Tupot baletek

Od wielu lat mój mąż jest głęboko przekonany, że ożenił się z wyrafinowaną intelektualistką. Chociaż to jedna z tych cech, za które kocham go i nie znoszę jednocześnie, nie wyprowadzam go z błędu, bo to łechce moją próżność. Pal licho, jeśli to przekonanie skutkuje nabywaniem mi cholernie intelektualnych dzieł literackich, których w przekonaniu męża nie kupuję sama wyłącznie z oszczędności. Ale kiedy decyduje się na zapoznanie mnie z szerokim wachlarzem innych usług kultury wysokiej, zamieram w lęku.

Niczego nie nauczyło go doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze ciągał mnie na operę. Kiedy na „Madame Butterfly” z szelestem szat wpełzł na scenę chórek, zawodząc „Ciociosan, Ciociosan”, a ja dostałam ataku spazmatycznego śmiechu. I kiedy na „Strasznym dworze” w trakcie przejmującej arii z dyktowego dworku opadł z brzękiem metalowy bocian, a ja znów z trudem dusiłam w sobie szatański rechot.

Tym razem, jak wierny retriver, zaaportował mi bilety na balet i czekał na pochwały. Balet, na litość boską! Czy ja wyglądam na osobę, która lubi balet?! (jeśli tak, nie piszcie tego, bo się załamię). No ale jak tu odmówić takiej wyrafinowanej, kulturalnej propozycji?

Poszliśmy na ten cholerny balet. „Kopciuszek” się nazywał. Kiecę sobie nawet na tę okoliczność nabyłam, z subtelnej czarnej koronki, choć z HMu, to z punktu widzenia kobiety w dżinsach i bluzach dresowych był to szczyt elegancji:-)

Taaaa….kupa ludzi. Wytwornie odzianych i prowadzących przyciszonymi głosami dyskusje o ostatnich interpretacjach kogoś tam w czymś tam. I ja. – Dobrze, że fotele wygodne – pomyślałam z wiarą, że co ja co, ale za długo tupać po tej scenie nie będą, bo się zmachają.

Muzyka pod sceną- no, nawet ładna, przyznaję z ociąganiem, a pan dyrygent uroczo siwy. A na scenie – Kopciuszek. Taki chudy, nieduży, w baletkach. Machaniem rąk i piruetami dawał nam do zrozumienia, że tęskni za matką (chyba, bo równie dobrze mogło to być zapalenie pęcherza, wstręt do brokułów czy tez inna trapiąca ja dolegliwość). Kopciuszek się namachał solidnie, ale niestety, oprócz niego była cała ekipa, która na zmianę prezentowała elastyczność swoich stawów. Dym spod baletek leciał, nóżki nad głowami latały jak granaty, a ja czekałam, lekko uśpiona muzyczką przez pierwszy i drugi akt.  Kiedy opadła kurtyna, z zapałem oddałam się klaskaniu. No, bo jednak miałam lekkie poczucie winy, że nie doceniłam artyzmu i w ogóle. Lecz cóż to? Niebiosa! Okazało się, że balet ma TRZY akty!

Kiedy znowu musiałam wrócić na mój fotel, ZNOWU tup, tup, wtuptał książę prezentujący w obcisłych gatkach klejnoty rodowe, znowu wpiruetował Kopciuszek tym razem ubrany w to zgrabne sztywne kółeczko, osunęłam się na oparcie i mściwie wyszeptałam do męża:

– Następnym razem JA wybieram rozrywkę! Idziemy na film „Maczeta” z popcornem i colą, a potem na hot-dogi!  I żadnej kultury wysokiej! Pełzać ma, ta kultura, przy samej ziemi! –

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s