W rozkroku

Mieszkam w małej podwarszawskiej miejscowości. Moja miejscowość składa się z

a) lokalsów gruntowych, czyli rolników

b) lokalsów wrośniętych, czyli inteligencji osiadłej tu od dwóch co najmniej pokoleń

c) uciekinierów, czyli świeżych idealistów z miasta wierzących w nowe życie na wsi

Lokalsi traktują uciekinierów z pewną pobłażliwością, bo cóż może wiedzieć o wsi człowiek, który mieszka tu od dziesięciu czy piętnastu lat. Ale wszystkich i tak jednoczy kultywowanie wiejskości. Jesteśmy świętsi od papieża. Nigdzie tak nie pachnie gnojówka na polach, nigdzie ekologiczna marchewka nie ma tylu ekologicznych robali, nigdzie nie ma tylu rowerzystów bez odblasków ani świateł. Świętujemy Dzień Ziemniaka, mamy Koło Gospodyń Wiejskich, nadleśnictwo i łosie latające po drodze, lokalny Jarmark i uwijanki przed świętami (nie wiecie co to? Ha, ja wiem:-))

Nigdzie nie ma chyba tylu ludzi zaangażowanych w lokalne sprawy, rodziców, którzy zgłaszają się na wyścigi do udziału w wycieczkach, dekorowaniu sal i pieczeniu ciast, starszych pań, charytatywnie prowadzących różne kółka…

Przez kilka spędzonych z dziećmi w domu lat wsiąkałam w ten klimat. Chodziłam na kółka, spotkania, uwijanki, na „brzuszkowe” dla mam spodziewających się dziecka, czasem zupełnie mi obcych, na różne lokalne imprezy.  Złapałam rytm.

Trochę mi szkoda tych lat. Nigdzie wcześniej ani później nie czułam się tak zaakceptowana, uspołeczniona i uczynna jak wtedy.

A teraz to taki ze mnie ni pies, ni wydra. Ani ja miastowa, ani wieśniara. Nie umiem się odnaleźć w tym sennym, pogodnym klimacie wsi, ani w idiotycznie szybkim i hałaśliwym tempie Warszawki. Tak w rozkroku żyję i nigdzie nie pasuję.

Zaczynam powoli myśleć, co by było, gdybym chociaż częściowo zrezygnowała z pracy…Tak dyskretnie, prawie niezauważalnie wpełzła z powrotem w tamte lata. W końcu może udałoby mi się zrealizować marzenie moich dziecinnych lat: bycie wiejską bibliotekarką.

Głowourywacz

– Pani Asiu! – słychać było nawet przez telefon, że pani Hania ma głos zaniepokojony – Co pani dziecku nagadała?! –

– Ale że co? – nie załapałam

– Wyszłyśmy ze świetlicy, jedziemy do domu, a Lola w płacz. I w krzyk. Ja nie wiem, o co chodzi, ona zawodzi rozpaczliwie: pani Haniu, pani Haniu, mama mi głowę urwie! Musimy wracać, bo mama mi głowę urwie! – No i musiałyśmy wracać do świetlicy po tego misia, bo podobno pani jej zapowiedziała, że jak go dziś nie przyniesie, to jej pani urwie głowę. –

– Eeee – zawiesiłam się – no możliwe, że coś takiego powiedziałam, ale wie pani, pani Haniu, że to taka przenośnia była? –

Lola najwyraźniej nie wiedziała. A ja tylko chciałam odzyskać mojego cudownego misia – termofor, którego dostałam na urodziny od siostry. Miś jest słodki, biały, puchaty, a po podgrzaniu woreczka w brzuszku robi się cudownie ciepły. Lola go oczywiście zaanektowała, i to tak skutecznie, że zostawiała go od poniedziałku w szkole. Ja tylko chciałam odzyskać mojego misia!! I w porannym pośpiechu rzuciłam barwnym tekstem celem wzmocnienia przekazu werbalnego.

Wycofuję się z tego, co kiedyś napisałam Fionie. Moja córka najwyraźniej nie rozumie przenośni…..Musiałam jej wieczorem przesięgać uroczyście i na klęczkach prawie, że nawet jak potwornie narozrabia, nigdy, przenigdy nie pozbawię jej tak integralnej części ciała.

– Bo ty jesteś mamusią, tak? – córka spojrzała na mnie z nową ufnością – dobrą mamusią, a nie żadnym głowourywaczem? –

Jasne, że tak, jestem dobrą mamusią. Która następnym razem ugryzie się w język….

Droga Redakcjo

Droga Redakcjo,

Jestem kobietą w średnim wieku, mężatką od wielu lat. Do niedawna wydawało mi się, że moje małżeństwo jest udane. Teraz bardzo się martwię, liczę na, że pomożecie mi w moich rozterkach.

Wszystko zaczęło się w zeszły poniedziałek, kiedy mój mąż wyjechał na tydzień na pola golfowe. Tak, wiem, że to niewybaczalne, pozwoliłam mu jechać, mimo, że czułam już wtedy jakiś podświadomy lęk. Ale tłumaczyłam sama sobie, że przesadzam, że człowiekowi, pracującemu po 12 godzin dziennie, raz na 10 lat należy się samotny męski wyjazd. Tak więc, wyjechał w poniedziałek. A już we wtorek po raz pierwszy usłyszałam o Krzysztofie. Dokładniej rzecz biorąc zadzwonił do mnie (mąż, nie Krzysztof) zdyszany i szczęśliwy, mówiąc, że świetnie mu poszło na dołkach, a teraz lecą z Krzysztofem pod prysznic przed kolacją.

Wiadomo, że po tylu latach każda żona ma wbudowany czujnik nietypowych wypowiedzi. Zapytałam więc czujnie, acz tonem pozornie niedbałym: – Jeden macie ten prysznic? –

– Skąd – odpowiedział mąż – mamy dwie łazienki. Nie wyjaśnił już jednak, czy dwie łazienki oznaczają jedną łazienkę na jedną osobę, czy też mają w sumie dwie łazienki do dyspozycji. Nie drążyłam. Może niesłusznie, gdyż o Krzysztofie słyszałam też w środę, czwartek i piątek. W piątek szli do sklepu kupować wino i ser do kolacji. Droga Redakcjo, nie tak dawno jeszcze to ja kupowałam z mężem wino i ser do kolacji!

W niedzielę nie wytrzymałam, i bardzo niefrasobliwie zapytałam (acz z czołem zmarszczonym, czego mąż jednakowoż widzieć przez telefon nie mógł): – Who the fuck is Krzysztof?! –

Odpowiedź męża, że Krzysztof jest zaawansowanym wiekowo zamożnym przedsiębiorcą z miasta wojewódzkiego, wcale mnie nie uspokoiła! Tyle się teraz czyta, Droga Redakcjo, o takich podstarzałych lowelasach, czyhających na młodych, niewinnych mężów!

Nauczona doświadczeniem, nie dociekałam jednak dalej. Zresztą, pomyślałam sobie, mąż wraca w me stęsknione ramiona, co z pewnością przerwie ten niezdrowy związek z podejrzanym Krzysztofem. Wrócił. Opowiadał mi o wszystkim, jak to on, szczerze i otwarcie, a spojrzeniem niewinnych błękitnych oczu mógłby zmylić nawet śledczych KGB. Ale przecież nie mnie, swoją prawowitą małżonkę! Czekałam. I doczekałam się. Kiedy mój mąż opowiedział mi już o wszystkich dołkach, greenach i innych, zaproponował mi udział w tych najwyraźniej porywających rozrywkach. Zgodziłam się, oczywiście, jak każda dobra żona by zrobiła (trzeba mieć faceta na oku). Na to mój mąż z błyskiem w oku powiedział: – Super, umówimy się z Krzysztofem i pojedziemy we trójkę!-

Droga Redakcjo! Boję się o przyszłość naszego związku. Czy tajemniczy Krzysztof może położyć się cieniem na słonecznym paśmie mojego małżeństwa? Czy mój mąż zdradza oznaki przystąpienia do jakiejś sekty? Czy uda nam się przejść przez ten kryzys? Proszę o odpowiedź, Droga Redakcjo, tylko na Was mogę liczyć (boję się powierzyć ten wstydliwy sekret moim koleżankom)

Pozdrawiam,

Zatroskana

 

urodziny

Dzisiaj mam urodziny.

Kolejne, hmmm. Składam sama sobie serdeczne gratulacje za przeżycie kolejnego roku we względnym zdrowiu psychicznym. W sumie to robi się coraz łatwiejsze z każdymi kolejnymi urodzinami:-)

Kiedyś uważałam, że jestem piękna i głupia. Dość szybko zorientowałam sie jednak, że jestem brzydka i mądra. Po latach moja samoocena ustabilizowała się w strefie stanów średnich, co pozwala mi patrzeć w lustro, choć  wyłącznie w celach kosmetycznych, i odezwać się w towarzystwie, choć nie zawsze błyskotliwie.

To dziwne, ale właściwie lubię mieć urodziny.

Lubię cezury, punkty zwrotne akcji, podsumowania i listy postanowień. Lubię dostawać koślawe laurki, niedźwiedzie uściski i prezenty od rodziny. A dzisiaj dostałam w prezencie słońce i 16 stopni:-) Dzięki, listopadzie…

Wieśniaki szturmuja stolicę

A wszystko zaczęło się od błyskotliwego pomysłu mojego ojca, który przepojony idealistycznym stosunkiem do rzeczywistości postanowił zabrać wnuczęta na film „Zakochany Wilczek”. W 3D, rzecz jasna. Żeby nie było za łatwo, postanowił pojechać pociągiem. My, wieśniacy, rzadko mamy okazję przemieszczać się komunikacją inną niż samochód, więc dla dzieci to atrakcja. Kiedy zaczęlismy liczyć amatorów Wilczka, wyszło nam, że do stolicy udajemy się w składzie: Ola i Kuba (czyli moi siostrzeńcy), Misiek (pogardzający animacją 3D, ale zdeterminowany zjeść swój przydział nachos z sosem serowym), Lola i jej przyjaciółka Madzia, która akurat u nas nocowała, więc załapała się przypadkiem. Oraz – główny menago Dziadek, menago pomocniczy Babcia i animator młodzieżowy Asia. Cel: Złote Tarasy. Środek tranportu – pociąg podmiejski. Dzieci – pięcioro.

– Daleko jeszcze?- to pytanie pomnożone razy cztery (Misiek się alienował z wyżyn swoich 12 lat) padło jakieś dwadzieścia razy. Odpowiedź była niezmienna – 10 minut, bo mi się nie chciało patrzec wciąż na zegarek. Kiedy Lola pytała znowu po jakimś czasie, odpowiadałam – No przeciez ci mówiłam, że 10 minut –

Wysypaliśmy się na dworcu jak stado kurcząt, nerwowo jeszcze raz przeliczając dzieci. Wciąz było pięcioro, uff. Złote Tarasy stały się przedmiotem zażartej licytacji, a licytacja przedmiotem ubawionych uśmiechów wytwornych warszawiaków – A ja tu byłam! – – A ja byłam dwa razy! –  – Phi, ja byłem co najmniej cztery – nawet Misiek, starannie unikający przyznawania się do nas, nie wytrzymał i zalicytował.

Sama radość! Schody, takie fajne, ruchome i tak ich dużo…- Uwaga na nogi! Wciaz mamy pięcioro? A gdzie Misiek? Dziewczyny, nie zmieścicie się we trzy! Ola, uważaj, schody się kończą! –

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć..dobra, zgadza się.

Zbieranie zamówień na okołokinową konsumpcję zajęło mi bardzo nerwowe dziesięć minut, kiedy to młódź wybierała, zmieniała zamówienia, i jeszcze raz zmieniała, i ustalała, kto z kim je popcorn…Dziadek, jako pomysłodawca, został wybrany na ofiarę, czyli opiekuna kinowego. Zgodził się tak łatwo, że przypuszczam, ze jednak sam  miał ochotę obejrzeć Wilczka w 3D. Pomogłam mu usadzić nasze kurczątka, wciskając do łap popcorn, okulary i picie, i uciekłam.

Uciekłam w podskokach, żeby razem z matką rodzoną zażyć wolności. Wolność miała smak grzebania w ciuchach, obwąchiwania absolutnie boskich kozaczków i smak gorącej czekolady z Wedla. Skończyła się boleśnie i zaskakująco szybko.

Apel dla wychodzących z kina: raz, dwa, trzy, cztery, pięć…Jak dotąd, sukces. Teraz pizza – jak się pogrążać, to z rozmachem. Szczebioczące stadko: A wiesz, ciociu, a wiesz, Babciu, a wiesz, Mamo, a ten wilczek, a mi sie podobało, a to było fajne…..powoli przemieszczało się w stronę pizzerii. Łowiąc po drodze spojrzenia pełne ubawienia (słodkie dzieciaczki), politowania (ludzie nie powinni mieć tyle dzieci, cud, że wszystkie  mają buty), irytacji (czemu w ogóle istnieją na świecie bachory, które zastawiają ruchome schody), dosterowaliśmy grupę mieszaną (plus Misiek, który szedł z boku, udając, że on osobno) do największego stołu w pizzerii.

Za ogromny sukces uważam fakt, że nasza mała piątka przyswoiła pokarm, nie tłukąc niczego, nie rujnując sobie ubrań i nie została wyproszona za zbyt głośne zachowanie. Nam, dorosłym, jakos apetyt odebrało.

Wróciliśmy w niezmienionym składzie – mama zwierzyła mi się, że nigdy w życiu tak często nie liczyła do pięciu. Stanęliśmy wszyscy (jeszcze raz: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć) na peronie, niebo ciemniało, wiał lekki wiatr znad jeziorek, przynosząc zapach lasu i jesieni.

– Ale tu u nas fajnie – pisnęła Lola.

– I tak ładnie pachnie – poniuchała Ola

– Cicho tak – westchnęłyśmy z mamą.

Wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wieśniacy wrócili do siebie.

PS Ten wpis dedykowany jest absolutnie genialnym istotom: matkom trojga i więcej dzieci, z uznaniem za zachowanie zdrowia psychicznego:-)

wolny dzień

Czczę niepodległość. Ze wszystkich sił. W duchu tej wolności doprowadziłam do blasku dom i zebrałam trzy worki suchych roślin z ogródka. Upiekłam szarlotkę – trochę niefortunnie, bo chyba powinnam mazurka, i zrobiłam na obiad łazanki z sosem, z ubolewaniem odnotowując brak podobieństwa do bigosu i innych potraw narodowych. Kotłowałam się z dzieciakami i łaziliśmy po okolicy, ale koniec tego, bo zaczyna właśnie lać.

Moje dzieci, prawidłowo wyedukowane patriotycznie, śpiewają „My, pierwsza brygada” i tym podobne pieśni. Swoją przynalezność narodową zaznaczali też w szkole, nosząc w środę biało – czerwone kotyliony. Które, zaznaczam, wykonywałam poprzedniego wieczoru razem z Miśkiem pod kierunkiem Loli.

– Rany, kto w ogóle wpadł na taki pomysł – wymamrotałam wściekła, międląc oporną bibułkę, która odmawiała uformowania się na okrągło.

– Prezydent Komorowski – odpowiedział równie zgnębiony Misiek – i coś tak mamo czuję, że właśnie stracił nowe pokolenie wyborców –

Jednym słowem robię to, co robią zazwyczaj samotne matki dzieciom. Mąż albowiem oddalił się w celach edukacyjno relaksacyjnych do słonecznej Hiszpanii, gdzie przebywa aż do poniedziałku. Dzwoni i mówi, że tęskni. Ha! Też mogłabym tęsknić z jakiegoś miłego miejsca!

Po niedzielnym sponiewieraniu doszłam wreszcie do siebie, choć trochę powoli mi to szło. Wiek już nie ten i w ogóle… Bo ja rzadko chadzam na imprezy. A na TAKIE imprezy – czyli darmowe drinki i bez męża u boku – jeszcze rzadziej. Więc, hmm, otwarłam się na nowe możliwości. I tak  dobrze (tu czekam na pochwały), że moja kreatywnośc ograniczała się do alkoholu.

Normalnie się nie upijam. Never. Mam wmontowaną blokadę: jak już czuję, że mam dość, szybko się zwijam. Ale w niedzielę wpadłyśmy z koleżanką na, jak się okazało, zgubny pomysł. Postanowiłyśmy mianowicie próbować po kolei wszystkie drinki z karty. Były żółte, niebieskie i różowe, po czwartym zgubiłysmy rachubę, które już piłyśmy, więc możliwe, że trochę mogłyśmy dublować. Pamiętam wszyściutko – do piątego drinka. A potem też….Ale jakby słabiej. No cóż…było, minęło…grunt, że nie doszłam do etapu, który do tej pory wypominają mi przyjaciółki ze studiów (śpiewanie w dość chwiejnej tonacji „Chryzantemy złociste”, siedząc pod stołem). Bo ja już jestem poważna i rozsądna. Szalenie.

Wpis odwołany

Dzisiejszy wpis zostaje zawieszony do odwołania z powodu ciężkiego przypadku  kaca.

PS. Gdyby ktoś mimo wszystko chciał skomentować to pożałowanie godne zwierzenie, uprzejmie proszę o ciche i dyskretne pisanie bez wykrzykników oraz o przesłanie mi litra kefiru.

Pozdrawiam, choć niezbyt wylewnie…wylewanie źle mi się kojarzy….

Eureka

Ja pier….! Eureka i alleluja! Nareszcie zstąpiło na mnie objawienie. Proszę o  pokłon i tytułowanie mnie od dzisiaj „Miszczem Telenoweli”!

Gdyż albowiem niebiosa zesłały na mnie wczoraj łaskę zrozumienia. Zamiast czterdziestodniowego postu i błąkania się po pustyni wystarczyło jedno, dwunastogodzinne planowanie kolejnych odcinków.

Od dawna wyzewnętrzniam się na blogu, jakim wyzwaniem jest dla mnie praca nad telenowelą. Z powodów oczywistych:

a) zasadniczo prawie nie oglądam telewizji

b) jeśli już siadam przed telewizorem, to oglądam wyłącznie filmy fabularne, ze szczególnie czułym pochyleniem się nad horrorami klasy B i mrocznymi dreszczowcami, Discovery Channel albo kreskówkę „Fineasz i Ferb”

c) jedyne wytwory serialowe, które jestem w stanie bez większego znużenia śledzić przez dłużej niż dwa odcinki, to „House”, „Mentalista”, „True blood”,  „CSI” i „Ocalić Grace”, czyli znowu krwiście i mroczno…

Nieustannie natykałam więc w swoim umyśle na blokadę pod tytułem: co ja do cholery robię? I do czego to w ogóle służy?

I nagle…tadam! Dwunastogodzinny maraton rozważania miliarda możliwości: co zrobić z naszymi bohaterami, i co oni zrobią, kiedy wpuścimy ich w te maliny, zaowocował nagłym olśnieniem: już wiem, na czym polega telenowela!

To bardzo proste, musiałam tylko otrząsnąć się ze swoich dawnych nawyków, że film ogląda się po to, żeby śledzić w napięciu akcję, zadziwiając się po drodze niezwykłymi przygodami bohaterów.

Przypuśćmy, że wymyślimy sobie, że w odcinku 120 naszą bohaterkę porywa UFO. I teraz uwaga, musimy mieć świadomość, że całkowicie nieistotne w tym przypadku są:

a) informacje dotyczące anatomii Marsjan i ich choćby najbardziej drastycznych upodobań kulinarnych

b) szczegóły napędu statku kosmicznego  i prowadzonych tam badań na ludziach

c) cel porwania, nawet jeśli miałoby to być dokonanie fascynującej krzyżówki gatunkowej z kosmicznym pajęczakiem, kolonoskopia przez gardło albo choćby banalna hipnoza celem zamachu na amerykańskiego prezydenta

Istotne jest Tylko Jedno: czy główny bohater zdąży uratować bohaterkę przed proszoną kolacją u cioci Antonelli, i czy w  międzyczasie zła bohaterka zdąży zaciągnąć go do łóżka. No i czy po porwaniu będą mieli jakieś przelotne (tak na trzy odcinki) problemy emocjonalne w swoim związku.

I tyle! Słowo daję, gdybym wpadła na to wcześniej, oszczędziłabym sobie wielu bezsennych nocy, a wam wielu żałosnych wpisów. Teraz jako Nowy Prorok Telenoweli jaśnieję wewnętrznym blaskiem, świadoma tego, że w cokolwiek ich nie wpakujemy, jakkolwiek idiotyczne będą ich kolejne perypetie, jest to doskonale i całkowicie nieistotne w obliczu faktu, że na koniec odcinka Adela powie w zaufaniu Danusi, że kiedy Manuela była na statku obcych, to ona widziała Artura w kawiarni z tą rudą małpą Mirellą.

 

niepoprawnie, lecz edukacyjnie

Ostrzegam wrażliwych czytelników – to będzie wpis bardzo niepoprawny politycznie. Zgorszonych proszę o oddalenie się na szybciutką psychoterapię.

Otóż moje dzieci czasem kąpią się razem. A nie są to już słodkie bobaski, odwinięte z pampersów, lecz istoty obrastające w drugorzędne cechy płciowe, brrr. Ale cóż moge poradzić na to, że lubią. I chcą. Co więcej, poza istotnym aspektem ekologicznym (a wannę mam duużą), widzę w tym sporą korzyść edukacyjną.

Bo, o dziwo, moje waleczne potomstwo odkłada na czas kąpieli broń masowego rażenia i przestaje się tłuc i wrzeszczeć. Ciepła woda koi nerwy i emocje, i moje dzieci zaczynają rozmawiać. Staję czasem pod łazienką i słucham, jak w harmonijnej zgodzie opowiadają sobie fascynujące historie:

– A wiesz, Lola, co to jest energia kosmiczna? Posłuchaj….- Tu następuje skrócony wykład z podstaw fizyki kwantowej i innej takiej, której nie rozróżniam. Lola, o dziwo, nie bije brata za wymądrzanie się, ale wesolutko oznajmia, dekorując głowę Miśka obficie pianą:

– Będziesz niedźwiedziem. Niedźwiedziem polarnym. A wiesz, że niedźwiedzie….- tu następuje interesująca opowieść wzięta prosto z czytanej właśnie książki „Serce na sznurku”

Kąpiel to także interesujący i praktyczny sposób na zapoznanie się z anatomią płci przeciwnej.

– Mamo, wiesz, że Misiek ma siusiaka? –

– No, zorientowałam się jakis czas temu…-

– Dobrze, że ja nie mam, to o wiele wygodniejsze –

– Nieprawda – zaperza się oczywisty zwolennik posiadanie cewki moczowej na zewnątrz – ja mogę sikać na stojąco –

Oczywiście w pewnym momencie pozory ułożenia i spokoju pryskają, jak, nomen omen, bańka mydlana, i rozpoczyna się regularna wojna na pianę, wodę, gumowe piłeczki i możliwie odrażające odgłosy fizjologiczne. Wtedy wystarczy wkroczyć, rozdzielić dwa śliskie, wrzeszczące ciała i pojedynczo wywlec na suchy ląd. Ale jednak – przez te kilkadziesiąt minut rozmawiali ze sobą jak ludzie, a nie dwa rozżarte, terytorialne teriery. Oczywiście mam wątpliwości, napędzana medialnymi hasełkami „intymność”, „rozbudzanie seksualności”., „pedofilia” itp, ale bez jaj, chyba nie spaczę im psychiki, co?

Trzy dni

Trzy dni…Upojne dni Nie Chodzenia Do Pracy. Od razu zobaczyłam przyszłość w bardziej radosnych barwach. Oczywiście do momentu, kiedy siadłam przy biurku i przeczytałam stos emaili, w większości roztrząsających Najistotniejszy Problem Zawodowy – jak zorganizować pracę zespołu, żeby dotrzymać terminów, a jednocześnie nie oddawać całkiem gównianych odcinków (gwoli wyjaśnienia – w  tej chwili wydaje mi się to całkowicie awykonalne).

Ale miałam te trzy dni i nikt mi ich nie odbierze.  Byliśmy w lesie – liście, dużo liści. Wszystko szeleści i pachnie. Dzieci kotłowały się w stosach liści, a mąż z nawiedzonym błyskiem w oku ganiał z aparatem, skakał i czołgał się, żeby uchwycić słońce na mchu i puchate trawki.

Uprawialiśmy też sporty..Mąż na stare lata (tfu, wróć, w dojrzałym wieku młodzieńczym) zapragnął dorównać Miśkowi (bo ostatnio ciągle przegrywa z nim w szachy, co fatalnie wpływa na jego samoocenę) i kupił sobie rolki. Tak na moje oko radził sobie nieźle – w każdym razie przemieszczał się dość płynnie w obranym kierunku. Ale chyba coś poszło nie tak, bo kiedy wrócili, Misiek z podejrzanym błyskiem w oku relacjonował, jak to tata stracił równowagę w wąskim przejściu i huknął. Huknął malowniczo i skutecznie, obtłukując sobie godność i kość ogonową. Obolałemu mężowi zasugerowałam podłożenie sobie następnym razem gazety pod spodnie, co spotkało się z niczym nieuzasadnioną wroga reakcją i propozycją, żebym sama spróbowała. On chyba żartuje! Już dawno głoszę tezę, że hasło „sport to zdrowie” jest bardzo przereklamowane.

Sama jednak zostałam zmuszona do rekreacji, a raczej sportu wyczynowego, czyli biegania za rowerem Loli. Młoda opanowuje technikę dość wybiórczo – umie ruszać, zatrzymywać się, a także jechać przed siebie, hmm, szybko jechać przed siebie. A także wykonywać skręt, ale wyłącznie pod kątem 90 stopni. Po wykonaniu dwóch rund kłusem naokoło osiedla (mamo, boję się, musisz byc obok) nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Dobra, nowa metoda: wsiadaj i jedź, ja będę kierować zdalnie.  Lola rusza, rusza, a następnie oddala sie niczym wicher wprost przed siebie. Zaraz stracę ją z oczu. Wrzeszczę więc: Looolaaa!! Zawracaj!!!

– Nie umieeeemmmmm!!! Mamooo!! Ratuj!!!! – dolatuje mnie zrozpaczony głosik Loli, niknącej gdzieś w oddali wciąż na wprost, które to  „nawprost” zaraz się skończy i Lola nieuchronnie zbliża się ku:

a) nieuniknionej zagładzie, jak dinozaury

b)konieczności wykonania skrętu

c) bliskiego spotkania z ogrodzeniem

Hamuje tuż przed ogrodzeniem. Ja w międzyczasie dostaję zawału. Lola dostaje ataku histerii, bo „ona się boi i się nigdy nie nauczy”. Obie dyszymy jak gończe ogary. Ja pitolę – posiadanie dzieci wiąże się z naprawdę dużym stresem!

A także z poświęceniem i wysiłkiem: mimo wstrętu do przeszczepiania obcych kulturowo świąt zostałam zmuszona przez moje, wychowane na amerykańskich kreskówkach, potomstwo do:

nabycia i powycinania ogromnej dyni, która, umieszczona na tarasie świeciła cały wieczór upiornym blaskiem,

wykonania halołynowych wypieków,

a co najgorsze, do pozwolenia Loli na chodzenie w przebraniu po osiedlu.

Co wiąże się się nie tylko z moim mało entuzjastycznym stosunkiem do tego zwyczaju, ale także z ryzykiem, że na naszym ultra katolickim osiedlu dziecię dostanie w łeb od nadgorliwej pańci. Ale Lola była jednym wielkim żebraniem – przez kilka lat z zawiścią obserwowała brata, który zbierał cukierki i widziałam, że jeśli jej nie pozwolę na chociaż ten jeden raz, będzie miała poczucie niesprawiedliwości życiowej. Poszłam z nią  do rodziców koleżanki, z którą się umówiła, żeby się upewnić, że nie będą łazić same.

– Spokojnie – powiedział tata – ja z nimi pójdę, tylko  do kilku znajomych domów. Bo w zeszłym roku jedna pani zwyzywała nas od satanistów i nazistów.-

Lola wróciła rumiana, zdyszana i tak szczęśliwa, że machnęłam ręką na moje ideologiczne wątpliwości. Chrzanić to! W końcu nie po raz pierwszy odpuszczam własne teorie i przekonania, żeby tylko  uszczęśliwić własne potomstwo.