wolne dziewczyny i złamana kostka

Misiek złamał sobie palec u nogi. Doprawdy, pomysłowość dwunastolatków w dziedzinie samookaleczeń jest  niemal nieograniczona. Dlatego nie podzielałam optymizmu męża, który pocieszał zwijającego się z bólu syna, że to tylko stłuczenie i zabrałam młodego do ortopedy. Teraz Misiek przemieszcza się o kulach, pokazuje wszystkim zdjęcie rentgenowskie i generalnie pławi się w glorii i chwale okaleczonego bohatera. Mężczyźni to naprawdę dziwne i egzotyczne istoty.

Lola natomiast odkryła w sobie żyłkę biznesową. Zmusiła mnie do wywleczenia na podwórko stolika, który następnie ustawiła na rogu ulicy i zasiadła tam, aby sprzedawać swoje niepotrzebne zabawki. Chętnych miała mnóstwo,  niestety tylko na posadę sprzedawczyni. W pewnym momencie przy stoliku siedziały cztery ekspedientki, tylko kupujących brakowało.

Lola pożaliła mi się, że interes słabo idzie. Nie znam się na tym specjalnie, więc uraczyłam ją tylko frazesem, że „reklama dźwignią handlu” i poradą, żeby poinformowała potencjalnych kupujących o wyprzedażach i promocjach.

Jak się okazało, Lola podeszła do mojej porady chyba zbyt dosłownie. Pięć minut później, pieląc ogródek, usłyszałam donośne krzyki mojej córki, biegającej po całym osiedlu: „Ludzie, tanie zabawki!! Ludzieeee, zabawki kupujcie!!!” Na wszelki wypadek skuliłam się pod płotem i udawałam, że to nie moje dziecko i że w ogóle nie ma mnie w domu.

To też był duuuży błąd. Kwadrans później przyszła do mnie zwijająca się ze śmiechu sąsiadka z pytaniem, czy na pewno wiem, co sprzedaje moja córka.

Poszłam, zobaczyłam, umarłam. Na stoliku, za którym siedziały Lola i jej dwie koleżanki,  był przyklejony wielki, wypisany koślawymi literami napis: „FREE GIRLS”.

Dziewczyny ściągnęły nazwę swojego sklepiku z T-shirta jednej z nich, a jako że żadna po angielsku nie mówi, niezbyt orientowały się, co to oznacza. Nie miałam siły tłumaczyć im ewentualnej dwuznaczności nazwy, i poprosiłam tylko, żeby ją zmieniły, bo w końcu klienci mogą nie znać angielskiego, no nie?

Co do mnie: remont skończony. Moje pokoje lśnią blaskiem nowości i znów są gotowe na kredki, ciastolinę, hulajnogi, sok porzeczkowy, piłkę, czekoladę i zabłocone buty. Następny remont zrobię, kiedy wypuszczę moje ptaszyny w szeroki świat, za jakieś dziesięć lat – wtedy będę się mogła dłużej cieszyć efektem czystości. Ale kto wie, może nie będzie tak źle, skoro mój małżonek odkrył w sobie nową pasję.  Choć na co dzień ma niewielki kontakt z zajęciami domowymi, tym razem nie udało mu się uciec przed niewdzięcznym sprzątaniem poremontowym. Zerkałam na niego co chwila kątem oka, kiedy szorował szafki kuchenne, raz, żeby oko nacieszyć nietypowym widokiem, dwa,że bałam się, że zaraz mi zwieje. Ale skąd, mąż z zaskakującym zapałem szorował i wycierał, nabierał coraz więcej energii w ruchach i jakiegoś takiego błysku w oku….w końcu zwierzył mi się, zaskoczony: „Ty wiesz, to sprzątanie naprawdę człowieka wciąga!” A tyle lat go przekonywałam, że porządki są lepsze niż golf i narciarstwo! Muszę  pomyśleć teraz o jakichś konkurencjach, żeby nie stracił zapału neofity: ” „Najbardziej błyszczące okno na osiedlu”, ” Zwalczamy osad na wannie” albo „Kurz twoim wrogiem. Zabij go”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s