Medytacje

Moja przyjaciółka, z którą się ostatnio regenerowałam, jest niesłychanie radosną, rzekłabym nawet promienną osobą. Pomimo dość skomplikowanego życia osobistego udaje jej się zachowywać niezmąconą pogodę ducha. Bardzo zainspirował mnie jej przepis na taki stan psychiczny – moja przyjaciółka mianowicie medytuje. Nie w sensie medytowania, co dziś na obiad, albo gdzie jest druga skarpeta dziecka, ale w takim całkowicie dosłownym znaczeniu.

Ponieważ, co tu kryć, mój stan ducha nieco odbiega od buddyjskiej równowagi , postanowiłam spróbować. Zgodnie z instrukcją, żeby nie było…

Dobra, co by tu…acha. Wygodny dres, koc, podłoga. Kladziemy się, zamykamy oczy. I..poowoli rozluźniamy wszytkie mięśnie. Noga…druga…rany, ścierpła mi łydka od tego leżenia..kolano..auć, plecy mnie bolą, rozluźniamy plecy…co by tu jeszcze rozluźnić…

– Mamo – wydarła mi się Lolka do ucha – co robisz? –

– Medytuję, dziecko – wymamrotałam półgębkiem starając się rozluźnić rękę, co było trudne, bo Lola na niej siedziała.

– To ja z tobą! – sapnęłam ciężko, kiedy Entuzjastycznie Nastawiony Medytant rozłożył mi się na żołądku – Ale fajnie się z tobą medytuje – zaszczebiotała Lola, radośnie kiwając nogą.

– Hej, ja też chcę – pozazdrościł Starszy Medytant i oderwał się od komputera – złaź z mamy, Lola! –

Ponieważ zgodnie z przewidywaniami, Medytanci w ciągu trzech minut się pobili, ewakuowałam się na z góry upatrzone pozycje. Wlokłam za sobą rozluźnione kończyny dolne i nierozluźnione kończyny górne, co powodowało dość bolesną dysharmonię ruchów.

Dobra, again, podłoga, koc, leżymy, rozluźniamy. Bosko. Teraz powoli opróżniamy umysł…czy ja wyrzuciłam śmieci? rany, na śmierć zapomniałam, że trzeba wystawić makulaturę…opróżniamy, przestajemy myśleć….trzeba umówić Lolę do alergologa..uwiera mnie zapięcie od biustonosza…chyba muszę zejść i ich uciszyć….czemu znowu pada, nawet nie mogę zgrabić liści…o matko! Liście dla Loli na jutro…

Podrywam się, nieco połamana – Lola!!! Idź do ogródka, zbierz liście do szkoły! Misiek, pomóż jej, tylko się nie pobijcie!!!-

Kładę się z powrotem. Ok, może teraz szybciej, bo muszę kolację robić: rozluźniamy się, relaksujemy, opróżniamy umysł…Ok, już prawie o niczym  nie myślę…no dobra, jednak myślę…nie myślę….

– Mamo!! – budzi mnie szarpanie za rękaw – długo jeszcze będziesz medytować? Bo głodni jesteśmy –

Do licha, zaczynam szczerze podziwiać moją przyjaciółkę.  To wcale nie jest takie łatwe, jakby się wydawało. W dodatku plecy mnie bolą.

ślimaczki

Nie, no muszę publicznie zaprotestować. Przeciwko szkolnej logice matematycznej. Oglądam wczoraj pracę domową Loli i widzę, że coś ma pokreślone i minus jakiś. No wiecie, matka dorywcza w takim momencie ma rzut emocjonalny, że się rozwojem dziecka nie zajmuje i takie efekty. Studiuję więc z zainteresowaniem zadanie.

Zadanie wygląda tak: jest narysowany ślimaczek, taki, powiedzmy, ślimaczek instruktażowy, w pustej liniii z miejscem na kolejne. Polecenie brzmi dokładnie tak: narysuj pięć takich ślimaczków.

No i teraz zagadka: ile rysujecie ślimaczków?

Lola narysowała pięć, zgodnie z poleceniem, ostatni został skreślony przez panią z uwagą, że jest o jednego ślimaczka za dużo.

Hę? Poinformowałam moją córkę, że polecenie zrozumiała i wypełniła prawidłowo. Gdyby polecenie brzmiało: narysuj tyle ślimaczków, żeby było ich pięć w rzędzie, pani miałaby rację, skreślając ostatniego. A tak, to nie ma. I już. Lola lekko zgłupiała, no bo przecież pani powiedziała…a mama teraz mówi…

Przez chwilę włączył mi się tryb „matka bojowa”, ale przecież nie pójdę robić afery o ślimaczki. Mimo wszystko  czuję pewną irytację. Bo bardzo nie lubię podważać autorytetu nauczyciela. W końcu młoda musi na czymś bazować przez te lata. A takie bzdury spowodują, że przestanie wierzyć swojej pani. I to jest niefajne, bo dla takich maluchów jednak pani i jej zdanie jest bardzo ważne. Iść do pani? Olać?

No dobra, niech będzie..lubię

Mam zakwasy i zachrypłam. Było fantastycznie. Trochę piłyśmy, dużo się śmiałyśmy i potwornie dużo gadałyśmy. Nie pamiętam już, kiedy zrobiłam coś tak bardzo i wyłącznie dla siebie, bez nieustannego pamiętania o odpowiedzialności, rodzinie i obowiązkach. Zniknęły mi co najmniej cztery zmarszczki:-) Najważniejsze, że Ania jest wciąż zdecydowanie moją Anią i nawet nie potrafię poczuć odrobiny irytacji, że wygląda dokładnie tak, jak w wieku 17 lat:-)

Zrelaksowana mogę pomyśleć wreszcie o zabawie, w którą wciągnęła mnie Mamrotka, mój prywatny mistrz ciętej autoironii. W końcu mistrzowi się nie odmawia…

Na szczęście jest wiele rzeczy, które lubię, mam tylko kłopot z gradacją ważności, więc będzie bez gradacji:

1. Lubię wiosnę. Zaczynam ożywiać sie w okolicach kwietnia i do końca czerwca tkwię w stanie euforii, bez przerwy łażę po lesie, wącham, dotykam i czołgam się po ogródku, w upojeniu gmerając w mokrej ziemi.

2. Kisiel. Truskawkowy, ciepły, w dużym kubku,  jest dla mnie żywieniowym odpowiednikiem koca i przytulanki.

3. Lubię niezamierzenie złą literaturę – polskie kryminały z epoki głębokiego komunizmu, powieści dla młodzieży z tamtych lat typu książki Paukszty, kulawe horrory wywołujące w czytelniku chichot zażenowania i romase historyczne nasycone fascynującymi detalami odzieżowymi (te wszystkie mitenki, toczki, mufki i krynoliny). Beletrystyczny odpowiednik kisielu:-)

4. Lubię Moją Świętą Godzinę. Wywalczaną kłami i pazurami od zaborczej rodziny. Moja Święta Godzina zaczyna się przed 22 (i rzadko trwa aż godzinę), kiedy zapędzam małolatów do łóżka i grożę najstraszliwszymi konsekwencjami w rodzaju odcięcia języka za zakłócenie mi spokoju. Czynniki składowe: kanapa, koc, bardzo puchata poduszka, wielki kubek gorzkich ziółek, wafelek, stosik książek i gazet. Przerwanie Mojej Godziny przez męża (nieuzasadnione żądania konwersacji) albo dzieci (mamo, pić), skutkuje irytacją na granicy wybuchu.

5. No właśnie – lubię gorzkie ziółka. Przeznaczenie lecznicze jest mi obojętne – nieważne, czy są na cellulit czy na prostatę, grunt, żeby były gorzkie i gorące. To już jest moje drobne kulinarne zboczenie, ale co tam, przyznam się:-)

6. Mój dom. Jest dla mnie bazą, początkiem i końcem podróży. Lubię momenty, kiedy jestem w nim sama, a w pokoju porusza się tylko delikatna mgiełka kurzu w promieniach słońca. Ale lubię też, kiedy wszędzie trzaskają drzwi, słychać dziecięcy śmiech, a na schodach jest pełno zabawek i ciuchów. A najbardziej lubię chwilę, kiedy wracamy z jakiegoś wyjazdu, stawiamy walizki, kot się plącze pod nogami cały szczęśliwy, a dzieci biegną do swoich pokoi odkrywać swoje skarby.

7. Lubię taką staruszkę, która chodzi po moim osiedlu wieczorem. Bardzo, bardzo starą. Codziennie, niezależnie od pogody, podpierając się na drewnianej lasce, robi 4 rundy naokoło osiedla. Jest w tym wzruszająco zdeterminowana. Zawsze mam ochotę zapytać ją, czemu to robi, dla zdrowia, czy z nudów, czy z nadmiaru energii, ale nie śmiem przerwać jej koncentracji. Puk, puk, puk – czas między stuknięciami laski wystarcza tylko na „dzień dobry”, i „ładny mamy dziś dzień”.

8. Mój samochód. Dla mnie samochód równa się wolność. Nie dlatego, że lubię odjeżdżać z rykiem tłumika w stronę zachodzącego słońca. Ale po dwóch latach na prowincji bez samochodu cenię go za niezależność i poczucie swobody. Mój samochód ma na imię Stefan:-)

9. No dobra, przyznaję – was lubię. I nie tylko za to, że piszecie ładną polszczyzną bez błędów ortograficznych, dzięki czemu mój redaktorski umysł odpoczywa:-) Głównie za te cechy, które lubię u moich „realnych” przyjaciół – poczucie humoru, dystans do siebie, ciepło i normalność.

10 zamiast punktu dziesiątego szybciutko wymienię to, czego nie lubię, bo pęknę: nie lubię ślimaków bez skorupy, fanatyzmu w jakiejkolwiek postaci, prasowania i niechlujnych scenariuszy. Uff, już mi lepiej. To skupianie się na rzeczach, które lubię, sprawiło, że poczułam się tak niezdrowo pozytywnie….

po co jadę do Gdyni

Poznałyśmy się w ogródku u mojego sąsiada, kiedy miałyśmy 9 lat. Pięć minut później poszłyśmy robić wyścigi żab. Dziesięć minut później pokochałyśmy się nad życie.

Od tej pory byłyśmy jak Flip i Flap, jak Wallace i Gromit, jak..no wiecie, o co chodzi. Łaziłyśmy na długie spacery, czytałyśmy te same książki, kochałyśmy się dla wygody w tych samych chłopakach, i bez przerwy, do upadłego mieliłyśmy ozorami. Ja  byłam roztrzepana i nieco cyniczna w sądach, ona była idealistyczna i uduchowiona.  Ona zakochiwała się rozważnie, ja skakałam z kwiatka na kwiatek. Nigdy się nie pokłóciłyśmy. Żadnych cichych dni, obmawiania przed innymi, żadnych zgrzytów.

Pod koniec liceum ona wyjechała z rodzicami do Francji. Na stałe. Czułam się tak, jakby mi ktoś wyrwał kawałek serca. Dosłownie. Albo amputował rękę. Bolało w każdym razie.

Nie miałam kasy, żeby pojechać do Francji, ona rzadko mogła przyjechać tutaj. Listy to nie jest pokarm dla przyjaźni. To raczej kroplówka, a nie pełnowartościowy posiłek. Z roku na rok powoli obumierały zakończenia nerwowe naszej przyjaźni. Listy były coraz rzadsze, ona się przeprowadziła za ocean, pojawiali się mężowie i dzieci, i nowe znajomości. Ludzka rzecz. Prawie straciłyśmy kontakt.

Nigdy później nie udało mi się nawiązać takiej przyjaźni. Zawsze było coś nie do końca tak, jak trzeba, zawsze z marginesem na wycofanie się, trochę warunkowo i w zastępstwie. A może po prostu zrobiłam się za stara na taką przyjaźń absolutną?

Teraz mieszka w Gdyni, czasowo i na chwilę, jak sójka, która z zimą odleci znów za morze.  Jadę tam jutro, regenerować zakończenia nerwowe naszej przyjaźni. Może takie operacje są możliwe? Zobaczymy. Ja w każdym razie ciągle mam wyrwaną z zeszytu kartkę, na której Ania napisała mi kawałek wiersza:

Nareszcie mam przyjaciela

Taki sam idiota jak ja

uśmiechnięty

Nie czyta gazet

O nic się nie martwi

Nie ma żadnej opinii na temat Europy….

Gdybym

Gdybym miała tak przepełniony portfel, jak mam kosz na śmieci, mogłabym kupić wszystkie stany Ameryki razem z Alaską.

Gdybym miała o tyle mniej lat, ile powinnam stracić kilogramów, seks ze mną podpadałby pod paragraf.

Gdybym miała tak pofałdowany mózg, jak mam pofałdowane koszule do pracy, wszystkie instytuty naukowe chciałby ten mózg mieć w formalinie.

Wczoraj miałam dzień kompleksów.

 W pracy wpadłam na koleżankę o rozmiarze  34, która utyskując na galopująca nadwagę, z niesmakiem rąbała główkę sałaty. Wycofałam się chyłkiem, uważając, żeby nie zahaczyć mym obłym ciałem o drzwi.

Ponieważ nie miałam już apetytu na lunch, poszłam zrobić sobie niezdrową kawę. Przy robieniu kawy wysłuchałam konwersacji dwóch koleżanek, które utyskiwały, że ich mężowie, prasując ubrania (nie swoje, koleżanek), robią zapraski na kołnierzykach. Owinęłam się szczelnie szalikiem, żeby ukryć fakt, że moja koszula nie widziała żelazka ani męża od czasów nowości.

Dobiła mnie sąsiadka, która wpadła na herbatę wieczorem i cała w skowronkach opowiedziała mi o planach na jesień: studia zaoczne, rozkręcanie własnego biznesu, treningi pływackie dla trójki dzieci w Pałacu Kultury i nowe smaki przetworów domowych. Co więcej, znam ją – ona to wszystko zrobi i jeszcze będzie miała przy tym perfekcyjnie czyste podłogi. 

Czy w takich przypadkach pomoże wizualizacja? W której, nienagannie wiotka i stylowa, w perfekcyjnie wyprasowanej koszuli, będę muskać wymanikiurowaną dłonią bukiet róż na lśniącym stole? A moje dzieci (w wyprasowanych bluzach), będa pochylać modnie ostrzyżone główki na programem fizyki dla zaawansowanych, a następnie pójdą na lekcje tenisa?

 

Czytasz ty, czytam ja…

Czytam. Nałogowo, namiętnie i instynktownie. Bez drukowanego tekstu w ręce czuję się zagubiona i niespokojna jak alkoholik na odwyku. Skąd się biorą te statystyki, że niby Polak statystycznie czyta pół książki rocznie? Myślałam o tym ostatnio, i policzyłam sobie, że na mniej więcej 50 osób rodziny i bliższych znajomych znam około 8 – 9 osób, które czytają mniej niż jedną książkę miesięcznie. Ale jeśli statystyki nie kłamią? Jeśli słusznym jest założenie, że wyrabiam normę czytelnictwa dla niewielkiego polskiego miasteczka? Czy ci, za których tę normę wyrabiam, czują jakiś brak, jakieś niesprecyzowaną myśl, że ich życie mogłoby być ciekawsze?

Moja babcia, cudowna, prawie niesłysząca  kobieta mieszkająca w małej podlubelskiej wsi, prosi o przysyłanie jej książek i gazet. I czyta, jak słowo daję, czyta. ‚Kwiatki świetego Franciszka”, i biografię papieża, i powieści romantyczne. Czyta i się tym cieszy.

Mój dwunastoletni syn wpada w czytelnicze ciągi. W takim ciągu przemieszcza się z książką w ręku, ignorując całkowicie rzeczywistość. Nie wytrącam go z jego świata, zakładając, że nic się nie stanie, jeśli przez jakiś czas poprzebywa w kosmosie, krainie fantasy czy też w innym miejscu, gdzie go zagna fabuła. Za każdym razem wraca do mnie bogatszy o nowe doświadczenia, choć przeżyte tylko wirtualnie.

Moja córka nareszcie zaczęła odkrywać coś, co próbowałam jej pokazać przez ostatnie lata. Że to, co przeczytane, jest tylko twoje – bo możesz wyobrazić sobie dowolną rzeczywistość, ukrytą w słowach. To, co na ekranie, zawsze będzie cudzym wyobrażeniem i nigdy nie będzie tak fajne, jak to, co wyprodukuje twój własny umysł.

Może jednak jest szansa. Szansa, że za jakiś czas coś się zmieni. Że „statystyczny Polak” przeczyta czasem romans, w którym ona wybacza mu podłe postępki, a on obsypuje ją kwiatami. Albo z wypiekami na twarzy będzie tropił psychopatę na ulicach Nowego Jorku. Albo popłacze się, kiedy umiera Melania z „Przeminęło z wiatrem”.

Albo, jeśli wpadnie mu w ręce „Nocarz” Magdaleny Kozak, przestanie zamartwiać się stanem polskiej polityki i zacznie rozważać, czy przypadkiem autorka nie opisała prawdy o polskich służbach specjalnych? I czy faktycznie mamy w nich ukryty oddział wampirów zwalczających nielegalny handel krwią? Mnie ta myśl porwała i zachwyciła:-) To takie odległe od nudnych doniesień z pierwszych stron gazet. I kreatywne takie, no nie?

Może zrobimy jakąś akcję podnoszenia statystyk, co? Tak łagodnie, powiedzmy, jedna książka na jesień. Co czytacie tej jesieni?

trzy rzeczy

Trzy rzeczy, których nienawidzę: katar, chore dziecko i szkolne zebrania. Wszystko naraz w ciągu trzech dni. Czy teraz moje milczenie jest zrozumiałe?

Od wtorku wypluwam z siebie płuca. Lola wtóruje mi dyszkantem i ciągnie za sobą festony chusteczek. W środę zebranie szkolne numer jeden – grupa rozsądnych rodziców sześcioklasistów pozwala mi żyć przez chwilę złudzeniem, że jest OK. Bolą tylko trzy stówy zostawione w sekretariacie na ubezpieczenia i komitet: żegnaj płaszczyku…W czwartek jestem już w malignie i rzężę. Ale przeciez pierwsze zebranie pierwszej klasy to doniosły krok edukacyjny. Półtorej godziny absurdalnych ustaleń. „Dziękujemy rodzicom, którzy w wakacje malowali klasę, żeby dzieci miały czysto” (wybaczcie, czasy czynów społecznych minęły i złe spojrzenia aktywistów nie robią na mnie wrażenia).”Proszę państwa, moje dziecko nigdy nie jada cukru pod żadną postacią. Czy możemy się umówić, żeby dzieci nie przynosiły słodyczy do szkoły?” (a Lola nie znosi pasty jajecznej, prosze o nieprzynoszenie kanapek z w/w, bo będzie jej przykro). Pani prosi o kupienie słuchawek na zajęcia komputerowe „Czytałam, że słuchawki do ucha sa niezwykle szkodliwe dla dzieci, prosze państwa, czy możemy kupić wszyscy takie nakładane?” (na litośc boską!). Udaje mi się wbić z konkretnym pytaniem: jak to się dzieje, że dzieci, które właśnie uczą się zgodnie z programem łączenia liter i sylab, zgodnie z tym samym programem muszą pisac po angielsku, i moje dziecko się zapłakuje, bo ono nie potrafi, zwłaszcza że kompletnie nie rozumie różnicy między tym co słyszy, i tym co ma napisać? Pełną zakłopotania ciszę kończy stwierdzenie pani, że za miesiąc zaprosimy anglistkę i porozmawiamy o tym. Super, czeka mnie upojny miesiąc mozolnego edukowania Loli w pisowni i gramatyce angielskiej.

Wiem, marudzę. Zawsze marudzę, jak mam katar. Katar to jedno z tych niezrozumiałych zjawisk, jak komary i ślimaki bez skorupy, które są ewidentnym przykładem na to, że ewolucja szwankuje.

Ale czasem ewolucja idzie w dobrym kierunku.

Wczoraj Lola kazała mi się schylić, po czym podniosła moją bluzkę i z namaszczeniem zaczęła się wpatrywać w moje plecy. – No, co jest? Czego tam szukasz? – spytałam zaintrygowana.

– A nic, mamo, tak tylko szukam, gdzie ty masz to trzecie oko – oznajmiła Lola ze śmiertelną powagą.

– Jakie trzecie oko? –

– Według mnie to rodzice mają na plecach takie dodatkowe oko. Bo inaczej to nie rozumiem – ciągnęła Lola – jak to się dzieje, że ty zawsze wszystko widzisz. Nawet jak coś robisz w kuchni, a ja jestem za tobą, to ty mówisz: Lola, zostaw ten talerz. A przeciez nie widzisz, że ja się bawię talerzem. To jak to jest z tym okiem? –

I to właśnie przykład prawidłowego działania ewolucji w przypadku matek…

zakochałam się

Zakochałam się. To było jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili byliśmy tylko ja i on, zawieszeni w przestrzeni czasu. Wiedziałam, że to na niego czekałam od tak dawna, i miałam wrażenie, że on też mnie rozpoznaje.

A zaczęło się tak niewinnie. Wczoraj siostra wyciągnęła mnie na zakupy jako konsultanta – wizażystę. Szukałyśmy dla niej sukienki, mozolnie przebijając się przez rzędy wieszaków. Wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Był taki piękny! Taki…seksi, a jednocześnie bardzo na luzie. Przypadkiem musnęłam jego rękaw – przeszedł mnie dreszcz. To był instynkt – przytuliłam się do niego, a on do mnie, aż zaniepokojona ekspedientka zaczęła nam się czujnie przyglądać. Siostra nie rozumiała, co się ze mną dzieje. Ja też nie rozumiałam, wiedziałam tylko jedno – on musi być mój! Nieważne, co na to powie mąż. Nieważne, co się stanie z moimi dziećmi. I wtedy…wtedy nadeszła ta potworna chwila – chwila konfrontacji z prawdziwym życiem. Rzuciłam okiem na metkę z ceną.

Aaaaaaa! No bez przesady, żaden płaszcz nie może tyle kosztować! Nawet jeśli jest cudownie miękkim, wełnianym, czarnym cudem z jedwabiście gładką podszewką. Musiałabym wziąć drugi etat w klubie go-go, sprzedać dzieci na narządy i wynieść do komisu aparat fotograficzny męża….

Wiedziałam, to byłoby zbyt piękne. Odeszłam, gładząc na pożegnanie cudownie miękki rękaw. Ekspedientka wróciła na swoje miejsce, moja siostra beztrosko odłożyła kieckę na wieszak, a moje serce cicho łkało. – Mój śliczny – szepnęłam na pożegnanie – czekaj na mnie. Wrócę w porze wyprzedaży. Wtedy będziesz mój!-

odmrażanie

Dawno dawno temu, kiedy jeszcze byłam szanującą się panią redaktor, pracującą nad prawdziwymi scenariuszami, moje rozrywki zawodowe dotyczyły najczęściej wdzięcznych idiotyzmów tekstowych: kiedy to bohaterka jednego scenariusza „szła z walizką i z wdziękiem”, a w drugim „autobus na wstecznym cofał się do tyłu”.

W mrocznej epoce telenoweli pojawiły się inne cieszące umysł rozrywki. Scenarzyści telenowel są solidnymi  rzemieślnikami, którzy profesjonalnie wykonują swoją pracę. Wprawdzie i im zdarza się trochę zagubić w twardych zasadach gatunku:

redaktor – słuchaj, musisz dopisać do tego odcinka jeszcze sto słów-

scenarzysta – ale jak to? Różnych?

redaktor – błagam, wytłumacz mi, dlaczego oni w tej scenie jedzą budyń?

scenarzysta zirytowany – muszą jeść budyń, bo kredki już zbierali – (hmmmm????)

redaktor – ja mam wrażenie, że w tym odcinku widz się może pogubić –

scenarzysta oburzony na moje wątpliwości – jak się widz pogubi, to zrobimy stopklatkę i Jacek Dmoch będzie tłumaczył wszystko ze wskaźnikiem –

Ale generalnie współpraca idzie znakomicie, do czasu kiedy okazuje się, że udało im się przez nieuwagę kogoś zamrozić. Nie w sensie zmiany stanu skupienia wody, ale czasowo. Na przykład piszemy dramatyczną scenę, kiedy Manuela wkracza do gabinetu Arturra  i oznajmia:

– Nie mogę z tym dłużej czekać. Muszę ci coś powiedzieć! –

Tu zgodnie z regułami sztuki zawieszamy scenę i gładko wrzucamy scenę następną, w której pani Basia rozważa sens swojego małżeństwa lepiąc 80 pierogów, a później scenę, kiedy Andżelika robi awanturę Ryśkowi, bo zaniedbuje ich adoptowane dzieci. Następnie, żeby nie trzymać dłużej widza w niepewności, wracamy płynnie do naszej Manueli. I co się okazuje? Że w czasie tych dwóch scen Manuella już porosłaby mchem i pajęczynami na progu gabinetu.

-Zamroziliście ich w tym gabinecie – rzucam karcąco do scenarzystów, którzy usiłują wybrnąć z mrożonki możliwie najmniejszym nakładem pracy:

– To może zacznijmy scenę tak: stoję tu od godziny. Kiedy wreszcie znajdziesz dla mnie czas?

– Albo: Jak już powtórzyłam ci tysiąc razy: nie mogę być z tobą –

– Albo: nie pokazujmy wcześniej Arturra, a teraz pokażmy, że  śpi pod biurkiem i nie słyszy –

– Albo: Arturro, mówię do ciebie i mówię, że nie mogę być z tobą –  

Na szczęście zawsze udaje nam się w miarę przytomnie wybrnąć z mrożonych bohaterów i możemy zająć się innymi zagadnieniami, na przykład rozwojem akcji:

redaktor: – dlaczego oni się nie kłócą? –

scenarzysta – bo są introwertykami –

redaktor – no, ale w ogóle nie ma między nimi konfliktów? –

scenarzysta – oni mają tylko konflikty wewnętrzne –

Żeby nie było – mam ciężką, odpowiedzialną, trudną pracę:-)

W kapciach na Marszałkowskiej

 „Nie przychodź do nas więcej,… jak byłeś ostatnio to zginęły nam pieniądze- mówi Kowalski do swojego kolegi. Chyba nie sądzisz, że to ja wam te pieniądze ukradłem ? O to cię nikt nie posądza bo pieniądze się znalazły, ale- wiesz- niesmak pozostał !!!”

Jakoś tak przypomniał mi się dowcip, który opowiadał mąż. Nie lubię zmian. Od lat mam tego samego męża, ten sam zegarek, czytam taką samą prasę. Ale wczoraj miałam moment ideologicznego zawahania nad kontynuacją tego ostatniego. Bo, jak widać, można wrzucić na bloga wpis, traktujący o uprawie buraka ćwikłowego, a jeśli tylko opatrzysz go tytułem „Co na to Kościół Katolicki?”, masz gwarantowaną pierwszą na GW.  Pamiętaj, kobieto, nigdy więcej nie wpisuj w tytule nic, co się może kojarzyć! Chyba zacznę tytułować wpisy: „kupiłam nowe buty”, „ładna jesień idzie” albo „dzisiaj środa”.

Nie jestem typem intelektualisty, raczej felietonisty. Pochylam się nad szczegółem, ogół mając głęboko w dupie. I wolno mi? No, wolno. W końcu to blog, a nie rozprawa naukowa.

Zaczęłam pisać bloga, bo przeczytałam regulamin:-) Serio. Od lat zapisywałam sobie na luźnych kartkach różne teksty, dowcipy dzieci, jakieś obserwacje. Ale jakoś brakowało mi zdyscyplinowania, żeby pisać regularnie. A tu proszę – przeczytałam, że po jakimś czasie nieuzupełniany blog jest kasowany. Super! Bat na leniwca. A potem okazało się, że to, na czym mi w ogóle nie zależało, czyli hipotetyczni czytelnicy, są najfajniejszą częścią całej zabawy. Bo wirtualna rzeczywistość jakby przyspiesza bardzo powolny u mnie proces zaprzyjaźniania się i angażowania  w czyjeś życie. No, i się wciągnęłam przyzwoicie. W przeciwieństwie do powszechnej opinii muszę zapewnić, że po Internecie krąży zadziwiająco dużo mądrych, fajnych ludzi:-) I teraz pisanie bloga jest dla mnie rodzajem może zastępczych, ale jednak, relacji interpersonalnych. Tylko w takich momentach, jak wczoraj, czuję się, jakby mnie ktoś w szlafroku i kapciach wyciągnął  na skrzyżowanie Jerozolimskich i Marszałkowskiej…

PS Sorry, wiem, ze nie odpowiadam na komentarze, ale muszę teraz pochylić się z troską nam Manuelą. Jak już przepilotuję ją przez cotygodniowe perypetie, może zdążę odpowiedzieć:-)