wspomnieniowo

Muszę jutro nadrobić matczyne zaległości. Misiek, który we wtorek skończył 12 lat, dostał na razie całusa i obietnicę urodzin w sobotę. Niefajnie się z tym czuję, że tak pobieżnie potraktowałam urodziny pierworodnego. Wszystko przez to, że bilans praca – dom ostatnio niebezpiecznie przechylił się w tę niedobrą stronę. 

Za to udało nam się wczoraj wykonać rytualną czynność urodzinową, czyli oglądanie albumów solenizanta ze wspominkami. A przy tym oglądaniu dopadły mnie różne wspomnienia, które niekoniecznie chciałabym  Miśkowi przekazać…

Pamiętam moment, kiedy Misiek po długim, dwutygodniowym namyśle postanowił wreszcie obejrzeć mnie z drugiej strony brzucha. I to, że kiedy położyli mi na brzuchu bardzo chudego, długiego kosmitę o zielonkawej, pomarszczonej skórze i główce w kształcie zaostrzonego ołówka, pomyślałam: – Rany, czy ja będę w stanie pokochać to dziwaczne stworzenie? –

Pięć tygodni później siedziałam w szpitalu, kiwając się na plastikowym krzesełku, na którym spędziłam równo dwa tygodnie. Malutki Misiek walczył z sepsą. Na zdjęciu z tamtego okresu widać leżącego w metalowym łóżku ludzika, który wygląda jak marchewka z uprawy hydroponicznej. Na znak buntu przeciw szpitalnej bieli ubierałam go konsekwetnie w czerwone i pomarańczowe śpioszki, w których tkwiło wciąż długie i chude, za to bardzo blade i wiotkie ciałko z wenflonem sterczącym z główki. A ja wciąż nie byłam pewna, czy go kocham. Wiedziałam za to, że jestem gotowa zabić pielęgniarkę, która codziennie wyszukiwała kolejne kruche  żyłki w Miśku do wkłucia wenflonu. I że za skarby świata nie ruszę się z tego krzesełka…

Kolejne kilka miesięcy pamiętam jak przez mgłę. Misiek miał ostre AZS, alergię na wszystko, nieustannie powracające zakażenia, zwalczane uderzeniowymi dawkami antybiotyków. Zanim skończył osiem miesięcy, udawało mi się spać najwyżej dwie godziny bez przerwy. Zazwyczaj doby nie dzieliłam na dzień i noc – co więcej, często nie miałam pojęcia, jaka jest pora dnia – tylko na pory podawania leków. Nawet nie miałam czasu zastanowić się, czy go kocham…

Pamiętam za to moment, kiedy to sobie uświadomiłam. Kiedy Misiek siedział na podłodze i rzucił zabawkę za daleko, żeby dosięgnąć, a ja siedziałam nieprzytomna po nieprzespanej nocy na kanapie. Misiek padł na brzuszek i zaczął uparcie, choć ruchem naćpanej dżdżownicy, przemieszczać się w kierunku upragnionego celu. I dopadł. Siadł, popatrzył na mnie i zabulgotał, przepełniony poczuciem absolutnego triumfu. No i nagle powaliła mnie świadomość – to ja stworzyłam tę nieprawdopodobną istotę. Tego zdecydowanego, ekspansywnego nowego człowieka, który właśnie zrobił pierwszy krok do zdobycia swojego kawałka świata. Nie przychodzi mi na myśl nic, co mogłoby się równać z tak pierwotnym i głębokim poczuciem dumy i spełnienia, jakie masz, patrząc na własne dziecko.

Czy później było lepiej? Stopniowo  – jeszcze tylko kilka pobytów w szpitalu, operacja, powolne zmniejszanie się alergii, trochę komplikacji dodatkowych.

Ale od tego pierwszego momentu, kiedy łypnął na mnie zapuchniętym oczkiem noworodka, widzę w Miśku absolutną siłę przetrwania. Być może paskudne przeżycia z niemowlęctwa sprawiły, że Misiek jest takim pogodnym stoikiem, niesłychanie ciekawym świata i łagodnym.  No i przyznaję z matczyną dumą – bardzo urodziwym:-) Po zielonym kosmicie nie ma śladu, za to mamy pełen zestaw podrywacza – czarne włosy, piwne oczy, rzęsy nieprzyzwoicie długie i powalający uśmiech.

Czy widać, ze teraz nie mam już wątpliwości co do swoich uczuć?:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s