co robi zakonnica

Jedziemy sobie z Lolą samochodem, późno, ciemno, sennie. Mimo tego Loli buzia się nie zamyka. Po pół godzinie jazdy już wiem, że Ala czasem oszukuje panią, że obiady na stołówce są ohydne, że już pięć koleżanek ma kolczyki i żebym wreszcie przekłuła jej uszy, że „Bardzo Mądrze mamo zrobiłaś, że dałaś mi dziś książkę do religii, bo się przydała jak nie wiem co”.

A! To ciekawe. – A czy macie lekcje z tą samą panią, co w zerówce? – pytam żywo zainteresowana odpowiedzią, bo pani katechetka, która uczyła Lolę w przedszkolu i zerówce, była moim ukrytym wrogiem pedagogicznym numer jeden. Gdzieś sobie nawet skrupulatnie odnotowywałam mądrości, jakich moja córka dowiadywała się na jej zajęciach z myślą, że kiedyś mi się przeleje i zrobię babie awanturę, mimo głębokiego przywiązania Loli do religii. Chcecie przykładów? Lola w przedszkolu miała dzięki jej zajęciom klasyczną obsesję na temat śmierci: A wiesz, że kiedy umrę, to będzie ze mnie taki piękny, mały aniołek? Tak powiedziała pani. Mamusiu, chciałabym już nie żyć, żeby zobaczyć wreszcie pana Jezusa. Tak powiedziała pani. Misiek, nie mów tak! Nie wiesz, że takie słowa przygniatają Jezusa do krzyża? Tak powiedziała pani. A pani zadawała nam dzisiaj zagadki – co powinni zrobić rodzice, kiedy ich dziecko jest bardzo chore? A. iść do lekarza B. modlić się (zgadnijcie, która odpowiedź okazała się prawidłowa).

Uczciwie przyznaję, że większość jadu, który wylewam na blogu, ma związek z tą panią. Ale hurra, chyba już koniec moich stresów! Lola odpowiada: -Nie, na szczęście nie, bo tamta pani strasznie na nas krzyczała (szkoda, że mała nie powiedziała mi tego jakby ciut wcześniej, zamiast zalewać mnie pseudomądrościami). – Teraz uczy nas siostra zakonna. A wiesz, mamo – Lola jest niesłychanie podekscytowana – wiesz, że ta siostra robi tylko dwie rzeczy w życiu? No, oczywiście – dodaje sumiennie po namyśle – oczywiście chyba jeszcze śpi i je. Ale poza tym, mamo, to ona tylko uczy dzieci i się modli. Niesamowite, no nie, mamo? –

– Mnie to się wydaje potwornie nudne – przyznaję uczciwie – ale może ją to bawi –

– Na pewno, mamo, na pewno. Ale te siostry – wzdycha Lola z zawiścią – ależ one mają czaderskie życie –

Zaczynam się bać:-)

deszczowy poniedziałek

Poniedziałek. Deszcz. Pada od rana. Półtorej godziny w korku. Po pierwszej kawie otworzyłam lewe oko. Piję trzecią – powoli udaje mi sie otworzyć prawe. Mózg – chyba gdzieś go miałam…zaraz, jest – chyba nienaruszony? Tylko trochę mi się zwoje poprostowały. W przeciwieństwie do włosów, która chaotycznie zwijają mi we wszystkie strony. Mówiłam już, że pada? I że jest poniedziałek?

Lola stoi w kaloszach i kurteczce, wielki plecak wygląda na jeszcze większy na jej chudych, kruchych pleckach.

– Uff, mamo, nie wiedziałam, że ta nauka tyle waży – jęczy, a Misiek uśmiecha się pobłażliwie. Jego „nauka” waży jakieś osiem kilo, które Misiek dźwiga sprawnie, choć bez zapału.

Biedna Lola. Generalnie drobna chudzina, dzisiaj ledwie dyszy po weekendowym ataku astmy. Poszła na nocowanie do siostry ciotecznej. Dziewiąta – siostra dzwoni: – Słuchaj, Lola upiornie kaszle. Dać jej coś? -. Zlecam telefonicznie Zyrtec i idę się kąpać. Dziesiąta – siostra dzwoni, lekko spanikowana: – Nie wiem, co robić, ale ona jest prawie sina i się dusi –

Super – mam mokre włosy, na dworze 10 stopni. Mąż dostaje misję specjalną i jedzie ratować Lolkę z pakietem leków (albo zabrać ją do domu, w zależności od stanu delikwentki). Pięć minut później dzwoni siostra, tym razem mocno skruszona – Kurczę, strasznie cię przepraszam, na śmierć zapomniałam, że ona ma alergię na pierze. Bałam się, że zmarznie i dałam jej puchową kołdrę- . Lola podratowana swoimi specyfikami, pod syntetyczną kołdrą, została w końcu na noc u kuzynki, ale wczoraj była blada, niemrawa i generalnie nie do życia. No i bez przerwy kaszle – znowu będę miała przerąbane u nauczycielki.

W taki dzień jak dziś zadaję sobie pytanie – co ja tu jeszcze robię? Dlaczego właściwie nie siedzę gdzieś pod palmą z różowym drinkiem w dłoni, wachlowana przez umięśnionego tubylca?  Czy naprawdę moje poczucie odpowiedzialności za potomstwo i dom jest tak duże, że nie przewiduje możliwości ucieczki?

Pamiętacie te historyjki o facetach? Wyszedł po zapałki. Nie widziała go przez pięć lat. Teraz Zenon K. powraca na łono rodziny i żony, która stęskniona mówi: Zenuś, kanapki ci całkiem obeschły. Ale pocerowałam wszystkie twoje skarpety.

Czy są takie historyjki o kobietach?

 

witaj, szkoło

Muszę się do czegoś przyznać:jak co roku na początku września zaczynam myśleć o jakiejś miłej, przytulnej szkole z internatem, gdzie uczyłyby się moje pociechy. Tak, powiedzmy w Łebie albo Białymstoku. Odwiedzałabym je raz na dwa tygodnie, całowała w czółka i oglądała starannie wypełnione zeszyty. A na co dzień ktoś zupełnie inny zajmowałby sie zdzieraniem ich z łóżek o siódmej, pilnowaniem plecaków, lekcji i drugich śniadań, a przede wszystkim chodzeniem na zebrania….

Z niezrozumiałych powodów szkoła wywołuje u mnie natychmiastowy odruch ucieczki. Z niezrozumiałych, ponieważ uczyłam się przyzwoicie, problemów społecznych nie miałam, a jednak…za każdym razem, kiedy siadam w tych małych ławeczkach z widokiem na tablicę i biurko nauczyciela, mam ochotę podnieść rękę i wyrecytować – Psze pani, mogę do toalety? – i uciekać, uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Jak co roku zderzam się z rzeczywistością. A raczej z przejawami egzotyki w wykonaniu małej publicznej szkoły podstawowej.

Ogłoszenie na stronie internetowej szkoły: rozpoczęcie roku szkolnego: godzina ósma- msza święta, godzina dziewiąta – spotkanie na sali gimnastycznej dla wszystkich klas. OK, jedziemy na dziewiątą. Na sali kłębi się dziki tłum, ale wyłącznie osobników powyżej 10 roku życia.

-Czyżby szkoła zrezygnowała z prowadzenia klas młodszych? – pytam naiwnie jakiegoś rodzica, usiłując nie spuścić z oka Loli, która za chwilę zginie mi w tłumie.

– Przecież ksiądz mówił na mszy – oburza się na moją ignorancję rodzic – że młodsze klasy poczekają w kościele, aż starsze skończą swoje spotkanie. Nie słuchała pani? –

Fakt, nie wiedziałam, że te najbardziej istotne informacje będa podawane na mszy. Ale duch optymizmu rośnie we mnie, kiedy słyszę ekscytującą wiadomość – nasza szkoła wprowadza od tego roku lekcje etyki. Pani dyrektor szybko gasi mój entuzjazm – Ponieważ trudno będzie zebrać chętnych, lekcje będą odbywać się prawdopodobnie popołudniami, po zajęciach wszystkich klas -. Acha, już widzę, jak Misiek z zapałem siedzi w szkole, przeczekując dwa okienka, żeby załapać się na dodatkową lekcję…

Na zebraniu w klasie dowiaduję się jeszcze, że książki do religii można nabyć po mszy niedzielnej. Oraz, że szkoły nie stać jednak na szafeczki dla młodszych klas, więc dzieci będą przechowywać swoje przybory plastyczne w pudełkach. Nie dowiaduję się jednak tego, co dzisiaj okazuje się absolutnie niezbędne – czyli systemu odprowadzania dzieciaków na lekcje.

Rano odprowadzam trochę spłoszoną i onieśmieloną Lolę do szatni. Chcę ją odprowadzić też pod klasę, żeby się nie zgubiła, ale okazuje się, że na korytarz przed klasami wejść nie wolno. Panie będą wychodzić po dzieci do szatni. Suuuper – szybko przeliczam, że na małym korytarzyku przed szatniami jest teraz mniej więcej 170 sztuk małolatów. Magma, krzyk, tłum równie zagubionych rodziców powiększa zamieszanie. No, cudowna organizacja! Lola ma oczy jak spodki i kurczowo trzyma moją rękę. Słusznie, bo w tym zamieszaniu – starsi uczniowie bezpardonowo przebijają się przez tłum, żeby przedrzeć się do swoich klas – ktoś ją zaraz zdepcze. Jeszcze pięć minut, dziesięć (moje nerwy są już napięte do granic możliwości ze względu na wspomnianą fobię szkolną) i już, hurra, panie pilotują swoją trzódkę do klas.

Mam szczerą nadzieję, że dopracują ten system, bo mi psychika siądzie. Albo sceduję obowiązek odprowadzania Loli na Miśka, który jest zahartowany w szkolnych bojach i te sceny już nie robią na nim wrażenia…A na razie, cichutko oddaję się mglistym  marzeniom: mały, sympatyczny internat, mała sympatyczna szkoła…gdzieś daleko, daleko stąd………..

Nie, bez przesady, chyba bym jednak trochę tęskniła za moimi małoletnimi….

kocie mity

kot

Kot. Taki sobie zwykły felis domestica. O umaszczeniu poniekąd kompromisowym (mamo, ja chcę białego kotka! Ale ja lubię rude, zawsze marzyłam o rudym kocie! Mamo, nie słuchaj jej, najfajniejsze są czarne koty). Obalamy kocie mity:

Kot przywiązuje się do miejsca, a nie do ludzi. Akurat. Wytłumaczcie to mojej kotce, która za każdym razem, kiedy wyjeżdżamy, po prostu zwiewa z domu. Czasem pozwala się dokarmić, czasem myszę zakąsi. Ale zawsze jakimś ósmym kocim zmysłem wyczuwa nasz przyjazd. Siedzi na podjeździe, zmarnowana, wychudzona,  i czeka. Po czym przez dwa dni demonstruje mega urazę, ale pilnuje nas jak owczarek niemiecki.

Kot jest egoistą. Mój nie jest. Hojnie dzieli się upolowanymi myszami i jaszczurkami w dowolnych ilościach, co tam, myślę, że nawet Whiskasa by mi odstąpił, gdybym poprosiła.

Kot jest samowystarczalny emocjonalnie. No, pod tym względem mój jest szczeniakiem labradora. Do spania jest kanapa, ale obowiązkowo z leżącym na niej ciałem. W zimowe noce najlepszy jest materac z dziecka. I ścieśnijcie się na tej kanapie, to na pewno pomieścimy się wszyscy – ja przeciez mogę leżeć równocześnie na czterech waszych kolanach. A w ogóle przytulcie mnie wreszcie!

Kot ma dziwne poczucie humoru. No, hmm, to akurat się zgadza. Na pewno mnie nie znajdziecie! Tylko, cholera, krawacik mi widać, muszę nosić ciemniejsze stroje.

kot

 

Matka u progu

Co robi matka u progu roku szkolnego? Matka rozwiązuje zagadki logiczne.

Z Miśkiem  sprawa prosta.

– Jakich potrzebujesz zeszytów, dziecko?-

– Oj tam, jakichś niezapisanych –

Dobra. Podpisujemy zeszyty i podręczniki, wrzucamy kilka pisadeł do piórnika, strój do worka. Po dłuższych negocjacjach udaje mi się namówić nawet Miśka do przymierzenia zeszłorocznych butów sportowych, w których chodził po szkole. Zgodnie z moją rozwiniętą dedukcją nie pasują. Ale w dobie szalejącego kapitalizmu wymaga to jedynie wyprawy do sklepu. Luz.

Wymagania szkoły w zakresie klasy pierwszej są za to rozwinięte maksymalnie. Matka siedzi z kartką, zwaną potocznie „wyprawką pierwszaka” i myśli intensywnie…Na razie tylko myśli, bo  dochodzi do siebie po złożeniu miliarda podpisów. Niech klątwa skurczu kciuka spadnie na ludzi, którzy wymyślili taki idiotyczny system książek do klasy pierwszej – dziesięć książek, plus dziesięć zeszytów ćwiczeń, plus wycinanki, plus historyjki do czytania, plus (uwaga) książka do informatyki. Po jaką cholerę pierwszakom, nieznającym na razie tajników języka ojczystego podręcznik do informatyki? Nie mam pojęcia, podobnie jak nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dwie cienkie książeczki z obrazkami i kilkunastoma słowami – czyli książka do angielskiego – kosztuje 60 złotych. Za taką kasę można kupić dwie, trzy grube książki w Empiku!

Największe tajemnice kryje w sobie jednak spis potrzebnych pierwszakowi rzeczy…

– Słuchajcie, co to znaczy: papier kolorowy do kleju? – krzyczę zdesperowana do rodziny, która patrzy na mnie jak na głupią.

– No chyba taki, co można przykleić? – mówi powątpiewająco Misiek.

– Rany, każdy papier możesz przykleić, jak się uprzesz – zżymam się i na czuja wrzucam do torby najzwyczajniejszy papier kolorowy. Następna pozycja budzi jednak większe wątpliwości.

– Co to znaczy- arkusze kalki? Jakiej kalki, do licha? – dociekam przez telefon z kolejnymi matkami pierwszaków. W końcu oświeca mnie matka, której dziecko miało tę samą wychowawczynię:

– Tylko nie kupuj takiej białej kalki. Ty wiesz, że ja rok temu sprowadzałam taką przez Internet, bo nigdzie nie mogłam znaleźć?  A okazało się, że chodzi o taką fioletową –

– Po co im do licha, fioletowa kalka do kopiowania? –

– Nie mam pojęcia, dziecko nigdy mi się nie przyznało, co z nią robili –

Moja wyobraźnia podsuwa mi wizję szeregu małych kopistów, pracowicie piszących w dziesięciu egzemplarzach ulotki reklamowe, ale szybko odpędzam ten obraz, zafrapowana kolejną pozycją na liście:

– Mężu, tutaj jest napisane: kawałek gąbki. W sensie że takiej do tablicy?-

– Może szkoły nie stać na gąbkę i dzieci się zrzucają? – zastanawia się mąż

– Bez jaj, i co, tak po kawałku przynoszą? A może to gąbka do siedzenia – pod tyłek? –

– Nie, no krzesła chyba mają – mąż odrzuca od siebie myśl o tym, że jego ukochana córka spędzi rok szkolny, tkwiąc pośladkiem na kawałku gąbki.

Sprawa gąbki pozostaje na razie tajemnicą. Udało mi się jednak zdobyć większość pozycji z listy, choć nie było łatwo: podkładka pod plastelinę, koperty, sztywna koszulka (co do tej miałam wątpliwości, ale jednak uznałam, że koszulka Miśka po dwóch treningach to nie będzie to), pojemnik na wodę – nie do picia, tylko do malowania, mazak do białej tablicy (tablice w szkole są czarne, więc nie rozumiem, po co, ale kimże ja jestem, żeby podważać koncepcje edukacyjne szkoły.

Zdobycie krótkich czarnych spodenek i białej bluzeczki bez wzorków w rozmiarze na chudą siedmiolatkę wymaga poświęceń, do których nie jestem chwilowo zdolna. Chrzanię to – będzie ćwiczyć w legginsach na moją odpowiedzialność! I w ulubionej koszulce z napisem, który niesłychanie pasuje mi na te dni przed rozpoczęciem roku szkolnego:

„Nie potrzebuję świnki skarbonki. Przecież mam rodziców”

Witaj szkoło!

 

rozmowa czysto hipotetyczna

– Mamusiu, a jak poznaliście się z tatusiem? –

– Hmm, drogie dziecko, właściwie to połączył nas alkohol. Widzisz, mamusia świętowała 20 urodziny z przyjaciółkami i okazało się, że nie potrafi wydłubać korka od wina. Biegała więc z flaszką po pokojach, licząc na wsparcie. No i tatuś miał korkociąg…-

– Tatusiu, a pamiętasz, w co była ubrana mama, kiedy ją zobaczyłeś pierwszy raz? –

– Takie coś…zielone chyba, albo niebieskie. Ale krótkie (ożywienie w głosie), bo pamiętam, że się gapiłem na jej nogi –

– A co najbardziej pamiętasz, mamusiu, z pierwszego spotkania z tatą? –

– Z pierwszego to niewiele, bo przed winem piłyśmy piwo. Ale pamiętam, że następnego dnia poszłam oddać mu korkociąg. Otworzył mi drzwi kompletnie nieprzytomny, bo u nich impreza skończyła się o szóstej rano. I był ubrany (mamusi oczy zachodzą mgłą wzruszenia) w taką flanelową pidżamę w misie. Ale niekompletnie, bo tylko od góry, na dole nie miał nic…-

– A dlaczego zaczęłaś chodzić z tatusiem? –

– Wyglądał mrocznie i inteligentnie, bo nosił czarne swetry i niewiele mówił –

– Aaaa, no dobrze, ale ty, tatusiu, zakochałeś sie w mamie od pierwszego wejrzenia? –

– Miała fajne nogi. Hmmm, (zaduma na obliczu tatusia), właściwie to sam nie wiem. Lubię brunetki. No i te nogi… To co ja mówiłem? A, tak, w sumie to fajna laska z niej była (po namyśle) i niegłupia –

– A dzięki czemu wasze małżeństwo przetrwało tyle lat? –

(mętnym chórem) – (T) Nooo, dużo wyjeżdżam / (M) krzyczymy równocześnie, i dzięki temu nie słyszymy inwektyw drugiej strony/ (T) wcale nie, bo ty się od razu obrażasz, (M) i dzięki temu nie wywalam ci tego, co mi leży na wątrobie….

– Ale jednak się kochacie? –

– (T) No pewnie, że ją kocham, inaczej bym ją udusił/ (M) Ja też cię kocham, ale pamietaj, że „pomimo”, a nie „za”. No chodź tu, daj buziaka –

– Błe, musicie? Tak przy ludziach? –

W związku z siedemnastą rocznicą ślubu (za dwa dni!) muszę czym prędzej stworzyć alternatywną wersję naszego poznania się i rozwoju uczuć. Prawdziwa w żaden sposób nie nadaje się do wpisu w biblii rodzinnej ani do opowiadania dzieciom przy kominku. Jestem przerażona:-)

zdjęciowo

Przyjechaliśmy do hotelu późnym wieczorem i natychmiast polecieliśmy zobaczyć morze. Ach, pachnie…glony i słona woda. Popatrzyliśmy na wprost z zachwytem głębokiem – wooooda, dużo wody i księżyc. Popatrzyliśmy w prawo – piasek, dużo piasku i światła hoteli, potem  w lewo….i nagle, w dziwny, niewytłumaczalny sposób poczuliśmy się jak w domu:-)

krzyż

Od razu lepiej, co tam obce morza, grunt, że swojskie akcenty w pobliżu.

Hotel był taki zwykły, hotelowaty, ale miał na wyposażeniu ładny księżyc, o właśnie taki:

noc

Misiek i Lola wypełniali sobie dnie dogłębnym poznawaniem okolicznej fauny, Misiek raczej wzrokowo, Lola preferowała kontakt bezpośredni (tak, wzrok was nie myli, ona naprawdę dotyka meduzy, błeeee):

Misiek

Lola

Brzucha męża jest nieodłączną i płasko przylegającą do męża częścią, więc nie znalazłam zdjęcia, na którym występują oddzielnie:-) znalazłam za to mój własny, ale  jakoś ja i mój brzuch razem nie tworzymy takiej harmonijnej całości, więc umówmy się, że jak już opanuję tajniki fotoszopa i fotomontażu, wkleję swoje zdjęcie. Tylko nie zdziwcie się, że będę miała tatuaż na ramieniu dokładnie w tym samym miejscu co Angelina Jolie:-)

Bułgarzy mają swoiste, nieco nekrofilskie poczucie humoru:

ryba

 Ale mogę im to wybaczyć, przynajmniej niektórym z nich:

mięśniak

Był bossski – zrobił w takiej pozycji ze czterdzieści pompek:-)

To na razie tyle, bo praca mnie wzywa.

rozliczenie urlopowe

Się zebrałam w sobie i donoszę, że w przerwach między słabościami ciała udało mi się wypełnić większośc punktów programu urlopowego.

Lola cierpi na deficyt naszej uwagi. Najwyraźniej potrzebuje go w ilości większej niż standardowa, bo przez ten tydzień była słodka jak anioł. Ale: tulona, całowana, głaskana, bez przerwy przy nodze jak szczeniak. Zaskoczyło mnie to, że znienacka odkryli się nawzajem z tatusiem. Mąż preferuje na co dzień rozrywki z Miśkiem, bo chłopaki świetnie się razem bawią – szachy, piłka, meczyk w TV, a Lola jednak orbituje trochę z boku. Na urlopie mąż zauważył nagle, że ma fajną córkę, która bez słowa skargi maszeruje z nim kilometrami brzegiem morza, uwielbia nurkować i zadaje sensowne pytania. W cieple ojcowskiej uwagi Lola rozkwitła jak pączek, do tego stopnia, że wczoraj udało się jej coś niesłychanego. Tatuś nauczył ją jeździć na rowerze, o czym z matczyną dumą donoszę. Tak, wiem, że w tym wieku to żadna sensacja, ale z punktu widzenia Lolki to wydarzenie na skalę pierwszego kroku na księżycu. Strasznie się wstydziła, że nie umie jeszcze jeździć na dwóch kółkach, a teraz pławi się w nowo odkrytym poczuciu samozadowolenia. Które, mam nadzieję, wystarczy jej na jakiś czas, bo znowu zaczyna się harówka i boję się, ze trochę ją zaniedbamy.

Obawiam się, że pochłonięta dolegliwościami pokarmowymi i dziećmi nie poświęciłam kwestii męża wystarczająco dużo uwagi. Ale jednak zarejestrowałam mimochodem, że mój czterdziestokilkuletni mąż wciąż jest przystojnym, niebieskookim facetem z płaskim brzuchem i seksowną opalenizną i zamierzam uważniej przyjrzeć się tym walorom w najbliższym czasie:-)

Mój umysł zresetował się cudownie przy pomocy książek Mendozy ( „Brak wiadomosci od Gurba” – prześmieszne) i dodatku do Polityki – Omnibusa – mega pakietu łamańców umysłowych. Codziennie przebijaliśmy się przez nie rodzinnie i indywidualnie na zmianę, aż nam mózgi z wysiłku parowały, a oczy zachodziły mgłą:-) Okazało się, że jednostkowo moze niekoniecznie, ale razem radzimy sobie bardzo dobrze, całkiem jak pszczoły albo mrówki robotnice – taki umysł zbiorowy. Jak widać, rodzina to potęga…

A zdjęć nie mam. Siedzą w aparacie i czekają na wrzucenie. I nie mogę się doczekać, bo strasznie chcę wam coś pokazać:-) Może jutro?

Zimny kisiel truskawkowy

Raaany, mam wrażenie, że zapadłam w niebyt kompletny. Bo nawet jak nie piszę, to czytam. A jak czytam, to wiem, co się dzieje. A teraz tyle dni bez was i czułam już malutki syndrom odstawienia od Bloxa. Koniec tego – wracam. Czytam i kontroluję, co u kogo słychać. Ale mam z tego frajdę – chyba powinnam pracować jako dubler Wielkiego Brata. Niee, no bez przesady, powiedzmy – Wielkiej, Troskliwej Siostry:-)

Urlop był tak krótki, że trudno się o nim rozpisywać, ale zdjęcia wrzucę- jutro, bo dziś nie mam siły. Nie mam siły, żeby w ogóle funkcjonować. W przeddzień dopadł nas z Miśkiem mega wirus żołądkowy. Kuliliśmy się na łóżku, trzęsąc z zimna w 30 stopniowym bułgarskim upale, jedząc garściami No- spę i modląc się o szybką śmierć. Ja i tak byłam z siebie dumna – trafiałam z podziwu godną precyzją w stosowne urządzenia, ale Miśkowi udało się malowniczo i z rozmachem pojechać haftem po całej łazience hotelowej, co specjalnie nie zmieniło jej wyglądu na gorsze (to nie był dobry hotel:-)). Wyobrażacie sobie nasz powrót- półtorej godziny w autokarze na zakrętach i lot samolotem? Na lotnisku, pełnym brązowym ciał, wyróżnialiśmy się nietypowym, zielonkawym odcieniem opalenizny. Misiek modlił się do foliowej torebki, a mnie przed natychmiastowym zgonem ratowała jedynie wizualizacja – kubek zimnego, półpłynnego kisielu instant o intensywnym sztucznym zapachu truskawek i kawałki kwaśnego zielonego jabłka. Nie mam wprawdzie pojęcia dlaczego, ale to działało. Moja opiekuńcza córka obserwowała mnie czujnie i kiedy widziała, że znowu zielenieję, poklepywała mnie troskliwie łapką i szeptała – pamiętaj, mamusiu, kisiel truskawkowy i zielone jabłka…-

Chyba w życiu tak się nie cieszyłam, wracając do domu! Który definitywnie wygrywa urodą i komfortem z jakimkolwiek hotelem – po cholerę ja stąd wyjeżdżałam? A tak, zapomniałam, odpoczywałam od Manueli…

Ale tak na wszelki wypadek, gdyby was podkusiło jechać gdzieś w obce kraje i spożywać posiłki niegodne tego miana: Dobra Rada Wielkiej Troskliwej Siostry – na mdłości i wymioty – kisiel truskawkowy z proszku i zielone jabłka. Nie zażywać! Po prostu sobie wybrażać…

spadam stąd

Czuj czuj, czuwaj! Druhna Asia wyrusza w świat. Niezbyt daleki, bo do Bułgarii. Niezbyt szeroki, bo, jak znam życie, w promieniu 5 kilometrów od hotelu. Wyrusza jednak dziarsko, dzierżąc u szyi uwieszonego ukochanego małżonka, a u rąk obydwu małoletnich w kąpielówkach. Do zabrania: Aparat, klapki i coś na ból głowy. Spray do odganiania niemieckich emerytów z leżaków przy basenie. Czapka niewidka, żeby się schować przed własnymi dziećmi, peleryna Harrego Pottera, żeby schować swe wątpliwe wdzięki przed widokiem publicznym (no dobra, niech będzie pareo).

Udało mi się. Po złożeniu uroczystej przysięgi przed szefową, że Manueli włos z głowy nie spadnie podczas mojej nieobecności. Po uzyskaniu równie uroczystej przysięgi, że producent mojego ukochanego serialu, przy którym dłubię od półtora roku, nie przewróci mi znowu odcinka do góry nogami, przyprawiając mnie o apopleksję. Po wyżebraniu od rodziców obietnicy, że kotka nie padnie z głodu, a kwiatki z pragnienia.

I po co te całe zabiegi? Po to, żeby tydzień pomoczyć tyłek w obcym morzu i połazić po piachu.  Lekko frustrujące, nie sądzicie? A gadania i nadrabiania tyle, jakbym wyruszała na dwumiesięczny rejs do źródeł Amazonki.

Plany mam nieskomplikowane:

1 odkryć, co się dzieje z Lolą. A dzieje się coś niedobrego, sądząc po jej ostatnich wystąpieniach ( jestem głupia! zabiję się! nie mogę tego zjeść, bo się odchudzam! – wszystko bez racjonalnego powodu podane przez chudą, otoczoną miłością rodzinną siedmiolatkę). Wstępna diagnoza – skłonność do dramatyzowania i chęć zwrócenia na siebie uwagi, ale pacjent musi zostać poddany obserwacji.

2. patrzeć czule w oczy (niebieskie) męża, tak, jakby te ostatnie siedemnaście lat małżeństwa było tylko miesiącami. Bo z praktycznego punktu widzenia najwygodniej zakochać się we własnym mężu – dużo mniej komplikacji, a satysfakcja gwarantowana.

3. odreagować Manuelę – wybieram się dziś do Empiku na poszukiwanie książki o dużym ładunku dystansu do świata i satyrycznego humoru.

4. Być. W sposób bierny, nieskomplikowany  i przyjazny dla świata.

Przyjaźnie, łagodnie, niezbyt aktywnie pozdrawiam:-)