rozkosze samotności

Horror sie wymyśla, a ja się pławię w rozkoszy samotności. Mąż stanął na wysokości zadania i zabrał małoletnich na trzy dni na Mazury. Wczoraj wieczorem siedziałam sobie na tarasie z kieliszkiem wina, na swojejnowej huśtawce, a przyroda zajmowała się, czym powinna wieczorami: żaby kumkały, świerszcze grały, kwiatki pachniały i zasadniczo świat wydawał mi sie cudowny. Siedziałam i myślałam – jak długo musiałbym tak mieszkać w samotności, żeby mi się znudziło? W takim domu, gdzie podłoga raz odkurzona, pozostaje w stanie niepokalanej czystości dłużej niż dwie godziny. W domu, gdzie kuchnia lśni blaskiem wytartych blatów, a lodówka lśni blaskiem odbitym od pustych półek. I gdzie w łazience po raz pierwszy od dłuugiego czasu nie wisi pranie na sznurkach, a na kaloryferze mokre kostiumy kąpielowe i pluszaki, które przeszły dramatyczny proces kąpieli z Lolą…Niestety, ze smutkiem stwierdzam, że na fazę gwałtownej tęsknoty za rodziną musiałbym poczekac dużo dłużej niż te trzy dni.

O dziwo, w przeciwieństwie do mnie, kotka wykazywała objawy gwałtownego odstawienia od ciepła rodzinnego. Biegała przez cały wieczór nerwowo z pokoju Loli do pokoju Miśka, usiłując się umościć na ich łóżkach, ale wygląda na to, że łóżko bez małego lokatora to już nie to. Biedna Inka. Przyszła w końcu do mnie, zgnębiona i smutnawa, po czym wykonała manewr, który ostatnio robiła jako znerwicowany, szukający bezpieczeństwa kociak – wczołgała się pod kołdrę, ułożyła płasko wzdłuż mojego brzucha i wcisnęła mi pyszczek pod pachę – taka sierotka biedna:-) No cóż, miło mi, ze mogę służyć jako zastępstwo. Zazwyczaj, jeśli już kota decyduje się spędzić noc w domu, z namaszczeniem wybiera łóżko do spania, po czym zwija się w kłębek w okolicach nóg śpiącego i cichym powarkiwaniem wyraża dezaprobatę, jeśli odważysz się ruszyć nogami. 

Czuję, że powinnam zrobić coś dla siebie, wreszcie uwolniona od przymusu raportowania się w domu o 18.30, ale te samotne wieczory są takie fajne, że dzisiaj też chyba sobie odpuszczę zakupy i różne makiury i koafiury. Siądę na huśtawce, kota przytulę, poczytam jakąś strasznie złą literaturę i będę udawać, że jestem biedną, samotną, stęskniona za rodziną gospodynią domową w wieku średnim. I tylko ja będę wiedziała, że przez te trzy dni mam siedemnaście lat i głowę pełną głupich myśli:-)

 

horror – wybieramy

No dobra, może ruszymy z tym horrorem, co?

Jestem na etapie wymyślania fabuły. Problem jest taki – na oryginalność nie ma co liczyć. Wymyślono już wszystko. Jestem absolutnie pewna, że w temacie świata zwierzęcego pominięto co najwyżej biedronki, w temacie sprzętów domowych wykorzystano nawet toster, a temacie duchów i wampirów wszystkie możliwe konfiguracje, także te z Kamasutry.

Tematy chwilowo bliskie mojemu sercu:

1.  Nieprzystosowany młody człowiek usiłuje popełnic samobójstwo. Nieskutecznie, ale zaczyna widzieć duchy. A duchy zaczynaja widzieć jego. I sa nim bardzo zainteresowane, bo okazuje się, ze cechy, które sprawiaja mu kłopot w świecie rzeczywistym, są bardzo atrakcyjne dla tych po drugiej stronie. Młody człowiek troche mimo woli angazuje się we współprace, na razie nie wiem, jaką. I jak to się skończy? Tez nie wiem.

2. Sympatyczna panienka z poczty w małym miasteczku dośc przypadkiem zostaje wampirem. Kłopotliwa sprawa, zwłaszcza, że poczta czynna jest od 7 do 15. No i co zrobić, kiedy uwielbia się uprawianie ogródka i zbieranie grzybów, a człowiek przechodzi na nocny tryb życia? Panienka natchniona lekturą popularną postanawia zostac wiedźmą – czyli kimś bliskim sercom małomiasteczkowych sasiadów. Musi sie tylko nauczyc rzucać uroki i takie tam różne. najgorsza jest zmiana nawyków żywieniowych…

3. Miła, aczkolwiek po ciezkich przezyciach, pani, zostaje nianią w nowobogackim domu. Nianią chłopca, którego brat bliźniak zmarł rok wczesniej. Bardzo złosliwy brat bliźniak, który uparcie nie chce iśc w strone światła. I tu wariant A na serio: straszymy, wywołujemy duchy i przeciągi, i uśmiercamy kogoś, lub wariant B: jak odesłac na karnego jezyka bardzo niegrzecznego ducha?

4 tchnięcie ducha w maszynę, jak to pięknie okreslił Brezly. Ale jakos tego nie czuję: lodówka nawiedzana przez poltergeisty? Maszyna do prześwietlania na lotnisku pokazująca złe uczynki pasażerów? Obłąkana z miłości do właścicielki pralka, któa z zawiści pierze jej męża?

Prosze państwa, kto chce, może wybierać, a ja będe sobie powoli myslała. Powoli, bo myślenie mam trochę przekierowane w stronę rozterek sercowych Manueli, i cięzko mi się prestawiać.

 

Życie jest skomplikowane

Do załatwienia w bliskiej i odległej przyszłości:

Lola: pilnie do dermatologa, wysoko i gwałtownie rozwinięta paranoja matki na tle podejrzanych znamion skórnych równa się prywatna wizyta w trybie nagłym

Misiek: po wczorajszym przeglądzie – cztery zęby do lakowania, jeden do leczenia.

Lola: jeden ząb do leczenia. Plus maseczka z tlenkiem. Plomba droższa niż moje kozaki.

Lola: nie ma kapci, nie ma butów, nie ma książek, nie ma przyborów szkolnych.

Misiek: jak wyżej, tylko dwa razy drożej.

Mąż – co za ulga, przynajmniej on ma kapcie.  I zęby go nie bolą. I do kosmetyczki nie chodzi.

Samochód – coś puka. Coś, co wcześniej nie pukało. Mam nadzieję, że to poltergeist, a nie amortyzatory.

Kuchnia: Niedługo będę gotować przy świeczce. Elektryk. Lampy. Transformatorki.

Ja: Fryzjer. Kosmetyczka. Psychoterapeuta. Przystojny masażysta. Samotny wyjazd do SPA.  Domowa produkcja narkotyków, żeby na to zarobić. Albo cud.

Ja: Poprosić o podwyżkę. Na SPA nie dadzą. Użyć argumentu bosych dzieci.

Mąż: znaleźć mu pracę na platformie wiertniczej. Ale zdalną, żeby był blisko nas.

Fajnie byłoby gdzieś wyjechać. Gdziekolwiek. Na tydzień. Z rodziną. Czy ja wymagam od życia zbyt wiele? Od czasu pamiętnego tygodnia w Egipcie w lutym ZERO wolnych dni. Chyba jestem lekko znerwicowana. Jak widać.

Czuję, że zacznę pisać ten horror. Tylko jak to zrobic, zeby nie zaśmiecac głównego bloga?

 

Potrzeba matką nagłego dojrzewania

Dzień wolny od pracy. Jestem w domu. Misiek również.

– Mamooo, głodny jestem. Zrobisz mi kanapkę? Bo ja nie umiem tego chleba ukroić. –

– Mamoo, gdzie są moje skarpety? Ale ja nie umiem ich zdjąć ze sznurka! –

– Mamoo, zapomniałem, po co mnie wysłałaś na górę. Co miałem przynieść? –

Dzień pracy – mojej, rzecz jasna. Wakacjujący Misiek siedzi w domu sam, bo Lola się rozrywa towarzysko. Dzwonię do niego nerwowo co jakiś czas, szarpana matczynymi wyrzutami sumienia, że porzuciłam takie malutkie, ledwie dwunastoletnie, dzieciątko w domu.

– Misiek, sorry, nie zdążyłam ugotowac obiadu na dziś. Może pójdziesz do babci, to ci da jeść –

– Mamoo, no co ty? Myślisz, że ile ja mam lat? Ugotowałem sobie makaron, i usmażyłem do niego parówki. A na śniadanie zrobiłem sobie jajecznicę –

– Misiek, ale zapomniałam ci powiedzieć, że przyjedzie kurier z paczką. Kiedy przyjedzie, to pamiętaj, że pieniądze leżą w szafce… –

– Spoko, matka, już był. Odebrałem, pokwitowałem i zapłaciłem ze swoich, bo tych w szafce nie widziałem-

– Misiek, w Warszawie straszna burza, jak do was przyjdzie, to pamiętaj…-

– Taa, wiem, już przyszła. Okna zamknąłem, wyłączyłem sprzęt z listwy i schowałem tego kwiatka, co się zawsze przewraca. Luz. –

????? Dr Jekyll i Mr Hyde? Czy młodociany spryciarz udający w obecności matki niemotę?

 

 

Nóż w bloku

Prosty człowiek miewa proste marzenia. Na przykład huśtawka ogrodowa – taka, wiecie z daszkiem, trzyosobowa, na której można się leniwie wyciągnąć i przysnąć w ciepłe popołudnie. Marzyłam o takiej huśtawce, odkąd stałam się obszarnikiem, czyli posiadaczką ogródka. Natchnieni nagłym i niespodziewanym przypływem gotówki, której zawsze brakowało na tak idiotyczny kaprys, pojechaliśmy z mężem do centrum handlowego rozeznać temat huśtawek.

Nie wiem już, jakim sposobem okazało się nagle, że jesteśmy w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, gdzie móż mąż oszalał na widok noży. Kierując się  atawistycznym instynktem odziedziczonym po praprzodkach myśliwych, przyspawał się do półki pełnej żelastwa, z których każde wydawało mu się absolutnie niezbędne. Zważywszy na fakt, że zazwyczaj jego kontakt z nożem ogranicza się do krojenia chleba i pomidorów, trudno mi to zrozumieć, ale jestem wyrozumiała. W temacie noży, a nie bloku do trzymania tychże.

– Kochanie, musimy mieć blok do tych noży, bez sensu mieć noże bez bloku-

– Blok jest bez sensu, bo nie mamy na niego miejsca –

– Jak to nie ma miejsca? To gdzie ty chcesz trzymać te noże? –

– Jeśli kupimy ich mniej niż dwadzieścia, co wydaje mi się racjonalne, zmieszczą się w szufladzie. –

– W jakieś znowu szufladzie? –

– W szufladzie na noże. Uwierz mi, mamy taką szufladę –

– Ale ja chcę mieć noże pod ręką –

– Będziesz je miał pod ręką – w szufladzie. Poza tym te bloki są brzydkie –

– Wcale nie. Może pani pokazać ten? –

– No sam widzisz, ochyda. Wielki jak kobyła –

– Przesadzasz, ale zgoda. Może pani wyjąć jeszcze ten obok? –

– Blok może być, ale te noże są paskudne, bo mają świecące czubki –

– Bardzo ładne noże, kobieto, nic im się nie świeci. Ale OK, a czy może pani przełożyć tamte noże do tego bloku? Nie? No widzisz, kochanie, nie można. To co, brzydki blok, czy brzydkie noże? –

– Żadnego bloku nie będzie! Nie mam go gdzie trzymać! Może pani schować te bloki. Kupimy same noże –

– Nie, zaraz, niech pani jeszcze nie chowa. A nie może stać koło zlewu?-

– Nie. Koło zlewu stoi moja decha do krojenia. Tuż przy niej czajnik, a dalej nie da się postawić nawet szklanki, bo nie otworzysz drzwiczek od mikrofalówki, a zaraz za mikrofalówką jest już płyta do gotowania. Sam widzisz, że NIE MA miejsca na blok! Tak, dziękujemy pani, może pani już włożyć ten blok do pudełka-

–  Zaraz, a może pani jeszcze zdjąć z półki ten jasny? –

– Ale sam widzisz, że ten blok jest jasny, a noże są ciemne, to się pogryzie –

– Nic się nie pogryzie. Poza tym zdecydujmy w końcu, kupujemy ten blok, czy nie? –

– Możemy kupić blok, pod warunkiem, że będzie stał w pralni albo w twojej szafie, bo w kuchni nie mam już miejsca.-

– To my dziękujemy za te bloki. Tak, proszę pani, za ten też. Sama pani widzi, że nie sposób jej przegadać. A możemy zobaczyć te noże? –

Zagadka – kto się najbardziej zirytował?

Odpowiedź- tak, oczywiście,pani sprzedawczyni, i wcale jej się nie dziwię. Dziwię się tylko, że od razu nie chciała wcisnąc swojego numeru telefonu biednemu uciśnionemu przez żonę człowiekowi:-)

PS.Mamy nowe noże. I huśtawkę. Bardzo lubię moją huśtawkę. Mąż bardzo lubi swoje noże:-)

wszystko mija, nawet najdłuższa żmija

No dobra, koniec tego dobrego.  Czas wrócić do rzeczywistości.  Jak się zbiorę w sobie, to stworzę podbloga literackiego, ale tutaj nie ma miejsca na te żałosne wypociny. Finito. I już.

rozdział szósty i OSTATNI: potworrne tajemnice ujrzą światło dzienne

– Taak, wiem, kochaneczku, myślałeś, że jesteś dziedzicem, ale to nieprawda. Całe twoje słodkie życie wypełnione lekcjami tenisa i proekologicznym pedicurem to fałsz, a nawet FAŁSZ. – Matka Rikarrda ociekała mściwą satysfakcją, typową dla czarnych charakterów, którzy właśnie zdradzają swój plan zniszczenia wszechświata. – Jesteś – wysyczała złowrogo – jesteś MOIM ssssynem! –

Arturro wpatrywał się oszołomiony w jej, przyznajmy szczerze, przeżartą paradontozą jamę ustną, jakby chciał zatrzymać w nich te potworne słowa. – Nie – jęknął – ale przecież Rikarrdo….-

-Rikarrdo jest synem twojej matki, tfu, chciałam powiedzieć, swojej matki, legalnie poślubionej lady Camilli – wyjawiła Już Nie Matka Rikarrda – zamieniłam was w kołysce, bo zawsze wolałam blondynów. Poza tym ty miałeś tylko sześć punktów w skali Apgar i skazę białkową.-

Arturro machinalnie przeczesał palcami swą bujną, kruczoczarną fryzurę na pazia. – O mały włos – pomyślał – o mały włos… Czy to znaczy…czy to zna… zna czy –

-Ach, no tak, przypuszczałam, że będziesz się jąkał, jak twój ojciec – rzuciła Już Nie Matka Rikarrda z niesmakiem.

– Mój ojciec, hrabia Apolinary, nigdy się nie jąkał – rzkł z godnością  Arturro, emanując dumą rodową.

– Hrabia Apolinary się nie jąkał, ale twój ojciec i owszem. Miał też bielmo na oku. Na twoim miejscu skoczyłabym na kontrolę do okulisty. To był cudowny mężczyzna, ten twój ojciec- zachichotała z rozmarzeniem Już Nie Matka Rikarrda  – taki słodki misiaczek…Wiesz, że zbierał okrawki moich paznokci do specjalnego słoiczka w różyczki? On jeden mówił do mnie „Pamelo”. Czy ktoś jeszcze pamięta o tym, że mam na imię Pamela? Że kocham małe kocięta i komedie romantyczne z Hugh Grantem? – Już Nie Matka Rikarrda miękko osunęła się na krzesło,  jej piersi w łagodnych fałdach spłynęły na kolana i różowa poświata marzeń  spowiła ją jak obłoczek dymu z cygara.

Arturro otrząsnął się z szoku jak pies z wody i wyszedł, najpierw powoli, a później coraz szybciej szedł, biegł, pędził prosto do swojej Manuelli. Jego koszula furkotała na wietrze, jego włosy falowały, a  kolorowe motyle unosiły się nad nim, nie wiadomo zresztą po jaką cholerę.

– Ukochana! – chwycił w objęcia Manuellę – teraz możemy być na zawsze razem. Jestem biedny, wydziedziczony, jestem synem wyklętej ze społeczeństwa stręczycielki i faceta z bielmem na oku! Teraz nie przeszkadza mi twoje bogactwo i pozycja społeczna. O, najdroższa, serce me śpiewa! – Przycisnął złotą główkę Manuelli do swej bladej piersi. Faktycznie, Manuella usłyszała cichy śpiew: „”Śmiało podnieśmy sztardar nasz w górę…”. I połączyły się ich usta, dłonie i przeróżne inne części ciała, które mają taką potecjalną możliwość.

Spytacie, co z Rikarrdem? Rikarrdo, choć niechętnie,  ożenił się z Lilianną. Postanowili poświęcić swe siły w służbie złu, ale po kilku latach ze względu na dużą konkurencję w tym biznesie wycofali się w zacisze domowe, gdzie zajmują się tkaniem gobelinów o tematyce politycznej i ich sprzedażą na Allegro. Już Nie Matka Rikarrda ma się dobrze – właśnie otwiera nową filię pod Ciechocinkiem.

Żadne zwierzęta występujące w tym programie nie poniosły faktycznego uszczerbku na zdrowiu. Wszystkie sceny erotyczne miały na celu wyłącznie prokreację i wiązały się z zaangażowaniem emocjonalnym. Postać Matki Rikarrda jest absolutnie fikcyjna, bo taka profesja przecież nie istnieje. Koronkowe stringi dostępne na stronie www.stringimanuelli.pl. Autorka powieści w stabilnym stanie psychicznym pozostanie jeszcze kilka dni na obserwacji w Tworkach, ale nie przyjmuje odwiedzających. Skargi i zażalenia przyjmuje kierownik, ale ich nie przekazuje dalej, więc możecie sobie pisać, ha, ha. Osoby domagające się dalszego ciągu zostaną ukarane przymusową depilacją brazylijską  i zjedzeniem pizzy z muchami. Osoby domagające się szybkiego zakończenia mogą już się ucieszyć. To się już więcej nie powtórzy. Dziękuję. I pozdrawiam. Uff.

 

Mój mąż jest dziwny, czyli prawie kończę powieść

Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego dorosły, inteligentny, wykształcony mężczyzna chce czytać to śmieciowe, pretensjonalne powieścidło, którym was raczę od tygodnia? Mój mąż, który na co dzień czyta The Economist, Forbes i książki o rozszerzaniu się wszechświata, zapałał niezrozumiałą miłością do Arturra i Manuelli i żąda kontynuacji. Ponieważ nie wierzę, że po siedemnastu latach małżeństwa napędza go bezbrzeżne uczucie do autorki, zaczynam się niepokoić, z jakim to człowiekiem właściwie się związałam…Ale na jego usilną prośbę pociągnę jeszcze dwa odcinki, niech będzie.

rozdział piąty: Matka Rikarrda wkracza na scenę

-Arturro, wejdź, mój drrogi, cóż cię do mnie sprowadza? – zaskrzeczała Matka Rikarrda i wpuściła go do środka. Dwa spłoszone szczury wymknęły sie z fałdów jej spódnicy i przycupnęły w kącie, nieśmiało skubiąc leżący tam brokatowy biustonosz.

– Musisz mi powiedzieć – Arturro płonąl takim oburzeniem, że z jego mokrej koszuli unosiły się kłęby pary wodnej – musisz mi wyznać prawdę o Manuelli. Czy naprawdę pracowała dla ciebie? –

Matka Rikarrda zaniosła się chrypliwym śmiechem – Och, taaak, ta gołąbeczka była barrrdzo sprrawna. Zwinne rączki, a główka pełna pomysłów, ha, ha –

– Kłamiesz wiedźmo! – Arturro zerwał się na równe nogi, co było o tyle trudne, że jeszcze nie zdążył usiąść – moja słodka, niewinna ukochana? Nigdy nie postawiła nogi w tym przybytku wszelkiego zła –

– Oj tak – zarechotała radośnie Matka Rikarrda – postawiła tu nie tylko nóżkę. I to nie jedną. Dzięki jej wyrobom zarobiłam niezłą fortunę  –

Arturro zamienił się w znak zrozpaczonego zapytania, czyli figurę trudną nie tylko stylistycznie.

– Robione przez nią koronkowe stringi i biustonosze barrdzo podniosły cenę moich tancereczek – Matka Rikarrda sprawnym ruchem akwizytora odkurzaczy podsunęła mu pod nos kolorowe zdjęcia. A na nich Sodomia i Gomoria, pracownice Matki Rikarrda, prezentowały na scenie swe obłe wdzięki przyodziane tylko w  skąpe fragmenty koronki. Arturro mimochodem zauważył wśród kłębiących się wokół sceny mężczyzn burmistrza, swojego fryzjera i sekretarza generalnego NATO, ale jego wzrok przykuły elementy bielizny, w których nieomylnie rozpoznał rękodzieło swej najdroższej Manuelli.

– A więc to tak….- powiedział powoli, usiłując zdusić nadzieję, rodzącą się w jego wygasłym sercu – to tylko koronki…-

– Nie tylko – Matka Rikarrda nachyliła się nad nim złowieszczo, aż jej falujące piersi rozmiaru Żuław odcięły mu dopływ powietrza – mam ci jeszcze coś do powiedzenia. Coś, co zburzy twój maly światek, chłopczyku. Nadszedł ten dzień, a raczej TEN DZIEŃ. Opowiem ci dzisiaj  o twojej matce! –

Arturro spojrzał na nią oczami królika złapanego w światła reflektorów. Czas zdawałoby się zastygł, Arturro zastygł wraz z nim, i tylko miękkie, różowe płaty piersi Matki Rikarrda falowały łagodnie na wietrze (a skąd wiatr? nie wiem, może szczury uchyliły okno?).

w następnym odcinku Arturro pozna prawdę, a prawda, jak zazwyczaj, go wyzwoli. Mam nadzieję, że mnie też.

powieść według życzeń czytelników

No dobra, skoro nalegacie:-) Sami zobaczycie, że niektóre wasze pomysły są dość przerażające i krzywdzą bogu ducha winnych bohaterów.

rozdział czwarty, czyli Arturro idzie do Matki Rikarrda

Arturro był przygnębiony. Cierpiący na duszy i lekko rozczarowany. Machinalnym ruchem starł dywanik owadów, które przywarły do jego wciąż klejącego się torsu i ruszył przed siebie, nie wiedząc gdzie i dokąd zmierza, a jego głowie kołatały się przejmujące wersy: „Odarłaś serce z kwiatów i oplotłaś w żmiję. Ha, drżyj, nieszczęsna, ja cię tym mieczem przebiję”..

– Gdzie leziesz, baranie! – huknął nagle Polski Patriota, który stojąc przed sklepem monopolowym, przejawiał tendencje izolacjonistyczne, prezentując dumnie biało czerwone skarpety Adidas na włochatych łydkach (dzięki, Brezly). Arturro zażenowany i przerażony tym przejawem nieadekwatnej agresji słownej wąsatego imigranta, uskoczył gwałtownie w bok. Niestety, okazało się , że prosto w gąszcz kopalnych sztucznych paproci, rosnących na skraju drogi, które nie wiadomo dlaczego drgały rytmicznie w regularnych trzydziesto pięcio sekundowych odstępach (lo-ko, Julka – to przez was!). Arturro z ogromnym wysiłkiem zdołał oderwać się od zakurzonych liści, konstatując jednocześnie, że nie musi się już w tym tygodniu umawiać na woskowanie przepony i okolic. – Ach – pomyślał z nagłą melancholią – nawet ustawienie przetargu na budowę schroniska dla tukanów nie sprawia mi już radości..(bez szczegółow, zakładko, błagam). A tak wiele pracy włożyłem w sfałszowanie badań sejsmograficznych.Przecież musiałem nawet umówić się z Alfredem z komisji na kolację ze śniadaniem, a on ma takie popękane pięty… (oj, tańczącawdeszczu, nie wiem, czy Arturro ci to wybaczy).  Pogrążony w tych ponurych rozmyślaniach dotarł wreszcie na przedmieścia, gdzie w małym domku z wielkim czerwonym neonem („Wesołe ślicznotki. Tylko dla dorosłych”. „Nie akceptujemy kart kredytowych”) mieszkała Matka Rikarrda.

Arturro zastukał….

I poczeka pod tymi drzwiami w cholerę do jutra, bo dzisiaj nie mam już dla niego czasu. Mam nadzieję, ze nie będzie padać. Zresztą, może by mu się przydała kąpiel, a więc…

Lunął ulewny, tropikalny deszcz…

odcinek 3

Na usilne prośby czytelników (czyli męża) kontynuuję powieść wakacyjną. Osoby zaniepokojone i znudzone pocieszam, że postaram się zamknąć w 4 odcinkach (po prostu w następnym wysadzę wszystko w powietrze). Osoby jakże słusznie zdegustowane gatunkiem i poziomem prezentowanej tu twórczości informuję, iż ma ona walor terapetyczny dla autorki i jest niezbędna dla zachowania jej zdrowia psychicznego. Trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać.

rozdział trzeci – Manuella wyjawia strraszne  tajemnice

– Nareszcie – wymruczał Arturro, całując czubki palców swej uwielbianej Manuelli – narreszcie możemy być razem. Teraz, kiedy Lilianna odeszła do Rikarrda, nic nas nie rozdzieli –

-Arturro, och, Arturro – szepnęła Manuella, i płonąc dziewiczym rumieńcem wtuliła twarz w jego starannie wydepilowaną pierś – Arturro, ty…ty się strasznie kleisz! – jęknęła, próbując odkleić policzek od torsu Arturra, faktycznie pokrytego kleistą mazią.

– Ach, nic to, ukochana, nic to – Arturro lekceważąco machnął swą wypielęgnowaną dłonią – to tylko Rikarrdo znów usiłował przeprowadzić swój zbrodniczy plan –

– Ale jaki? – szepnęła zdumiona Manuella, której nareszcie udało odkleić się od ukochanego – próbował zasmarkać cię na śmierć?-

– Nie, to wydzielina jadowitych ślimaków wenezuelskich. Rikarrdo poszczuł je na mnie w nadziei na mą rychłą śmierć. Zapomniał jednak, że próbował już tego, gdy byliśmy dziećmi, i teraz jestem już uodporniony na ten straszliwy jad. Ale teraz, najdrroższa, teraz już na zawsze możemy być razem. Poślubię cię, Manuello, nie zważając na to, że jesteś sierotą z nizin społecznych, że nie masz grosza przy duszy, że nie robisz depilacji brazylijskiej i że ma rodzina będzie tobą pogardzać. Poślubię cię!- Arturro z rozpłomienionym wzrokiem wpatrywał się w cudną Manuellę, która blada i zalękniona stała przed nim, nie wykazując radości.

– Najdroższy – powiedziała cicho – skoro chcesz mnie poślubić, nie mogą między nami stać niewyjaśnione tajemnice. Muszę zdradzić ci tajemnicę mojego nieszczęsnego życia. Otóż jestem córką hrabiny Esmeraldy herbu Ciołek –

Arturro zachmurzył na chwilę czoło, po czym rzekł pocieszająco – nic to, maleńka, wciąż jesteś nieślubnym dzieckiem –

– Niestety, jestem córką hrabiny i diuka Van der Microsofta, którzy wzięli potajemnie ślub, zanim się urodziłam –

– Ależ oni żyją! Więc nie jesteś sierotą?! A gdy twoi rodzice umrą….-

– Tak, ukochany, wtedy odziedziczę tytuł, pałac w Acapulco i majątek równy zadłużeniu trzeciego świata…- wyjęczała zgnębiona Manuella.

Arturro zaszokowany wpatrywał się w kobietę, która ukryła tak haniebne fakty ze swojego życia – Cóż jeszcze – rzekł gorzko – cóż ukrywasz przede mną?-

– Kołdry wysyłane do Afryki odliczam sobie od podatku. A eskimoskich dzieci nie cierpię, bo śmierdzą rybą. Ach, i jeszcze jedno…- Manuella zawiesiła głos, szukając zrozumienia u mężczyzny, który tak ją ponoć kochał – kiedyś pracowałam dla matki Rikarrda…-

Arturro stanął jak sparaliżowany, gdy straszliwa prawda zapuściła macki do jego oszalałego z żalu umysłu. – Dla matki Ricarrda? – wyszeptał. I odszedł, odszedł w dodatku w siną dal, która nie rokowała powrotu. Manuella usiadła przy krosnach i zapłakała gorzko. Wiedziała, że to się tak skończy.

PS. Niewystarczająco zaszokowanych tajemnicą Manuelli odsyłam do spisu osób w odcinku pierwszym, gdzie znajduje się informacja o zawodzie matki Rikarrda.

PS 2 obawiam się, że ciąg dalszy nastąpi, ale będzie litościwie krótki

powieści ciąg dalszy

Jak widać, czuję silny związek emocjonalny z aktualnym projektem. Niestety już tak mam: redagując sitcom, przestałam opowiadać dowcipy, bo raził mnie brak śmiechu z offu, a kiedy pracowałam nad serialem medycznym, udało mi się zdiagnozować minimum sześć jednostek chorobowych, często śmiertelnych, u każdego członka rodziny. A teraz jestem otwarta na emocje:-)

rozdział drugi: Lilianna rozmawia z Rikarrdem (ostrzegam, to najmocniejsza scena erotyczna od czasów „Tanga w Paryżu”, czytajcie ukradkiem)

– Drroga Lilianno – powiedział Rikarrdo, patrząc łakomie na kobietę, której pożądał skrycie od czasów, kiedy jego zarost na piersiach można było policzyć – przyjaciółko, cóż cię do mnie sprowadza? –

– Ach, Rikarrdo, nie mogę znieść już dłużej obojętności Arturra! – wybuchnęła płaczem Lilianna, mnąc w ręku rąbek sukni z najnowszej kolekcji Donny Karan.

– Nie rozumiem go – wymruczał Rikarrdo, gasząc cygaro i odkładając opróżniony sześciopak piwa – mając taki skarb w ręku, ugania się za tym…wróblem –

Rikarrdo zerwał się tak sprężyście z kanapy, na  ile pozwalały mu obcisłe skórzane spodnie, i podszedł do Lilianny.

-Czego ode mnie chcesz, kobietto – nachylił się nad nią tak, że poczuła zapach przetrawionych czipsów, piwa i sześciodniowego świeżego potu. Wzdrygnęła się z nagłego pożądania.

– Pomóż mi proszę – szepnęła głosem stłumionym przez bujne owłosienie jego klatki piersiowej – pomóż mi go go odzyskać –

Rikarrdo zmiażdżył ją w uścisku. – Jego mięśnie grają jak organy w oliwskiej katedrze – pomyślała zdjęta podziwem Lilianna – no, a jego organy…-

po trzydziestu pięciu sekundach:

Lilianna przygładziła blond loki i pomiętą nieco suknię. Rikarrdo rozparty znów na kanapie z samczym uśmiechem zadowolenia ćmił cygaro.

– Teraz – powiedział głosem pełnym satysfakcji – teraz możemy porrozmawiać. Więc chcesz odzyskać Arturra? A nie wolałabyś go ukarać za to, co ci zrobił, gołąbeczko? –

– Och, czyżbyś miał kolejny zbrodniczy plan? – Lilianna otworzyła szeroko  oczy, pokryte finezyjnym makijażem w stylu lat osiemdziesiątych.

– Tak, oooo, tak – Rikarrdo wybuchnął śmiechem tak złowieszczym, że muchy pełzające po wczorajszej pizzy natychmiast zdechły z przerażenia, dołaczając do rosnącego stosu martwych owadów na stole. – Mam plan –

Lilianna wybiegła przerażona, lecz złowieszczy chichot Rikarrda towarzyszył jej aż do salonu kosmetycznego, gdzie była umówiona na okłady z mleka peruwiańskich ciężarnych lam.

jeśli podniosę się po tej wyczerpującej scenie, ciąg dalszy nastąpi…