święta idą

No idą. I co z tego?

Staram się z siebie wykrzesać przedświąteczny entuzjazm, ale jakoś mi się nie udaje poczuć magii świąt. Wczuwam się, że tak powiem, rzutami.

Rzut numer jeden – zrobiłam ciasto na pierniczki. Odleżakowało się jak wino, ale kiedy w sobotę Lola zażądała wreszcie upieczenia pierniczków, przy piątej blasze wycinanek mamrotałam już niecenzuralne słowa. „Pieprzone choineczki” zdaje się, ale tak, żeby Lola nie słyszała.

Rzut numer dwa – rozejrzałam się po domu z niesmakiem. Przetarłam stół. Ułożyłam skarpetki w szufladzie – nie pytajcie, dlaczego uznałam to za element świątecznych porządków, bo nie wiem. Zdjęłam firanki z pokoju Loli. Pralka uprała. Uznałam, że chociaż pomarszczone, to czyste i powiesiłam bez prasowania. Reszta została, jak leży. Niesmak pozostał…

Rzut numer trzy – w nadziei na odkrycie nowego Graala wypieków świątecznych, siadłam przy komputerze poserfować po blogach kulinarnych. Po wstępnej eliminacji  (sernika nie lubimy, dzieci nie lubią orzechów ani maku w cieście, mąż nie lubi ciast z kremem, ja się odchudzam) postanowiłam upiec szarlotkę. Taki świąteczny akcent…

Rzut numer cztery…czekam na rzut numer cztery, który być może pozwoli mi pozbyć się stosu prania z łazienki, wkładów do butów narciarskich, które czekają na upranie, plam z kocich łap na szybach, zapleśniałych serków z lodówki i tajemniczych plam z kanapy (ketchup? ślady po mordzie rytualnym? kocie wymioty po zjedzeniu krwistej myszy?)

W sobotę koło jedenastej dostałam nagłego ataku śmiechu. W domu kurz i rozpierducha, dzieci w pidżamach oglądają kreskówki, mąż zabiera się do śniadania, a ja siedzę na kanapie pod kocem i czytam fascynujące dzieło fantasy „Magia uderza”. Zamiast jak 80 procent populacji tego kraju, stać w kolejce, ganiać z odkurzaczem czy mieszać kapustę.

Magio świąt, przybywaj! Rączym kłusem, najlepiej na tym świecącym reniferze, który stoi na tarasie, odkąd posłałam męża po choinkę. Typowe, swoją drogą. Wysyłasz męża po świerk, on przychodzi z jodełką  i świecącym na niebiesko reniferem pod pachą…Muszę przyznać, że osłupiałam na dłuższą chwilę, zobaczywszy ten wybryk świątecznej komercji:-) Chociaż w sumie wygląda słodko, zanurzony po te swoje świecące kolanka w śniegowych zaspach.

Renifer, a nie mąż rzecz jasna.

Mąż jest zanurzony wyłącznie w Wigiliach, co mnie bawi niemal do łez. Od miesiąca odbył już jakieś osiem Wigilii w różnych gronach, z których większość organizował. Trochę się boję, że w piątek mąż przyodzieje garnitur, stanie za stołem i wygłosi zwięzłe expose na temat świąteczny, po czym poklepie nas po ramieniu i obdaruje czekoladkami w firmowym pudełku.

Bulimia książkowa

Ostatnio potwornie dużo czytam. Zaobserwowałam z niepokojem, że to już nie jest takie relaksacyjne czytanie, ale rodzaj książkowej bulimii. Złapać, łyknąć niezależnie od wartości odżywczych, wydalić z mózgu, i następna, i następna… W sumie nic dziwnego, niektórzy  zagłuszają stresy kompulsywnym jedzeniem, a ja kompulsywnym czytaniem. A że ostatnio praca mnie mocno stresuje, to po ośmiu godzinach czytania za biurkiem łapię w domu dowolną zadrukowaną treść i pochłaniam łapczywie.

Pocieszające jest to, że poniekąd przy okazji przeczytałam kilka naprawdę dobrych książek, na przykład nową książkę Margaret Atwood „Rok potopu”. Zupełnie inna, niż moje ulubione do tej pory, ale po pierwszych trzech rozdziałach złapałam rytm i wsiąkłam.

Mam też na koncie niepowodzenia. „Erynie” Krajewskiego na przykład. Przysięgam, usiłowałam to przeczytać przez tydzień chyba i nie dałam rady. W połowie zorientowałam się, że wciąż nie jestem zainteresowana, kto zabił, jak komisarz to odkryje, i że generalnie nie znoszę głównego bohatera.

Ale przy okazji po raz kolejny odkryłam siłę pierwszych zdań. To jest jak odwijanie sreberka z czekolady – jeszcze się nie wgryzłam, a już ślinię się łakomie, jak będzie smakować reszta.

Są takie książki, których pierwsze zdania dają przedsmak całości, w tak sprytny sposób, że po przeczytaniu wracam do tego początku, żeby się upewnić – tak, to faktycznie się wiąże z resztą:-)

„Mając niespełna lat trzynaście, mój brat Jem doznał skomplikowanego złamania ręki w łokciu”. Tak się zaczyna „Zabić drozda”. I słowo daję, kiedy przeczytasz całość, wracasz do tego zdania, bo okazuje się że piętrowa, skomplikowana i wzruszająca historia kończy się faktycznie właśnie tak – złamaniem ręki chłopca.

„Wiem,  że kiedy wstawałam w piątek rano, czułam się dobrze; byłam najwyżej nieco bardziej otępiała niż zazwyczaj” –  to początek „Kobiety do zjedzenia” Margaret Atwood – banalna rozbiegówka do niemal psychotycznych jazd bohaterki. Kiedy to czytam, myślę sobie: ile ludzkich historii mogłoby się zacząć tak prostym zdaniem?

Niestety, żadna ze mnie intelektualistka. W mojej fazie bulimicznej pożeram z równym smakiem arcydzieła i gnioty, chociaż nawet tymi ostatnimi zdarza się zadławić. (Jeśli ktoś miałby ochotę nabyć „Pocałunek ciemności” Laurell Hamilton, szczerze odradzam, chyba że ma ochotę wczuć się w bogate, choć perwersyjne życie erotyczne półelfów).

Ale chyba zaczynam zwalniać. Od wczoraj czytam tylko dwie książki równocześnie. Z czego jedna to  „Polska Kuchnia Domowa”. Mam nadzieję, że niejako przez osmozę nabiorę chęci upieczenia czegoś na święta…Jestem przy dziale „Drób”, może zdążę dojść do „Ciast i deserów” przed Wigilią?

Czarna seria

Czyli Dziury ciąg dalszy.

Faktycznie, muszę przyznać, że Dzień Dziury był zaiste dziwnym dniem, obfitującym w dziwne wydarzenia. Z góry zaznaczam, że pisze prawdę i tylko prawdę i nie dodałam nic do naszych redakcyjnych niedoli…

Wróciłam, mokra  i ociekająca szambem, do domu, żeby się przebrać. Bo pal licho wodę w butach, ale ten subtelny aromat, unoszący się wokół mnie, przywodził na myśl wiosenne nawożenie pól gnojówką, a nie jest to skojarzenie, jakie chciałbym budzić w kolegach scenarzystach.

Przebrana pobieżnie w suche byleco pognałam na spotkanie. Pognałam oczywiście tylko w przenośni, bo w międzyczasie zaczął padać śnieg, który automatycznie sprawił, że nawet szczeniak jamnika przegoniłby sznur samochodów na wylotówce miasta. Może i dobrze, bo Stefan, obrażony moimi insynuacjami, przy każdym zakręcie zdradzał chęć odpoczynku w  najbliższym rowie.

Ponieważ byłam wciąż przemarznięta, mocno spóźniona, zmęczona i głodna, wpadłam na parking przed halą w stanie wściekłej furii. A że furia odblokowuje moją skłonnośc do bluzgów, wyskoczyłam z samochodu z taką wiąchą na ustach, ze każdy praski żul pokłoniłby mi się w pas.

Ku mojemu zdziwieniu wpadłam na moich scenarzystów, którzy zamiast siedzieć i planować życie Arturra, otaczali główną scenarzystkę, mrucząc pocieszające murmuranda.

– Samochód mi ukradli – Marta podniosła na mnie oczy zranionej sarny – z garażu.  Ukradli. Moją Tojotkę kochaną –

Faki zamarły mi na ustach. Przyłączywszy się pocieszeń, zwierzyłam się przy okazji z własnych porannych rozrywek, po czym niebacznie spytałam scenarzystkę Ewę, czy już wyjaśniła dziwny wypływ kasy z jej konta, który tak przeżywała przy ostatnim spotkaniu.

– Tak, k… – bluznęła niezwykle spokojna zazwyczaj Ewa – pewnie, że tak. Okazało się, że na mój ukradziony dowód ktoś wziął kredyt, a teraz z odsetkami narosło mi tego podobno 10 tysięcy. I nie wiadomo, czy to się w ogóle da odkręcić! –

Poczułam, ze w środku buduje mi się coś, czemu muszę dać ujście, bo zaraz ekspoduję i zniszczę halę zdjęciową.

– Czy ktoś jeszcze – wrzasnęłam – czy ktoś jeszcze powie coś gorszego, co może to wszystko przebić? –

Scenarzysta Krzyś dyplomatycznie odsunął się na kilka kroków, po czym wyszeptał:

– Byłem w kuchni. Nie mają mleka do kawy…-

I zapadła grobowa cisza.

Dziura

Nie lubię jeździć zimą po naszej jedynej przelotowej asfaltówce przez wieś. Dwie wąziutkie koleiny wyżłobione w sniegu są tylko pozornie czarne i suche. Każdy minimalny ruch kierownicy sprawia, że Stefan (mój samochód znaczy) rusza w pląsy jak uczestnik Tańca z Gwiazdami. Dlatego wczoraj ruszając spod domu rodziców radośnie przypomniałam sobie o skrócie, który pozwoliłby mi uniknąć sporego odcinka tej pląsawicy drogowej. I tak sobie kalkulowałam w swojej bystrej główce: skoro mam jeszcze dwie godziny do spotkania wyznaczonego na hali produkcyjnej, zdążę spełnić życzenie mojej matki, czyli kupienie opłatka…Bardzo lubię spełniać życzenia moich rodziców, których wzrusza nawet fakt, że dzwonię z pytaniem, czy nie kupić im bułek. – Miło mieć takie troskliwe córki –  powiedzieli, gdy wychodziłam – też chętnie ci pomożemy, jakby co –

Skrócik był przyjemny, droga wprawdzie całkowicie pokryta grubą warstwą śniegu, ale przejezdna. Na zakręcie, o dziwo, przecinał ją wartki strumyczek. Który przejechałam z fasonem, żeby ułamek sekundy później poczuć trzask i łupnięcie. Och, Stefan, sieroto jedna! Jak mogłeś nie zauważyć, że pod śniegiem jest lód, a pod lodem – półmetrowej głębokości Dziura, wyżłobiona przez strumyczek! Ale nas wpakowałeś! (czy wszyscy już zauważyli, że w chwilach kryzysu chętnie spycham winę na kogoś innego?).

Wyszłam, żeby ocenić szkody. Prosto w podstępną i niewidoczną kontynuację Dziury, a wtedy lód się załamał pod moim ciężarem (nie, no to była cienka warstwa lodu, o taka cieniuteńka, uwierzcie), w związku z czym malowniczo chlupnęłam po kolana w wodę. W wodę? No, nie wiem, dziwny ten zapach…Taki, hmm, organiczny…

Ach, no już wiem, co to za strumyczek – szambo nielegalnie puszczone z pobliskich domostw! Ślicznie, po po prostu ślicznie, Stefan i ja tkwimy po kolana i opony w szambie, i jakoś tak smutnawo mi się zrobiło i samotnie.

– Tato…pamiętasz, wspominałeś coś o pomocy? Bo ja chętnie skorzystam. Tylko weź kalosze –

Przyjechał tata. Z odsieczą i łopatą.  Łopata nie była szczególnie pomocna przy szambiastym strumyczku, ale tata owszem. Pchał. Ja pchałam na zmianę. Stefan jęczał i dymił. Dziura trzymała mocno. Zatrzymała się Pani z Psem.

– Musi pani zadzwonić do gminy, żeby wreszcie coś zrobili  z tą Dziurą –

Na szczęście na tym skończyła z kreatywnymi pomysłami, bo nie sądzę, żeby ci z gminy chcieli się taplać ze mną w strumyczku, i też zaczęła pchać. Tata pchał, Pani pchała, Pies, nie doceniając powagi sytuacji cieszył się z zamieszania, Stefan dawał z siebie wszystko. Ja zamieniłam się z tatą, który jako ćwierćinwalida po niedawnym upadku z drabiny nie bardzo się do pchania nadawał. Spod kół buksował śnieg z rozpuszczonym szambem.

Zatrzymał się Pan w Landroverze. Farciarz, ten to takie Dziury jednym skokiem załatwia. Pan się dołączył. No i  Pani w Czerwonym Opelku też, bo nie miała wyjścia – i tak zastawiłam cały skrót.

Rany boskie, jak w „Rzepce” normalnie, tylko boćka brakuje….

No i pchaliśmy, pchaliśmy, Dziura radośnie pluła szambem, Stefan wyrażał frustrację, Pies się cieszył. Jakąś godzinę to trwało. Ale  wypchaliśmy. Wyglądałam cudnie – do pasa niemalże pokryta śniegiem i szambem, w butkach pływały mi skarpetki, kurtka jak po zwiedzaniu kanałów – idealna kreacja na spotkanie ze scenarzystami. Stefan też nie był w najlepszej formie i łypał na mnie oskarżycielsko reflektorem. Co? To nie moja wina! To ty nie zauważyłeś Dziury, nie ja!

Grzecznie wyraziliśmy sobie różne tam wdzięczności i inne, rozchodząc się do samochodów, kiedy usłyszeliśmy głos Pani z Czerwonego Opelka, która właśnie ruszyła: – Przepraszam, ja właśnie wpadłam do takiej samej dziury, mogę państwo…?-

-Musi pani zadzwonić do Gminy…- prawie ugryzłam się w język, żeby się nie podzielić mądrością. Opelka też wypchalim.

Teraz mam potworne zakwasy. Kompletnie zniszczone buty o zapachu szamba. Wszystko łacznie z kurtką do prania. Katar jak cholera. Samochód prosto z Camel Trophy. Uraz do skrótów. Siwe pasemko na skroni. Nerwowy dygot na widok śniegu.

Mam dzwonić do gminy, żeby pokryli straty? Czy poczekać w domu na zwolnieniu lekarskim aż do wiosny? No, i czy mam przeprosic Stefana? Bo to, że mam unikać skrótów, to już sama wiem….

Jest nieśmiesznie

Ponieważ dzisiaj jestem naprawdę zła. I zaczynam poważnie myśleć o zmianie pracy, a to już niedobrze, bo jestem dość zrównoważoną osobą i byle co mnie nie wkurza.

Nie lubię telewizji. Nie lubię środowiska telewizyjnego. Chwilowo bardzo nie lubię mojej pracy. Nie od strony merytorycznej, tylko organizacyjno – projektowej. Ostatnio coraz częściej czuję się tak, jakbym została zatrudniona w firmie X do, powiedzmy zamiatania. A mój szef codziennie dorzucał mi kawałek podłogi więcej, potem uznał, że przy okazji mogę polerować meble, a później zarządził, że mam stanąć przy taśmie produkcyjnej, podpisać umowy z kontrahentem i zająć się reklamą produktu. Wszystko przy pomocy tej samej szczotki, którą dostałam na początku pracy…

Chrzanię taki system. Chrzanię taką robotę.

Nie macie pomysłu na fajne zajęcie dla absolutnie nie przebojowej,  introwertycznej, dość oczytanej kobiety w wieku średnim?

Kasa w Biedronce odpada (nie wytrzymam tak długo bez sikania), odśnieżanie zbyt sezonowe, nianią nawet dla swoich dzieci byłam kiepską, gotuję nędznie…

Za to czytam w trzech językach ( z tego w dwóch rozumiem to, co czytam), mam obszerną wiedzę na mnóstwo kompletnie niepotrzebnych i nieżyciowych tematów, znam się na pracach ogrodowych i wystroju wnętrz, ponadto umiem udzielać błyskotliwych, choć nie zawsze spotykających się z uznaniem porad na dowolny temat. Jakieś oferty?

 

wkręcona

Mój mąż szarpnięty prorodzinnymi wyrzutami sumienia bywa dość sympatyczny. Na przykład postanawia zabrać dzieci w niedzielę do kina, żeby jego strudzona żona odpoczęła. Żona wprawdzie nie planuje odpoczynku, tylko duże zakupy w supermarkecie, które, jak wiadomo, najłatwiej i najszybciej robi się w niedzielę o 9.00, ale i tak jest wdzięczna i kocha męża nad życie.

Dzieci wracają z tatusiem z kina, wesołe jak szczygiełki. Opowiadają matce na wyrywki historię, która wprawdzie streszczana w ten sposób jest dość niezrozumiała, ale zdaje się, że dobrze się bawili. Zwłaszcza Lola, która usadowiona na moich kolanach, nadaje bez przerwy:

– I wiesz, i jedliśmy popcorn, i spotkaliśmy koleżankę tatusia, i tatuś kupił mi misia, który gra kolędy….-

Eeee, wróć! Zastrzygłam uchem jak bojowy rumak przed walką.

– Jaką koleżankę tatusia? – pytam słodko i ostrożnie.

– No, taką jedną, nie pamiętam, jak miała na imię. Ale była z córką –

– Aaa, z córką? No tak, no tak. A ta koleżanka taty była ładna? – rzucam podstępnie i znienacka.

– Bo ja wiem – Lola  solennie się zastanawia – w sumie to ładna. Ale jej córka lubi Bakugany – kończy tonem wyrażajacym najwyższe potępienie.

– Ładna. Blondynka. Szczupła – dobiega mnie z drugiego pokoju głos Miśka.

Ten chłopak powinien siedzieć cicho! Ale dobra, może Lola jeszcze coś zezna, inwigilacja w toku.

– A powiedz mi, drogie dziecko – jak by tu podejść przeciwnika…- Jak tatuś mówił do tej koleżanki? Pani, czy po imieniu, czy może…koteczku? –

– Koteczku, koteczku – chichoce ubawiona  Lolka

– I po co to mówiłaś? – dochodzi mnie grobowy głos Miśka z pokoju obok – to miała być tajemnica! –

Zastygam w lekim osłupieniu i dopiero bezczelny rechot dzieci uświadamia mi, że zostałam najzwyczajniej w świecie wkręcona! Co za potwory!

 

kiedy Mikołaj powinien przestać jeść pierniki?

Niedziela – dzień świętego Mikołaja. U nas w tym roku nietypowo – potomstwo znalazło prezenty pod poduszką w niedzielę rano. Prezenty proste, ale wymagające różnego składania i kombinowania, więc podrzucenie ich w poniedziałek rano, kiedy  wiadomo, że z oglądaniem i zabawą trzeba poczekać do wieczora, wydawało nam się niepotrzebnym aktem okrucieństwa.

– Aaaaa! – triumfalny okrzyk Loli przeszył powietrze. Nie dlatego, że odkryła prezent, w końcu to tylko zabawka:-). Zbiegła boso z samego rana na dół, żeby sprawdzić, czy Mikołaj i jego renifery spożyli (hmm, spożyły?)  gustowny poczęstunek, złożony z marchwi, pierników i kubka mleka, zostawiony przy kominku. Jejku, jejku – kubek pusty, talerzyki też. Zjadły!!!!

Nie umiem, po prostu nie umiem zepsuć jej zabawy. Od roku subtelnie i mniej subtelnie przemycam info, jak to jest z tym Mikołajem, ale na próżno. Lola jest głucha i ślepa, twardo trzyma się swojej bajki i nie pozwala się z niej wyciągnąć. Od października tworzy kolejne wersje listów do Mikołaja, opatrzone kolejnymi punktami i przypisami. W miarę zbliżania się grudnia, listy mają coraz więcej grzecznościowych zwrotów i serduszek w nadziei zmiękczenia serca nieubłaganego starca, który przez cały rok podgląda, czy jesteśmy grzeczni.

Kiedy oglądałam kolejne wersje i zaczynałam hiperwentylować, przeliczając w myślach te rysuneczki  na twardy pieniądz, pytałam czasem nieśmiało – Lola, czy jesteś pewna, że Mikołaj da radę? Wiesz, to wszystko jest dosyć drogie…-

Lola jednak pogodnie odpowiadała za każdym razem – No wiesz, mamusiu, właśnie dlatego proszę o to wszystko Mikołaja. Wiem, że wy nie macie tyle pieniedzy, więc nie chcę tego pod choinkę. Widzisz, ile na mnie zaoszczędzisz? –

No i co teraz? Przecież nie mogę jej powiedzieć, że Mikołaj zrzucił na moje wątłe barki dofinansowanie zawartości swojego worka? Bezczelny brodacz swoją drogą!

Nie chcę odzierać jej życia do końca z magii. Kiedy jeszcze wierzymy we wróżki i w Mikołaja, i w to, że będziemy żyć jakąś nieskończoną ilość lat i że wszystko, dosłownie wszystko może się zdarzyć…Ja jeszcze doskonale pamiętam ten czas  – świat wydawał mi się wtedy nieograniczenie wielkim, przyjaznym i tajemniczym przestworem  z milionami otwartych drzwi. Chyba poczekam jeszcze chwilę, zanim zamknę jedne z tych drzwi.

Zresztą, w sumie, kto to wie, jak to jest naprawdę z tym Mikołajem? Pierniczki wprawdzie zjadłam, ale mleka i marchewki nie ruszałam, słowo…

Uwaga, tył zachodzi na zakrętach

– Hurra!!! mamo, śnieg!!!! –

No, hurra, hurra…Śnieg sypie faktycznie jak cholerna biała zaraza….

Mąż, posiadacz samochodu większego i bardziej stabilnego, a co najważniejsze, służbowego,  wyszedł godzinę wcześniej, żeby się przebijać jak gleboryzarka przez zaśnieżone ulice.

– Kochanie, odkopałem ci ścieżkę i podjazd przed garażem, powinnaś wyjechać, tylko nie wiem, czy pojedziesz dalej, bo na osiedlowych ulicach pełno śniegu. –

Śnieg sypie dalej, ja pierniczę, jak ja nie znoszę śniegu.

40 minut później odkrywam, że niespecjalnie można wyjść z domu, nie topiąc się po kolana. No dobra, w sumie lubię odśnieżać. I raz, i dwa, i raz…Namachałam się, spociłam solidnie, rozczochrałam, ale definitywnie da się wyjść. Ubieramy się! Konkretnie – ja się rozbieram, pot z czoła ocieram,  owijam Lolę jak ludzika Michelina w kolejne warstwy, pilotuję Miśka przez skomplikowany proces odnajdywania rękawiczek i czapki, znowu się ubieram, bo późno.

Śnieg sypie, ale przecież odśnieżone, nie?

Nie. W ciągu tych 10 minut przejechał pług, zgarniając śnieg z mojej ulicy. No, ładnie go zgarnął, w przepiękną hałdę tuż pod drzwiami garażowymi. Ja pier#$!%! Małoletni butami, ja łopatą – odśnieżamy. Jestem mokra, oni szczęśliwi, bo spóźnieni do szkoły, ja mniej, bo spóźniona do roboty. Ręce zaczynają mi lekko drżeć. To jeszcze nie kofeina, jeszcze nie zmęczenie, co to może być? Może leciutka poranna furia?

Śnieg sypie. Co nie przeszkadza mi w dowiezieniu młodych do szkoły. ABS ma okazję się wykazać, radośnie warczy przy każdym minimalnym depnięciu na pedał, samochód buksuje przy ruszaniu. Trudno mu się dziwić, skoro ulice w mojej wsi są pokryte mniej więcej 20 centymetrami rozjeżdżonego śniegu, nietkniętego przez służby drogowe.

Śnieg sypie – ciekawe, jakby słabiej. A przede mną starsza pani w Cinquecento na letnich oponach. I 15 kilometrów na godzinę wydaje sie jej rozsądnym tempem. Słusznie, po co się rozpędzać, skoro przed nami stoi autobus. Biedaczek, nie daje rady podjechać pod 10stopniowe wzniesienie drogi. Pani się poddaje, zastyga za autobusem. Ja, kamikadze polskich dróg, wyprzedzam…Juhu! Jadę, jadę – 30 kilometrów na godzinę, wiatr mi w uszach świszcze i drzewa migają. Jadę…nie jadę. Musiałam stanąć, żeby włączyć się do ruchu na głównej drodze. Co za pech, że akurat skrzyżowanie łączy się z minimalnym podjazdem pod górę. Łuuuuu, łuuuu…czego trąbisz, baranie? Sypiąc spod kół tonę śniegowej brei, rzeżąc, i jęcząc, i piłując silnik, udaje nam się wreszcie (mi i mojemu rumakowi szos) wtoczyć się na drogę. No, to teraz pooowolutku, pooomalutku, kolebiąc się w wyjeżdżonych rynienkach, dojeżdżamy do wylotówki na Warszawę. Ręce mi już nieźle drżą, bo ABS charkocze na każdym skrzyżowaniu i nie zawsze jestem pewna, czy zatrzymamy się na światłach, generalnie jestem blada i spięta jak przed własnym ślubem. 

Śnieg przestał sypać. Dojeżdżam do tabliczki z napisem Warszawa…..i nagle rozpościera się przede mną szeroka czarna wstęga szosy. Aż w oczy kole. Patrzę w lusterko – za mną białe piekło….Przede mną łagodny warszawski korek na cudownie czarnej nawierzchni. I brudna  ciężarówka z napisem: „uwaga, tył zachodzi na zakrętach”.

No, to chyba jakiś żart. Niech se zachodzi, nawet w mnogą ciążę. Oni mnie ostrzegają przed tyłem ciężarówki? Mnie, bohatera śnieżnego Camel Trophy? Mnie żadne tyły niestraszne! Ja się tylko boję spotkania z powiatowymi urzędnikami odpowiedzialnymi za stan ulic w mojej gminie. Jak nic, polałaby się krew….

 

Tupot baletek

Od wielu lat mój mąż jest głęboko przekonany, że ożenił się z wyrafinowaną intelektualistką. Chociaż to jedna z tych cech, za które kocham go i nie znoszę jednocześnie, nie wyprowadzam go z błędu, bo to łechce moją próżność. Pal licho, jeśli to przekonanie skutkuje nabywaniem mi cholernie intelektualnych dzieł literackich, których w przekonaniu męża nie kupuję sama wyłącznie z oszczędności. Ale kiedy decyduje się na zapoznanie mnie z szerokim wachlarzem innych usług kultury wysokiej, zamieram w lęku.

Niczego nie nauczyło go doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze ciągał mnie na operę. Kiedy na „Madame Butterfly” z szelestem szat wpełzł na scenę chórek, zawodząc „Ciociosan, Ciociosan”, a ja dostałam ataku spazmatycznego śmiechu. I kiedy na „Strasznym dworze” w trakcie przejmującej arii z dyktowego dworku opadł z brzękiem metalowy bocian, a ja znów z trudem dusiłam w sobie szatański rechot.

Tym razem, jak wierny retriver, zaaportował mi bilety na balet i czekał na pochwały. Balet, na litość boską! Czy ja wyglądam na osobę, która lubi balet?! (jeśli tak, nie piszcie tego, bo się załamię). No ale jak tu odmówić takiej wyrafinowanej, kulturalnej propozycji?

Poszliśmy na ten cholerny balet. „Kopciuszek” się nazywał. Kiecę sobie nawet na tę okoliczność nabyłam, z subtelnej czarnej koronki, choć z HMu, to z punktu widzenia kobiety w dżinsach i bluzach dresowych był to szczyt elegancji:-)

Taaaa….kupa ludzi. Wytwornie odzianych i prowadzących przyciszonymi głosami dyskusje o ostatnich interpretacjach kogoś tam w czymś tam. I ja. – Dobrze, że fotele wygodne – pomyślałam z wiarą, że co ja co, ale za długo tupać po tej scenie nie będą, bo się zmachają.

Muzyka pod sceną- no, nawet ładna, przyznaję z ociąganiem, a pan dyrygent uroczo siwy. A na scenie – Kopciuszek. Taki chudy, nieduży, w baletkach. Machaniem rąk i piruetami dawał nam do zrozumienia, że tęskni za matką (chyba, bo równie dobrze mogło to być zapalenie pęcherza, wstręt do brokułów czy tez inna trapiąca ja dolegliwość). Kopciuszek się namachał solidnie, ale niestety, oprócz niego była cała ekipa, która na zmianę prezentowała elastyczność swoich stawów. Dym spod baletek leciał, nóżki nad głowami latały jak granaty, a ja czekałam, lekko uśpiona muzyczką przez pierwszy i drugi akt.  Kiedy opadła kurtyna, z zapałem oddałam się klaskaniu. No, bo jednak miałam lekkie poczucie winy, że nie doceniłam artyzmu i w ogóle. Lecz cóż to? Niebiosa! Okazało się, że balet ma TRZY akty!

Kiedy znowu musiałam wrócić na mój fotel, ZNOWU tup, tup, wtuptał książę prezentujący w obcisłych gatkach klejnoty rodowe, znowu wpiruetował Kopciuszek tym razem ubrany w to zgrabne sztywne kółeczko, osunęłam się na oparcie i mściwie wyszeptałam do męża:

– Następnym razem JA wybieram rozrywkę! Idziemy na film „Maczeta” z popcornem i colą, a potem na hot-dogi!  I żadnej kultury wysokiej! Pełzać ma, ta kultura, przy samej ziemi! –

Pogawędka

– Misiek, jak tam w szkole? –

– Spoko, mama, wszystko OK, same nudy, żadnych problemów –

– A wiesz, idę jutro na zebranie, pani będzie dawać te kartki z ocenami –

Chwila namysłu, ba, wręcz głebokiej zadumy…

– Słuchaj, zapomniałem ci powiedzieć, ze dostałem pałę!-

– Z czego? –

– Z matmy…uff, ale ulga –

– Czujesz się lepiej, bo powiedziałeś mi prawdę? Pamiętasz, mówiłam ci, że tak będzie, od razu człowiekowi lżej, jak się przyzna –

– Co? Mama, ja nie o tym! Wiesz jaka to ulga, jak już tę pałę dostałem? –

-??????-

– Oj kurczę, wszystko ci trzeba tłumaczyć, jak nie wiem! No, czekałem od września, kiedy wreszcie dostanę pierwszą pałę i teraz mam spokój, stało się. Rany, od razu stres mniejszy! –

Czyli reasumując- groźba jest straszniejsza niż jej realizacja, tak? Czy ja nie zrozumiałam meandrów logiki dwunastolatka?