczycielka

rozdział 1: Lilianna rozmawia z Arturrem

Lilianna, w bladofiołkowej sukni z najnowszej kolekcji Donny Versace, stała przy biurku Arturra, wdzięcznie uplasowawszy smukłe biodro na stosie dokumentów przetargowych.         – Arturro, najdrroższy – powiedziała Lilianna, wdzięcznie skrobiąc wymanikiurowanym paznokciem ramię narzeczonego – znów mnie ignorujesz. Nie mogę znieść twojej obojętności. Dlaczego, och, dlaczego, biegniesz na każde zawołanie tej suki Manuelli? – tu przerwała i spojrzała na Arturra wzrokiem zranionej sarny.

– Wyglądasz jak sarenka – zauważył mimochodem Arturro, podnosząc wzrok znad dokumentów.

– Taka jestem płochliwa i śliczna? – ucieszyła się naiwnie Lilianna, rozdmuchując tlący się płomyk nadziei

– Nie, nogi masz takie włochate  – zadowcipkował Arturro, co jasno wskazywało na fakt, iż serce jego płonie już dla innej zwierzyny.

-Och, Arturro, gdybyż mój depilator był w stanie skłonić cię do miłości – zawołała Lilianna urażona – użyłabym go całym ciele, nie zważając nawet na moją fryzurę, pielęgnowaną w salonie Fekkai! Powiedz mi, co ona ma takiego w sobie? Ta…dziewucha, która w życiu nie była na pedicure i która spytała mnie kiedyś, czy Manolo Blachnik to piosenkarz gej – Lilianna otrząsnęła się ze wstrętem z szokujących wspomnień – jak możesz się interesować tą odrażającą naturalną szatynką!? –

Arturro westchnął ciężko i podniósł się zza biurka

– Moja drrroga – to słowo w jego ustach zabrzmiało jak obelga – nic nie rozumiesz.  Manuella jest kobietą moich snów. Interesuje się globalnym ociepleniem i wysyła do Afryki stare kołdry puchowe. W wolnych od ciężkiej pracy koronkarki chwilach uczy eskimoskie dzieci. A nade wszystko – Arturro pochylił się nad Lilianną, dociskając swą bezwłosą klatkę piersiową do jej wiotkiej kibici (no dobra, nie dopracowałam jeszcze elementów anatomicznych, trzeba będzie to zredagować) – nade wszystko, moja drroga, Manuella ma większy biust –

Lilianną wstrząsnął bezgłośny szloch. Przycisnęła do ust dłoń ozdobioną pierścionkiem z czterokaratowym diamentem i wyszła. Zrozumiała bowiem, że nic już nie da się zrobić. Pozostawała jej tylko ZEMSTA. Któż mógłby ją zrozumieć lepiej, niż wzgardzony i odepchnięty brat przyrodni, Rikarrdo, o przeszłości czarnej jak kawa z ekspresu Miele? – Tak – postanowiła Lilianna – pójdę do Rikarrda. Kiedy tylko odzyskam siły na firmowym masażu odnóżami małż portorykańskich. Rikarrdo mi pomoże….-

Ciąg dalszy nastąpi. Wpłaty od firm sponsorowanych w odcinku proszę przesyłać na konto…..

dzień pierwszy bez dzieci

Tydzień bez dzieci. Cóż robią rodzice z tym ogromem wolnego czasu i nagle odzyskaną wolnością? Rodzice nadrabiają zaległości w pracy:

– Kochanie, potrzebuję jeszcze godzinę na te odcinki –

– Uff, super, nie wiedziałem, jak ci powiedzieć, że muszę jeszcze godzinę popracować nad tym wnioskiem. To co, o 18.30?-

– Kochanie, przepraszam, muszę jeszcze wejść do szefa na moment, podjadę o 19 –

Rodzice spotykają się finalnie o 19.20 i jadą na Stare Miasto. Matka  ostatni raz widziała warszawską Starówkę trzy lata temu, więc wszystkiemu się dziwi jak dziecko. Ludzie tacy ładni, i Krakowskie Przedmieście odpicowane, i krzyż z obrazkiem przed Pałacem Prezydenckim. No cuda, panie, cuda.

– Kobieto, zwolnij trochę, gdzie tak lecisz? –

Matka tak długo egzystowała w trybie pilnym, że przełączenie się w tryb spacerowy przychodzi jej z wielkim bólem. Zmusza jednak nieposłuszne stopy do rytmu wakacyjnego. Idziemy, krok za krokiem.

– Głodna jestem, chodźmy na hot-doga –

– Żadna kobieta na randce ze mną nie będzie jadła hotdogów – deklaruje ojciec i ciągnie matkę do wypasionej knajpy na Starówce. Jedzenie pod turystów- drogo, niesmacznie i mało. Dwóch kieszonkowców próbuje wyciągnąć ojcu portfel z marynarki, na szczęście bezskutecznie, bo rodzice musieliby stać na zmywaku dwa dni, żeby spłacić taką kolację. 

Rodzice spacerują sobie następnie, jak rasowi turyści, i bardzo im fajnie. Matka jednak, szarpnięta wyrzutami, wysyła esemesa do syna, że tęsknią (co jest prawdą) i że nie mogą się doczekać, kiedy przyjedzie (co już taką prawdą nie jest). Zaczyna też mówić ojcu, że może już czas do domu, bo kot tak sam siedzi i pewnie mu smutno. Wracając ziewają jak opętani, bo mieli dziś pobudkę o 4.30 (Lola wyjeżdżała z opiekunką nad morze), potem pracowali 10 godzin i teraz ledwie nogami powłóczą. Udaje im się zakończyć wieczór zgodnie ze wstępnymi zamierzeniami :-), ale obydwoje z pewną nostalgią wspominają czasy, kiedy człowiek mógł hulać do północy i kondycji nie tracić. Dzisiaj bowiem wstają niewyspani, a przy śniadaniu rozważają, czy spacer po Łazienkach na pewno jest dobrym pomysłem i może by tak pójść do kina? Chyba obydwoje tęsknią za możliwością wyciągnięcia się na wygodnym fotelu i przymknięcia oczu na nudniejszych momentach filmu. Nie wiem, czemu, ale coś mi mówi, że w środę matka i ojciec mogą upaść jeszcze niżej, i jeść zamówioną przez telefon pizzę na własnej kanapie, oglądając po raz dwudziesty „Obcego”…

gorąco

Wymyślamy z Lolą przeróżne sposoby na upał:

– wanna wypełniona letnią wodą, w której wylegujemy się popołudniami

– zraszacz ogrodowy, pod którym biegamy jak szalone wiewiórki, ślizgając się po mokrej trawie

-żołądek wypełniony lodami i wodą z lodówki, opite jak bąki zalegujemy potem na kanapie

– mokre kapelusze wciśnięte na nasze przegrzane głowy

Wieczorem i tak musimy wejść na górę, gdzie pokoje na poddaszu przypominają fińską łaźnię. Leżymy i dyszymy, przy otwartych na oścież drzwiach i oknach, czekając na nadejście zbawiennego nocnego pseudochłodku. Kot wyrusza na nocne łowy. Świerszcze grają jak obłąkane. Maciejka podwiędła i podsuszona wyciska z siebie resztki sił, żeby jeszcze popachnieć. Psy w oddali anemicznie poszczekują, bo nie chce im się pyska otworzyć.

Czy ja narzekałam kiedykolwiek na to, że jest mi za zimno?? Zmieniam plany emerytalne. Do tej pory myślałam o małym domku na Florydzie. Ciekawe czemu teraz dużo bardziej kusząca wydaje mi się północna Norwegia?

sezon ogórkowy

Telenowela okazała się absolutnym pożeraczem czasu. To nie jest już kreacja artystyczna, tylko fabryka. Fabryka śrubek – coś przykręcić, coś podczepić, żeby pojazd wzruszeń płynął gładko po ekranie. Nie mam czasu – ciągle redaguję, spotykam się ze scenarzystami i redaguję znowu. Zanim to opanuję, minie trochę czasu, więc trochę stopuję z blogiem. 

Na szczęście jest sezon ogórkowy – nic się nie dzieje. Misiek od niedzieli siedzi na obozie piłkarskim. Pojechał z obandażowanym palcem i moja epistołą dla trenera, żeby mi dziecka nie zmarnował zbyt szybkim treningiem. Więc Misiek ma luz – nie za duży, bo ten obóz generalnie jest maksymalnie wyładowany, żeby młodzież nie miała czasu na głupie pomysły, ale nie wymagają od niego niemożliwości, typu godzinne strzelanie karnych nogą z połamanym palcem…

Lola zamienia się w fokę – jeśli akurat nie siedzi w basenie u mojej siostry, chłodzi się pod zraszaczem. Wymyśliłam jej patent na rozrywkę – puszczam wodę ze zraszacza na trampolinę i mała ma dwie rozrywki w jednym. Mam nadzieję, że jakoś przetrwa do poniedziałku. W poniedziałek wysyłam ją z nianią nad morze, co otwiera przede mną ocean możliwości. To jest ten jedyny tydzień w roku, kiedy nie będę miała żadnego z moich cudownych, ukochanych, słodkich dzieciątek. Hurra!!!!

Moja córka wciąż ma tendencję do wypowiedzi, które zwalają mnie z nóg. Kilka dni temu w ramach ochłody siedziała sobie w wannie z młodszą o rok kuzynką. Siedziały i gadały, gadały, gadały – od razu widać, że kobiety z krwi i kości. Przechodziłam obok łazienki i załapałam się na wypowiedź Loli:

– Ale wiesz, Ola, ja już się martwię, że będzie straszny obciach, jak mi w końcu zaczną rosnąć piersi-

Pozwoliłam sobie na ryknięcie śmiechem dopiero w kuchni. Ale zasadniczo ją rozumiem, pamietam, że to faktycznie był obciach. No i tyle – nie mam czasu, nie mam tematu, a upał pozbawia mnie umiejętności syntezy wypowiedzi. Może się ochłodzi, to złapię wenę…

Obowiązek małżeński

Mój mąż na nowo zdefiniował wczoraj obowiązki małżeńskie w naszym związku.  Okazało się, że „w zdrowiu i w chorobie”, i „łoże i stół” są niewystarczające, i wymaga ode mnie także współuczestnictwa w przełomowych dla jego życia wydarzeniach.

I na tej podstawie zażądał ode mnie wspólnego oglądania finałowego meczu. Wynegocjowałam pół godziny. Dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji zaznaczam, że moja wiedza o piłce nożnej sprowadza się do przypadkiem podpatrzonego schematu, który zdaje się nieustannie powtarzać – kilkunastu upoconych gości w śmiesznych podkolanówkach biega po pasiastym trawniku zupełnie irracjonalnie ganiając jedną piłkę, jakby nie mogli sobie kupić kilku innych.

Mąż popełnił jednak drobny błąd, bo w negocjacjach nie było mowy o milczącym współoglądaniu. Po kilku minutach zaczęłyśmy się z Lolą doskonale bawić, komentując sytuację na ekranie:

– Popatrz Lola, to jest mecz –  Więźniowie, to ci w pomarańczowych drelichach, kontra Strażnicy, w granatowych mundurkach –

– Hi, hi – zapiszczała Lola – a widzisz, ten zrobił jak pancernik, bo się boi, że znowu dostanie – pokazała na Więźnia, który własnie zwinięty w kulkę, demonstrował, jak bardzo go boli…

– A widzisz, co robi ten gość w niebieskiej bluzeczce? Gania jak głupi po całym boisku, a i tak nikt mu nie chce podać piłki –

– No, a on macha im cały czas chorągiewką, żeby mu wreszcie podali, a oni nic – zgodziła się ze mną Lola.

– Ale mi żal tego faceta w żółtym mundurku! Popatrz, narysował sobie specjalnie granicę na trawie, żeby nikt mu tam nie wrzucał piłki, a oni ciągle próbują mu ją wkopać. Widzisz, jak wścieka? Przecież widać, ze on tej piłki nie chce, czemu ciągle mu wrzucają? Zamiast tego dali by wreszcie temu biedakowi w niebieskim, też by sobie pograł. –

Mąż był cierpliwy i wyrozumiały. Najwyraźniej wierzył, że po prostu przez osmozę przyswoję sobie jego pasję. Ale kiedy pół godziny minęło, i zwiałyśmy z Lolą do łazienki, jakoś nie protestował zbyt intensywnie:-)

To było dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie, przyznaję. Po raz kolejny odkryłam, że człowiek powinien być otwarty na nowe sytuacje, ciągle sprawdzać nowe możliwości itp….I czasem przekonać się, że na świecie istnieją rzeczy, których nie pojmie nigdy: teoria fraktali, popularność spodni z krokiem w kolanach, fan klub Krzysztofa Krawczyka i piłka nożna.

wspomnieniowo

Muszę jutro nadrobić matczyne zaległości. Misiek, który we wtorek skończył 12 lat, dostał na razie całusa i obietnicę urodzin w sobotę. Niefajnie się z tym czuję, że tak pobieżnie potraktowałam urodziny pierworodnego. Wszystko przez to, że bilans praca – dom ostatnio niebezpiecznie przechylił się w tę niedobrą stronę. 

Za to udało nam się wczoraj wykonać rytualną czynność urodzinową, czyli oglądanie albumów solenizanta ze wspominkami. A przy tym oglądaniu dopadły mnie różne wspomnienia, które niekoniecznie chciałabym  Miśkowi przekazać…

Pamiętam moment, kiedy Misiek po długim, dwutygodniowym namyśle postanowił wreszcie obejrzeć mnie z drugiej strony brzucha. I to, że kiedy położyli mi na brzuchu bardzo chudego, długiego kosmitę o zielonkawej, pomarszczonej skórze i główce w kształcie zaostrzonego ołówka, pomyślałam: – Rany, czy ja będę w stanie pokochać to dziwaczne stworzenie? –

Pięć tygodni później siedziałam w szpitalu, kiwając się na plastikowym krzesełku, na którym spędziłam równo dwa tygodnie. Malutki Misiek walczył z sepsą. Na zdjęciu z tamtego okresu widać leżącego w metalowym łóżku ludzika, który wygląda jak marchewka z uprawy hydroponicznej. Na znak buntu przeciw szpitalnej bieli ubierałam go konsekwetnie w czerwone i pomarańczowe śpioszki, w których tkwiło wciąż długie i chude, za to bardzo blade i wiotkie ciałko z wenflonem sterczącym z główki. A ja wciąż nie byłam pewna, czy go kocham. Wiedziałam za to, że jestem gotowa zabić pielęgniarkę, która codziennie wyszukiwała kolejne kruche  żyłki w Miśku do wkłucia wenflonu. I że za skarby świata nie ruszę się z tego krzesełka…

Kolejne kilka miesięcy pamiętam jak przez mgłę. Misiek miał ostre AZS, alergię na wszystko, nieustannie powracające zakażenia, zwalczane uderzeniowymi dawkami antybiotyków. Zanim skończył osiem miesięcy, udawało mi się spać najwyżej dwie godziny bez przerwy. Zazwyczaj doby nie dzieliłam na dzień i noc – co więcej, często nie miałam pojęcia, jaka jest pora dnia – tylko na pory podawania leków. Nawet nie miałam czasu zastanowić się, czy go kocham…

Pamiętam za to moment, kiedy to sobie uświadomiłam. Kiedy Misiek siedział na podłodze i rzucił zabawkę za daleko, żeby dosięgnąć, a ja siedziałam nieprzytomna po nieprzespanej nocy na kanapie. Misiek padł na brzuszek i zaczął uparcie, choć ruchem naćpanej dżdżownicy, przemieszczać się w kierunku upragnionego celu. I dopadł. Siadł, popatrzył na mnie i zabulgotał, przepełniony poczuciem absolutnego triumfu. No i nagle powaliła mnie świadomość – to ja stworzyłam tę nieprawdopodobną istotę. Tego zdecydowanego, ekspansywnego nowego człowieka, który właśnie zrobił pierwszy krok do zdobycia swojego kawałka świata. Nie przychodzi mi na myśl nic, co mogłoby się równać z tak pierwotnym i głębokim poczuciem dumy i spełnienia, jakie masz, patrząc na własne dziecko.

Czy później było lepiej? Stopniowo  – jeszcze tylko kilka pobytów w szpitalu, operacja, powolne zmniejszanie się alergii, trochę komplikacji dodatkowych.

Ale od tego pierwszego momentu, kiedy łypnął na mnie zapuchniętym oczkiem noworodka, widzę w Miśku absolutną siłę przetrwania. Być może paskudne przeżycia z niemowlęctwa sprawiły, że Misiek jest takim pogodnym stoikiem, niesłychanie ciekawym świata i łagodnym.  No i przyznaję z matczyną dumą – bardzo urodziwym:-) Po zielonym kosmicie nie ma śladu, za to mamy pełen zestaw podrywacza – czarne włosy, piwne oczy, rzęsy nieprzyzwoicie długie i powalający uśmiech.

Czy widać, ze teraz nie mam już wątpliwości co do swoich uczuć?:-)

spotkanie ku czci Izaury

Ufff. Mam za sobą pierwsze zebranie ze scenarzystami. Siedmiogodzinne. Już to kilka razy przerabiałam, więc wiem, że pod koniec czwartej, piątej godziny wszyscy dostają ze zmęczenia totalnej głupawki.

Przez kilka pierwszych godzin udawało nam się podejść do sprawy z odpowiednim namaszczeniem – bo w końcu w takiej sytuacji jesteś Bogiem. Stwarzasz rzeczywistość, w którą wiele osób uwierzy bardziej, niż w istnienie Nowej Zelandii. I czterdziestominutowe dywagacje, czy nasza bohaterka ma mieć trudne dzieciństwo, czy ją tego pozbawimy, czy ma kochać dzieci, czy raczej pochylać się z troską nad globalnym ociepleniem, są jak najbardziej na miejscu.

Ale ludzka odporność ma swoje granice. Przy czwartym odcinku wszyscy łącznie z producentem byliśmy na twórczym haju. Każdy wybuchał śmiechem w połowie swojej wypowiedzi, bo cała ta sprawa wydała nam się nieodparcie zabawna, zwłaszcza że reżyser nieustannie dążył do wyjaśnienia kwestii najbardziej go dręczącej – czy nasza bohaterka sypia ze swoim chwilowym, tym niedobrym narzeczonym, czy zachowuje czystość dla naszego księcia na białym koniu. Rozważanie hipotetycznych możliwości doprowadziło nas do stanu, kiedy leżeliśmy z głowami na stole osłabli ze śmiechu i nie  mieliśmy siły się ruszyć.

Oczywiście dzisiaj jestem ledwie żywa. Przemielona intelektualnie i wypluta psychicznie. Zawsze pracowałam w rytmie tanga: wolno, wolno (spokojnie, zdążymy, kupa czasu do zdjęć), szybko, szybko (aaaaa, za chwilę zdjęcia, nie mamy scenariuszy!).

Teraz zapowiada mi się raczej quickstep- szybko, szybciej, jeszcze szybciej, bo się zaraz wywalimy. Ale przecież jakoś trzeba Manuelę pchnąć w objęcia Carlosa, bo się biedaczka zmarnuje, prawda? Zaczynam niemal czuć  sympatię do niej i generalnie do gatunku telenoweli. Chyba ukradkiem i potajemnie zacznę sobie oglądać, tylko nie wiem, co. Leci teraz coś fajnego? Jakaś „Maria Luiza” czy „Serce w rozterce”? Co polecacie, drogie miłośniczki?

nowe wyzwania…

No i stało się. Co ja najlepszego zrobiłam? A wcale przecież nie było tak źle.  Ale są takie zdania, które tylko pozornie zawierają w sobie jakąs alternatywę. Kiedy facet w kominiarce krzyczy: „Pieniądze albo życie” , nie wahasz się zbyt długo, prawda?

A kiedy szefowa składa ci propozycję pracy w nowym projekcie, mając na biurku rozłożony dodatek do Wyborczej „Praca”, odpowiadasz z pewnością w głosie, że ależ oczywiście, chętnie podejmiesz się nowego wyzwania. Bo co masz, do cholery, odpowiedzieć?

Przechodziłam przez różne fazy w mojej pracy: zagubienie („Zaraz, zaraz, czym my się właściwie zajmujemy?”), samouwielbienie („jestem panią z telewizji, jestem panią z telewizji”), cynizm („Ja tu tylko robię kółka. Co mnie to obchodzi, czy wsadzą na te kółka czołg, czy cyrk, czy karetkę. Pracuję w fabryce kółek”) i frustrację („Za cholerę nie rozumiem, jak to, co robię, przekłada się na to, czy ktoś to będzie chciał oglądać”).

A teraz? Teraz jestem zestresowana do granic możliwości. Różne projekty robiłam: takie trochę gorsze i trochę lepsze. Takie, które nigdy nie zostały zrealizowane, i takie, które nie miały najlepszej oglądalności. Ale właściwie wszystkie były sensowne i inteligentne, a jeśli już były głupie, to przynajmniej śmieszne. Sprawiały mi przyjemność, bo przynajmniej zazwyczaj wiedziałam, jak powinny wyglądać i co zrobić, żeby tak wyglądały.

Do dzisiaj. Od dzisiaj redaguję telenowelę. Telenowelę, rozumiecie? Jedyny kontakt, jaki miałam  z telenowelą przez całe moje życie, to trzy odcinki Izaury dwadzieścia lat temu. Egzotyka, panie. Równie dobrze mogłabym zacząć pracę nad dokumentem o życiu modraszka madagaskarskiego! Ja w ogóle nie rozumiem, jak to funkcjonuje i jak można pisac coś, co ma sto czy dwieście odcinków… Idę już – czytać pierwsze dwadzieścia pięć odcinków. Chyba przestanę pisać bloga. Już czuję, że ten brazylijski czy wenezuelski wampir wysysa ze mnie chęć napisania czegokolwiek. Trzymajcie za mnie kciuki. Żebym się nie pocięła, zanim Manuela wreszcie pokona rywalki i padnie w ramiona Carlosa.

Klaps

Moja córka wczoraj dostała klapsa, a nawet dwa. Możecie zgłosić to do opieki społecznej, a ja pójdę tam śmiało i z podniesionym czołem, bo kiedy pracownicy socjalni spędzą trochę czasu z Lolą, będą błagać, żebym ją sobie z powrotem zabrała.

Wczoraj wieczorem wpadła na chwilę moja mama. Zmęczona upałem i bólem kręgosłupa. Posiedziała parę minut, a Lola zaofiarowała się, ze odprowadzi ją do furtki osiedla. OK. Za moment wpada Lolka, brudna, na boso, i pyta, czy może iść z babcią. 

– Nie, dziecko, nie możesz – powiedziałam rozsądnie – babcia źle się czuje, a jest już wpół do dziewiątej i czas na kolację –

Lola odwinęła się na pięcie bez słowa i znikła mi z oczu. Pomyślałam, że się obraziła i tyle, ale coś mnie tknęło i wyszłam na podwórko. Moja córka właśnie znikała za osiedlową furtką.

Zadzwoniłam do mamy, która grzecznie powiedziała mi, że w sumie się zdziwiła, że pozwoliłam jej iść. Bo Lola, spytana przez babcię, odparła, że ależ owszem, mama pozwoliła!

Gdyby jeszcze poszła bez pytania, OK, uznałabym to za brak pomyślunku, ale takie jawne nieposłuszeństwo ? W dodatku podparte kłamstwem?!

No, i dałam jej dwa klapsy.  Ponieważ ostatnim razem Lola dostała w tyłek jako czterolatka, uparcie i upodobaniem wbiegająca pod samochody,  oczywiście natychmiast poczułam się jak ostatnia świnia i nabrałam już tchu, żeby ją przeprosić. Ale Lola, otarłszy łzę z oka, spytała z ożywieniem:

– A jaką mi dasz karę?  Może szlaban? –

– Eeee – zawiesiłam się – TO jest twoja kara, klapsa właśnie dostałaś –

– Phi – Lola skwitowała pogardliwie moje metody katowskie – a Kasia to dostaje klapsa I szlaban!-

Po czym  poleciała do łazienki, żeby sprawdzić w lustrze, czy ma odciski na pupie i była bardzo rozczarowana, że nic nie widać, bo „Kasia to mówiła, że po tym to ma się czerwone ślady”.

W sumie mam niemiłe wrażenie, że coś schrzaniłam. Bo tak: dziecko  skłamało, zignorowało mój zakaz, dostało za to najbardziej paskudną karę, która mi przyszła do głowy i której nigdy właściwie nie używam; po czym okazało się, że młoda miała frajdę, zrobiła, co chciała,  kary się nie wystraszyła i jeszcze w dodatku jest generalnie zadowolona i dumna. Kurczę, następnym razem każę jej klęczeć na grochu… albo stanąć w kącie…Nienawidzę wymyślania kar dla dzieci. Ale mam przynajmniej nauczkę – bicie dziecka jest złe. A na pewno nieskuteczne:-) Chyba z innych powodów, niż twierdzą obrońcy praw dziecka, ale jednak kompletnie nieskuteczne…..

wolne dziewczyny i złamana kostka

Misiek złamał sobie palec u nogi. Doprawdy, pomysłowość dwunastolatków w dziedzinie samookaleczeń jest  niemal nieograniczona. Dlatego nie podzielałam optymizmu męża, który pocieszał zwijającego się z bólu syna, że to tylko stłuczenie i zabrałam młodego do ortopedy. Teraz Misiek przemieszcza się o kulach, pokazuje wszystkim zdjęcie rentgenowskie i generalnie pławi się w glorii i chwale okaleczonego bohatera. Mężczyźni to naprawdę dziwne i egzotyczne istoty.

Lola natomiast odkryła w sobie żyłkę biznesową. Zmusiła mnie do wywleczenia na podwórko stolika, który następnie ustawiła na rogu ulicy i zasiadła tam, aby sprzedawać swoje niepotrzebne zabawki. Chętnych miała mnóstwo,  niestety tylko na posadę sprzedawczyni. W pewnym momencie przy stoliku siedziały cztery ekspedientki, tylko kupujących brakowało.

Lola pożaliła mi się, że interes słabo idzie. Nie znam się na tym specjalnie, więc uraczyłam ją tylko frazesem, że „reklama dźwignią handlu” i poradą, żeby poinformowała potencjalnych kupujących o wyprzedażach i promocjach.

Jak się okazało, Lola podeszła do mojej porady chyba zbyt dosłownie. Pięć minut później, pieląc ogródek, usłyszałam donośne krzyki mojej córki, biegającej po całym osiedlu: „Ludzie, tanie zabawki!! Ludzieeee, zabawki kupujcie!!!” Na wszelki wypadek skuliłam się pod płotem i udawałam, że to nie moje dziecko i że w ogóle nie ma mnie w domu.

To też był duuuży błąd. Kwadrans później przyszła do mnie zwijająca się ze śmiechu sąsiadka z pytaniem, czy na pewno wiem, co sprzedaje moja córka.

Poszłam, zobaczyłam, umarłam. Na stoliku, za którym siedziały Lola i jej dwie koleżanki,  był przyklejony wielki, wypisany koślawymi literami napis: „FREE GIRLS”.

Dziewczyny ściągnęły nazwę swojego sklepiku z T-shirta jednej z nich, a jako że żadna po angielsku nie mówi, niezbyt orientowały się, co to oznacza. Nie miałam siły tłumaczyć im ewentualnej dwuznaczności nazwy, i poprosiłam tylko, żeby ją zmieniły, bo w końcu klienci mogą nie znać angielskiego, no nie?

Co do mnie: remont skończony. Moje pokoje lśnią blaskiem nowości i znów są gotowe na kredki, ciastolinę, hulajnogi, sok porzeczkowy, piłkę, czekoladę i zabłocone buty. Następny remont zrobię, kiedy wypuszczę moje ptaszyny w szeroki świat, za jakieś dziesięć lat – wtedy będę się mogła dłużej cieszyć efektem czystości. Ale kto wie, może nie będzie tak źle, skoro mój małżonek odkrył w sobie nową pasję.  Choć na co dzień ma niewielki kontakt z zajęciami domowymi, tym razem nie udało mu się uciec przed niewdzięcznym sprzątaniem poremontowym. Zerkałam na niego co chwila kątem oka, kiedy szorował szafki kuchenne, raz, żeby oko nacieszyć nietypowym widokiem, dwa,że bałam się, że zaraz mi zwieje. Ale skąd, mąż z zaskakującym zapałem szorował i wycierał, nabierał coraz więcej energii w ruchach i jakiegoś takiego błysku w oku….w końcu zwierzył mi się, zaskoczony: „Ty wiesz, to sprzątanie naprawdę człowieka wciąga!” A tyle lat go przekonywałam, że porządki są lepsze niż golf i narciarstwo! Muszę  pomyśleć teraz o jakichś konkurencjach, żeby nie stracił zapału neofity: ” „Najbardziej błyszczące okno na osiedlu”, ” Zwalczamy osad na wannie” albo „Kurz twoim wrogiem. Zabij go”.