pozytywnie

Czy miewacie czasem takie dogłębne uczucie, że zrobiłyście coś dobrego? Takie, że możecie o sobie pomyśleć, no, coś w stylu: kurczę, ale jestem pozytywna? Mnie sie to zdarza wyjątkowo rzadko. Ale po ostatnim weekendzie czuję się miłą, odmienioną, pozytywną Asią i mam nadzieję, że to uczucie, nawet bez sztucznego podtrzymywania, potrwa jeszcze choć dzisiaj…

W sobotę zostałyśmy z Lolą same. Panowie oddalili się, aby zażywać całodniowych męskich rozrywek, które, jak sądzę, są współczesnym odpowiednikiem polowania na mamuty czy też plemiennych rytuałów przejścia w wiek męski.

Byłam tak rozpaczliwie zmęczona ostatnim tygodniem, że po raz pierwszy od dawna celowo zignorowałam piętrzące się pranie i prasowanie. Powiedziałam mojej córce, że może dowolnie dysponować moim czasem i że przez cały dzień będziemy robić to, co ona chce. W związku z tym: byłam na długim spacerze, skakałam na trampolinie, biegałam po okolicy za Lolą, która trenowała świeżo nabytą umiejętność jazdy na rowerze, owinięta w koce, z Lolą na brzuchu, czytałam do zdarcie gardła „Magicze drzewo”, tańczyłam, a pod wieczór upiekłam przy wydatnej pomocy Loli nasze ukochane „palce czarownicy”. Ciasteczka są malownicze, przepyszne, z podanej porcji wyszła nam gigantyczna ilość i świetnie się bawiłyśmy przy naklejaniu migdałowych paznokci:-) Zainteresowanym polecam ten przepis, sugerując jednocześnie zmiejszenie ilości proszku do pieczenia o połowę, bo podanej ilości mogą wyjść palce niezwykle otyłych czarownic.

Lola była tak szczęśliwa, że aż mi się wstyd zrobiło. W końcu naprawdę niewiele musiałam włożyć w to wysiłku, a moje dziecko było tak wdzięczne i zadziwione, jakbym górę przeniosła. Podbudowana i zmotywowana, postanowiłam przedłużyć bycie pozytywną aż do niedzieli. I razem z Lolą i moimi rodzicami wybrałam się do mojej babci, u której nie byłam już żenująco długo. Nawet wizyta na cmentarzu, której zazwyczaj szczerze nie znoszę, okazała się niezłą zabawą. Mój tata, podkręcony zainteresowaniem wnuczki, snuł nam przy rodzinnych grobach historie, których Lola słuchała z wypiekami na buzi: o prapradziadku, który miał szesnaścioro dzieci, o jednej takiej cioci, co ją zamordowali, i o małej siostrzyczce dziadka, która umarła w czasie wojny. Zahipnotyzowana tymi historiami u babci moja córka zachowywała się nad podziw pozytywnie, dawała się bez oporów ściskać i całować, ale po obiedzie wyciągnęła mnie na spacer – tylko musimy same iść, mamusiu – podkreśliła.

Dopiero na spacerze dała upust dręczącym ją wątpliwościom:

– Chciałam iść tylko z tobą, bo muszę ci zadać kilka pytań – oświadczyła z namaszczeniem i od razu nabrała tchu:

– Po pierwsze: dlaczego twoja babcia ma wąsy? Po drugie: czy ona zawsze była taka mała?  Po trzecie: czy ona naprawdę nie słyszy? Przecież ma takie duże uszy…? – zakończyła ze szczerym niedowierzaniem, a ja wiedziałam, że kiedy wybuchnę śmiechem, to zrujnuję zaufanie mojego dziecka. To była najdłuższa chwila w moim życiu, kiedy nieumiejętnie próbowałam zamaskować duszący mnie chichot pokasływaniem:-).

Odpowiedziałam. Wyczerpująco. A co? W końcu wciąż miałam dzień Pozytywnej Matki. A także Wnuczki. Moja babcia, nieświadoma zainteresowania, jakie wzbudziła, była naprawdę szczęśliwa z powodu odwiedzin, i odmówiła za nas co najmniej pięć zdrowasiek, więc bezpiecznie i szybko dotarliśmy do domu:-). Nawet Lola z, mam nadzieję,  mimowolnym czarnym humorem, doceniła wartość tej wizyty:

– Czy wiesz, mamo – Lola najwyraźniej mozolnie sobie coś w głowie przeliczała – że to moja ostatnia prababcia? Musimy ją odwiedzać, zanim się nie wyczerpie –

życie celebryty

Przyznam się do czegoś, chociaż zdaję sobie sprawę, że mogę stracić dobre imię, bo to tak jakby przyznała się, no nie wiem, do grzybicy stóp, na przykład. Czytuję mianowicie czasem pisemka plotkarskie. Zazwyczaj wprawdzie tylko u fryzjera i w poczekalni u dentysty, ale wczoraj kupiłam jedno osobiście…Z głębi serca proszę o wybaczenie intelektualistów i osoby o dobrym smaku…Ponieważ przeczytałam je w całości, co więcej, niemal z wypiekami na twarzy. Przeczytałam, że aktorka Szejbal jest szczęśliwa w macierzyństwie, a piosenkarka Górniak się przeprowadza. I że aktor Szyc przytył.

Wszystkie te wiadomości wprawiły mnie w stan przyjemnej ekscytacji, czego się szczerze wstydzę. Bo po chwili (a jednak) miałam taką refleksję, że oni, celebryci znaczy, mają totalnie przerąbane. Wyobraziłam sobie, że ja jestem taką celebrytką.

I dreszcz przerażenia przepezł mi po moim niecelebryckim karku. Bo tak: Asia pokłóci się z mężem przy kasie w kinie, czy iść na horror, czy na komedię romantyczną. Następnego dnia w gazecie widnieją nasze zdjęcia opatrzone podpisem: celebrytka Asia przeżywa poważny kryzys małżeński, znajomi pary mówią o rychłym rozwodzie.

Asia przyodziana w strój niedbały leci po marchewkę. I zdjęcia w gazecie z podpisem: celebrytka Asia przeżywa głęboką depresję związaną z rozwodem. Zaniedbała się przeokropnie, nawet idąc po marchewkę nie zakłada kiecy od Prady i szpilek.

I pół Polski bierze to osobiście i bardzo do serca. I nie daj Bóg, pociesza mnie listownie i osobiście. A ja zaczynam wątpić w sens swojego związku, skoro nawet pani Wanda z kiosku mówi mi, że to dobrze, bo to zły facet był…

Tu anegdota nastąpi, celebrycka oczywiście. Jakiś czas temu gadałam z Pewnym Znanym Aktorem, który opowiedział mi pouczającą historię.

Szedł sobie mianowicie zimową nocą ze sklepu, dzierżąc siaty pełne zakupów. Mróz, zadymka, siaty ciężkie. Wpadł na ulicy na jakiegoś podpitego pana Zenka, który radośnie ryknął pełną piersią: Ja ciebie kocham, ty (tu pada imię Znanego Aktora) swój chłop jesteś. Chodźmy się napić! Znany Aktor nieśmiało zaprotestował, bo siaty i zimno, pan Zenek intensywnie nalegał, w końcu się obraził, i równie pełnym głosem poinformował okolicę: Ale chuj z ciebie, stary, ja już cię w życiu oglądał nie będę!

– I tak straciłem widza – skonkludował smętnie Znany Aktor, i uwierzcie mi, szczerze mu wtedy współczułam.

Skruszona i zażenowana uroczyście ślubuję, że już nigdy, przenigdy nie będę czytać o cellulicie, problemach małżeńskich, zakupach i nietrafionych kreacjach ludzi popularnych. Przerzucam się na pisma ogrodnicze i wędkarskie. I na Vivę, bo tam i tak wszystko jest solidnie wykreowane i za zgodą zainteresowanych. A ja nie jestem jeszcze gotowa, żeby tak całkowicie odciąć się od informacji o nowym wystroju domku letniskowego Dody.

znów o szkole – przepraszam

Rany, przysięgam, to juz ostatni raz o szkole będzie. Wiem, że nikogo to nie interesuje, ale muszę sobie ulać żółci. Wczorajsze zebranie specjalne miało jeden temat: jak bardzo źle zachowuje się klasa Miśka w tym roku. Szczerze się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam na zebraniu szkolną panią psycholog. W sumie, nie ma to jak rada fachowca.

Generalnie  przyznaję, że to, co usłyszałam, całkiem mnie ucieszyło. Bo: klasa jest niesamowicie zgrana. Żadnych mobbingów, żadnych czarnych owiec, wszyscy za sobą murem.  Co sprawia, że nauczyciel ma trudnego przeciwnika – nie jednostki, tylko zwartą współdziałającą grupę. W dodatku grupę niegłupią, bo to od lat najlepsza klasa w szkole, wszyscy bystrzy jak cholera, tylko z tego powodu szybko się nudzą…

Pytanie konkretne: co my, rodzice, możemy zrobić, żeby sytuacja się poprawiła? No bo w sumie, przyznajmy, że problem ma szkoła, my możemy co najwyżej starać się popracować w domu nad jakimiś zachowaniami. No i odpowiedź pani psycholog poniekąd mnie zirytowała, bo rady, które podała, są idealne, ale dla pierwszoklasistów. Mamy na przykład pilnować, żeby dzieci odrabiały lekcje i były przygotowane do szkoły.

No, przepraszam bardzo, ale ja nie mam zamiaru przejmować odpowiedzialności za przygotowanie mojego dwunastolatka do zajęć szkolnych. Jego nauka, jego sprawa. Ja mogę być co najwyżej głosem sumienia i rozsądku, ale w żadnym wypadku nie zamierzam sprawdzać mu zeszytów ani odpytywać z lekcji, chyba, że o to poprosi.

Mamy też wyrażać się o nauczycielach z szacunkiem i nie pozwalać dziecku na krytykę. No dobra, nie rozumiem…Dlaczego? Misiek w domu ma prawo powiedzieć, że według niego byłam niesprawiedliwa, czy też tata postąpił nie fair, co więcej, ja sama zawsze go przepraszam, jeśli zachowałam się niefajnie. Dlaczego więc mam mu zabronić wyrażenia podobnej opinii o nauczycielu? Jasne, że nie w formie: bo pani jest głupia. Ale zdarzyło mi się przyznać mu rację: tak, Misiek, też uważam, że pani nie zachowała się tak jak należało. A szacunek, sorry, ale nikomu nie należy sie z automatu, tylko dlatego że jest dorosły.

Co jeszcze? Acha, mamy dziecko karać za zaniedbania obowiązków szkolnych i nagradzać za ich wypełnianie. Przecież to bez sensu. W tym przypadku kara i nagroda jest oczywista – ocena i opinia nauczyciela. Po cholerę ja mam jeszcze dodatkowo ingerować w rozliczenia mojego syna ze szkołą?

Czuję sie rozczarowana i zbuntowana. Nie tego oczekiwałam. Ale mimo wszystko przeprowadziłam z Miśkiem rozmowę pouczającą jak każdy porządny rodzic. Której hasłem przewodnim nie było: szanuj nauczycieli i morda w kubeł, ale: daj im szansę, może się okazać, że cię zaskoczą na plus, a jak się nudzisz, zgłoś się do zadań dodatkowych. Właśnie, czy nikt nie wpadł na to, że ich można uciszyć i zadręczyć nieustannym wymaganiem czegoś więcej? Byłoby z pożytkiem dla każdego…Moje doświadczenia pedagogiczne to ledwie dwa miesiące praktyk. Ale pamietam, że im więcej przygotowywałam się do zajęć, im więcej wysiłku włożyłam w wymyślenie nowych metod podania nudnych rzeczy, tym spokojniejsze miałam lekcje. Ale fakt, może po kilku latach już by mi się nie chciało….

Dobra, koniec z marudzeniem. Więcej o szkole nie będzie. No chyba że zacznę sie zastanawiać, do jakiego gimnazjum posłać Miśka:-)

Asia zabiegana

Nie – mam – czasu. A wydawało mi się, że wcześniej go nie miałam. Ale to chyba jak w tym dowcipie o rabinie i kozie…dołożyłam sobie kozę, to mam za swoje.

W pracy istny obłęd – albo całodniowe kolaudacje, albo całodniowe spotkania, albo dłubanie w odcinkach na czas (jestem już bliska rekordu Guinessa). Wracam z wywieszonym ozorem, i znowu gnam – albo z Lolą do groty solnej, albo do kolejnych magików od astmy, albo odbieram Miśka i jego kolegów z treningów albo z kółka szachowego, albo lecę do szkoły na kolejne zebrania.

Rezultaty moich heroicznych wysiłków są umiarkowane. Na kolaudacjach widzę, jak aktor informuje aktorkę, że zaraz przyjdzie do łóżka, słowami: „Zaraz dojdę, kochanie”, na co ona trzepocząc rzęsami mówi „Oby szybko”. Uwierzycie, że chodziło mu o przemieszczenie się z punktu A do punktu B?

W kolejnej scenie aktorka siedząca w pokoju rozmawia z bohaterem siedzącym w kuchni. Za plecami aktorki ciemne, nocne okno, za plecami aktora  promienie słońca walą w szybę. Cudu dokonali – jedno siedzi w Polsce, a drugie w Nowym Jorku chyba.

Poza tym bez przerwy czytam ostatnio scenariusze o tym, jak młoda, piękna kobieta robiąca karierę udaje się na wieś, gdzie znajduje szczęście, dobroć, naturę i zakochanego tubylca. Chyba zacznę wymiotować.

Lola poddawana kolejnym inhalacjom i badaniom kaszle nadal. Doszła jej tylko mega wysypka od wdychanych przez maseczkę sterydów, jak pakerowi na siłowni. Chyba wypieprzę to ustrojstwo. Grota solna pomaga – dopóki w niej siedzimy. Gdyby udało mi się tak wymanewrować, że Lola spędziłaby jesień pomiędzy wanną z ciepłą wodą i grotą solną, miałbym zdrowe dziecko.

Misiek  ostatnio nagrabił sobie w szkole. Temat dzisiejszego zebrania (znowu!): skandaliczne zachowanie klasy szóstej. Temat wczorajszej uwagi w dzienniczku (no dobra, pierwszej w tym roku): Misiek pluje ze schodów. Na litość boską, co skłania inteligentnego, miłego dwunastolatka do robienia takich idiotyzmów?! Mój dopisek w dzienniczku: Bardzo mi przykro. Delikwent został pouczony o niestosowności zachowania i odpowiednio ukarany.

Misiek generalnie cierpi. Bo musi się uczyć, rozumiecie…A właściwie, bo nareszcie zaczął się uczyć. Jego odporność na rodzicielskie gadki progimnazjalne wreszcie się wyczerpała. Nie zaszkodził też fakt, że w ramach kary został odcięty od komputera. Cierpi więc. Nie w milczeniu bynajmniej. W niedzielę zgubił na meczu czapkę. Nie taką zwykłą czapkę, ale Tę Czapkę – przedmiot szczerej miłości, kupioną po meczu na stadionie Chelsea, z emblematami ukochanej drużyny. Oczywiście, wpadł w depresję. Chciałam go pocieszyć, ale kiedy zaczęłam pocieszającą przemowę numer jeden : Misiek, od początku szkoły zgubiłeś już co najmniej kilkanaście różnych sztuk garderoby…..przerwał mi ponuro: I widzisz, co ta szkoła robi z człowiekiem? Taaa, Misiek i szkoła ostatnio się nie lubią.

Chciałabym….no, chciałabym troszkę zluzować. Nie sądziłam, że zacznę marzyć o tym, żeby wrócić do domu do 18 i tak sobie przez chwilę nic nie robić i nic nie planować.  Zlikwidować to mentalne centrum dowodzenia, które ostatnio opanowało moje życie. Dzień na kanapie pod kocem – chwilowo numer jeden na liście priorytetów:-)

 

Ja nie wiem..

Kciuki puścić. Odmaszerować:-)

Sorry, nie pisałam wczoraj, bo ta cholerna kolaudacja trwała jakąś nieskończoną ilośc godzin. A potem z wywieszonym ozorem poleciałam prosto odebrać Miśka z szachów i ganiałam tak z dziećmi i za dziećmi aż do 21.30, kiedy wreszcie mogłam usiąść nad odcinkami na dzisiejsze spotkanie scenarzystów. Lekko nie ma.

Ale do ad remu. Nie mam pojęcia, jak ta kolaudacja się udała, słowo.  Ja wiem, ze jestem niedoświadczona w gatunku i tak dalej. Ale na kolaudacjach mojego ostatniego serialu mogłam zamknąc oczy i wyrecytować każde następne zdanie każdego aktora. Tutaj lekko osłupiała, słuchałam zupełnie nieznanych mi tekstów – pełna improwizacja, ostało się może ze 30 procent scenariusza. Więc, jakby co – ja tego nie pisałam, ani nawet nie redagowałam. Żeby nie było na mnie:-)

Potem dostaliśmy porządnego zjoba. Znaczy, jakby to tak wytwornie…dyrekcja przez trzy godziny wykładała nam, jak fatalne są te odcinki. Tekstowo, sytuacyjnie i generalnie do dupy. A na koniec pogratulowano nam i powiedziano, ze to bardzo przyzwoity serial i te odcinki naprawdę dobrze wyszły.

No, ja jestem prostolinijna dziewczyna. Nic nie rozumiem. Znaczy dobrze było, czy źle?

Czekam

Czekam na kolaudację mojej nowuniej, śliczniuniej telenoweli.

Czyli na pierwsze pokazanie nakręconych odcinków. Cała spięta jestem i zestresowana. Czuję się jak mamusia, wypuszczająca spod swych skrzydeł wychuchane, wypieszczone maleństwo, które właśnie po raz pierwszy wystąpi na szkolnym przedstawieniu.

Z fatalistycznym przeczuciem, że będzie tak, jak zwykle. Jak będzie dobrze, powiedzą „ale świetnie wyreżyserowane”, jak będzie źle, powiedzą „bo scenariusz do dupy”. Normalka.

Ale się denerwuję. A za późno, żeby po Nerwosol do apteki lecieć. Idę poszukać melisy w szufladzie. I wdech…i wydech. No jak nic, medytacja byłaby jak znalazł. Bo coś tak czuję, że to będzie kicha. No, przecież musi być, w końcu to telenowela, a nie Bergmann.

Już? No dobra, idę, trzymajcie kciuki, żeby była mała wtopka, takie podtopienie, powiedzmy, a nie powódź:-)

logistyka kulturalna

Asia nie pisała, bo się ukulturalniała. Tak, proszę państwa, nawet mi się zdarza zanurzyć w kulturze nieco wyższej. Byłam na koncercie Cohena mianowicie. Ja nie wiem, czy wypada tak pisać o żywej legendzie, ale Cohen jest uroczym, niedużym starszym panem w kapeluszu, i miałabym szczerą ochotę przejść się z nim na spacer po Łazienkach. Ale koncert na Torwarze, w mega hali z trybunami pełnymi plastikowych, upiornie niewygodnych krzesełek, to lekka pomyłka. Bo przy słuchaniu Cohena, nie wiem, jak wam, ale mnie się włącza od razu tryb: klubowe fotele, przyćmione światło i kieliszek wina. Ale co ja będę narzekać, pewnie to była ostatnia szansa na zobaczenie barda moich młodzieńczych lat.

Kobieta światowa, szykując się taki koncert – a wydarzenie to wszak podniosłe (podobno był nawet Wałęsa, nie wiem, bo rozmiary Torwaru nie pozwoliłyby zobaczyć nawet żyrafy siedzącej w pierszym rzędzie) – wykonałaby z pewnością szereg czynności wstępnych. Nóżki mianowicie by wydepilowała, wpadłaby do pani Lucynki na ułożenie włosów, a do pani Wioli na paznokcie. Wyprasowałaby jedną ze stosownych ku temu kreacji, a następnie, sącząc kieliszek wina, czekałaby spokojnie na taksówkę.

Kobieta wiejska, posiadająca dzieci w wieku szkolnym, także starannie przygotowuje się do wyjścia.

Punkt 1.  błaganie. – Kochana, ja wiem, że jutro poniedziałek, ale błagam, czy Lola może u was nocować? Obiecuję, pogadam z nia, będzie grzeczna jak anioł i na pewno chętnie wstanie rano do szkoły. –

Punkt 2. pakowanie. Plecaki młodych do szkoły na jutro, reklamówka z rzeczami Loli, leki, szczoteczka itp, drugie śniadanie dla Loli, żeby już mojej siostry tym nie obciążać

punkt 3. logistyka. – Misiek, jesteś pewnien, że sobie poradzisz? Tu masz kolację, tu szachy. Sprawdź, czy odrobiłeś wszystkie lekcje i nie oglądaj telewizji, tu telefon do dziadków, a jakby co, dzwoń do nas. Nie otwieraj nikomu. I przebierz się w pidżamę o 22. I..na pewno chcesz zostać sam?

punkt 4. transport Loli do cioci. – Nie marudź za bardzo przy jedzeniu. Jak będziesz bardzo kaszleć, tu masz swoje dyski do wdychania. Przypomnij cioci, żeby ci nie dawała kołdry puchowej, bo się będziesz dusić.

punkt 5. poprawianie urody. Cholera, jak mało czasu, ale zdążę się przynajmniej uczesać. No, już. Gotowe. Idziemy.

Wycieńczona, padam na fotel w samochodzie, marząc o drzemce i wygodnym miejscu do siedzenia.

No, ale uczestniczę w podniosłym życiu kuluralnym i nikt mi tego nie odbierze:-)

nadchodzi? nadchodzi?

Nie, niech jeszcze nie pada! Jeszcze raz usłyszę, że za tydzień ma spaść śnieg, wyciągnę z torebki spluwę. ŻADNEGO ŚNIEGU,  proszę. Jeszcze chociaż przez ten miesiąc. A tu codziennie słyszę na okrągło – zmieniłaś już opony? Bo podobno ma padać śnieg… Jak tam, drewno kupione? Bo podobno….

Stanowczo odmawiam przyjęcia do wiadomości faktu zbliżania się zimy. Kiedy mieszkałam w bloku, byłam w stanie zaakceptować uciążliwości typu – dozorca nie odśnieżył chodnika, czy dziecku trzeba nowe rękawiczki kupić.

Odkąd jestem twardym podwarszawskim traperem, wiem, że do wiejskiej zimy trzeba się przygotować jak na wojnę:

drewno do kominka kupić, rośliny w ogrodzie owinąć i obsypać korą, piasek i łopatę przygotować, żeby dostać się do garażu, komin uszczelnić, żeby znów łazienki nie zalało, butlę turystyczną napełnić, bo przecież znów śnieg zerwie linię elektryczną, opony zmienić, niedźwiedzia ubić…nie, chyba się rozpędziłam, wróć.

W każdym razie zima to skomplikowane strategicznie przedsięwzięcie. A ja jeszcze chcę siedzieć na tarasie i patrzeć na czerwone dzikie wino, prześwietlone jesiennym słońcem i wydłubywać ostatnie zagubione w liściach poziomki i jeżyny.

Moja artystyczna wizja nie obejmuje zwałów odrażającego białego puchu walającego się wszędzie jak resztki styropianu z budowy.  A może dałoby się tak szybciutko utopić Marzannę? To podobno przegania zimę. Tylko nie wiem, czy październikowa Marzanna też się liczy?

zakupy z dziećmi

Miałam dość kryzysowe dni, przyznaję, i pozwoliłam sobie na poużalanie się nad sobą. Ale dobijała mnie ta totalna bezradność, że choćby człowiek stanął na głowie, to nie potrafi pomóc własnemu dziecku. Wczoraj wieczorem było jakby ciut lepiej. Łazienka – zero kurzu, dużo pary wodnej – okazała się jednak dość przyjazną oazą, więc Lola przesiedziała cały wieczór w wannie z ciepłą wodą i była całkiem szczęśliwa. Ja też, bo moja córka zmieniła wreszcie odcień skóry z sino- zielonkawego na lekko różowy, znacznie przyjemniejszy dla oka. Ciekawe, czy całą jesień przesiedzimy w wannie?

Czy zdarza wam się chodzić z dziećmi na zakupy? Ja bardzo staram się tego unikać, ale w niedzielę nie miałam wyjścia, ponieważ mąż jak zwykle latał po świecie. Zazwyczaj staram się planowac takie wypady z równą precyzją, jak tajne operacje wojskowe. Punkt A, precyzyjne przemieszczenie najkrótszą drogą do punktu B itd.

Dobra. Punkt A – Empik, celem nabycia dodatkowej książki do angielskiego dla Miśka. Młodzi giną między półkami. Miśka znajduję przez dedukcję przy półce z atlasami. Z Lolą jest łatwiej – astma jest lepsza niż GPS. Rzężący kaszelek wskazuje mi jej lokalizację. – Mamooo, strasznie bym to chciała, ale wiem, że mi nie kupisz – Lola majta mi przed oczami gazetką z dołączonym pieskiem i trzepocze rzęsami błagalnie. – Pokaż – patrzę na cenę – jesteś bystrą dziewczynką, rzeczywiście ci tego nie kupię –

Osłodzenie gorzkiej pigułki nic nie dało. Lola robi buzię w podkówkę i zaczyna litanię – Aaaale ja tak to chciałam, bo ten piesio jest taki słodziutki ….-

Ignoruję żale, za to Lola zyskuje wdzięczną widownię. Starsza pani głaszcze po główce biedne, niekochane maleństwo: – Co, mama nie chce kupić zabawki? Niedobra mama. Poproś mamusię, na pewno ci kupi zabaweczkę-

Nie zabijam starszej pani, bo szkoda brudzić książek, wywlekam za gardła małoletnich BEZ gazetki z pluszakiem (19, 90) i BEZ mega atlasu (99,90). Oraz BEZ książki do angielskiego, któej nie ma i nie będzie (może i dobrze, bo…70,00)

Punkt B – fryzjer w centrum handlowym pod wpływem impulsu ( impuls – szopa, którą nosi na głowie Misiek). Na strzyżenie trzeba czekać godzinę. Lola wpada na doskonały pomysł, że czas czekania możemy spędzić w sklepie z zabawkami. Ha, znam te numery. Jak popracuje nade mną godzinę, to okaże się, że nawet nie zauważę, kiedy kupiłam dwumetrową pluszową żyrafę i tryliard petszopów . Rezygnuję ze strzyżenia  ku zadowoleniu Miśka i niezadowoleniu Loli i udajemy się do Decathlonu, czyli punktu C. Jako że Misiek wciąż znajduje się w dziurze rozmiarowej (już nie rozmiary dziecięce, a jeszcze nie męskie), to jedno z niewielu miejsc, gdzie można kupić na niego buty.

Po kwadransie w Decathlonie – nie mam butów na Miśka. Nie mam też żadnego z dzieci. Mam za to ich i swoje kurtki, torbę, polar dla Loli (przecena na 24,90), rozczochrane włosy i lekką nerwicę. Lokalizuję Lolę po kaszlu, dobiegającym zza regału. Lola mierzy wszystkie kaski rowerowe bez względu na rozmiar. Doprowadzam ją do stoiska z hulajnogami i każę pozostać na miejscu. Lokalizuję Miśka, testującego kije golfowe. Każe mu pozostać na miejscu, co przychodzi mi o tyle łatwo, że Misiek mnie olewa i wciąż wali kijem. Wracam po Lolę, której oczywiście mnie ma już na miejscu. Lokalizuję Lolę w rozłożonym namiocie i nauczona doświadczeniem wlokę ją do Miśka. Który wciąż wali kijem. Zabieram mu kij. W tym czasie Lola znika. Lokalizuję Lolę po kaszlu  w dziale z ubraniami. Odmawiam kupienia szalika wielkości Australii i po chwili znowu mam dwoje dzieci. Oraz resztę rzeczy. Idziemy do kasy. Po drodze nie wytrzymuję i pytam Miśka głosem znękanym – Misiek, właściwie dlaczego ja mam dwoje dzieci? –

– Bo mówiłaś, że z trzecim już nie dałabyś rady – podsuwa usłużnie Misiek. Lekko ubawiony, bo, jak twierdzi,nie rozumie, o co mi chodzi. Przecież on sam doskonale wiedział, gdzie był i nie musiałam się martwić.

– No właśnie , mamo – Lola wyjątkowo zgadza się z bratem – to ty się zgubiłaś, my cały czas byliśmy tam, gdzie trzeba.

Następnym razem…Nie, następnego razu nie będzie.

 

zmęczenie

Nie piszę, nie dzwonię. Jestem niewyspana  i zniechęcona. Do północy walczyłam wczoraj z astmą Loli. Biedna mała. Miałam wrażenie, że kaszel rozerwie jej żebra. Wszystkie wziewy, sterydy, otwieranie okien, wanna z ciepła wodą pomagały na kwadrans. W końcu siedziałam na podłodze przy jej łóżku i beczałam z bezsilności, słuchając rzężącego oddechu Lolki.

Nie mam siły. Nie mogę patrzeć na jej pergaminowo białą buzię i fioletowe podkówki pod oczami. Chciałabym mieć magiczny lek albo magiczne miejsce, żeby zabrać ją tam, gdzie będzie mogła normalnie oddychać.

Sorry, może jak się wyśpię, będę bardziej optymistyczna…