święta idą

No idą. I co z tego?

Staram się z siebie wykrzesać przedświąteczny entuzjazm, ale jakoś mi się nie udaje poczuć magii świąt. Wczuwam się, że tak powiem, rzutami.

Rzut numer jeden – zrobiłam ciasto na pierniczki. Odleżakowało się jak wino, ale kiedy w sobotę Lola zażądała wreszcie upieczenia pierniczków, przy piątej blasze wycinanek mamrotałam już niecenzuralne słowa. „Pieprzone choineczki” zdaje się, ale tak, żeby Lola nie słyszała.

Rzut numer dwa – rozejrzałam się po domu z niesmakiem. Przetarłam stół. Ułożyłam skarpetki w szufladzie – nie pytajcie, dlaczego uznałam to za element świątecznych porządków, bo nie wiem. Zdjęłam firanki z pokoju Loli. Pralka uprała. Uznałam, że chociaż pomarszczone, to czyste i powiesiłam bez prasowania. Reszta została, jak leży. Niesmak pozostał…

Rzut numer trzy – w nadziei na odkrycie nowego Graala wypieków świątecznych, siadłam przy komputerze poserfować po blogach kulinarnych. Po wstępnej eliminacji  (sernika nie lubimy, dzieci nie lubią orzechów ani maku w cieście, mąż nie lubi ciast z kremem, ja się odchudzam) postanowiłam upiec szarlotkę. Taki świąteczny akcent…

Rzut numer cztery…czekam na rzut numer cztery, który być może pozwoli mi pozbyć się stosu prania z łazienki, wkładów do butów narciarskich, które czekają na upranie, plam z kocich łap na szybach, zapleśniałych serków z lodówki i tajemniczych plam z kanapy (ketchup? ślady po mordzie rytualnym? kocie wymioty po zjedzeniu krwistej myszy?)

W sobotę koło jedenastej dostałam nagłego ataku śmiechu. W domu kurz i rozpierducha, dzieci w pidżamach oglądają kreskówki, mąż zabiera się do śniadania, a ja siedzę na kanapie pod kocem i czytam fascynujące dzieło fantasy „Magia uderza”. Zamiast jak 80 procent populacji tego kraju, stać w kolejce, ganiać z odkurzaczem czy mieszać kapustę.

Magio świąt, przybywaj! Rączym kłusem, najlepiej na tym świecącym reniferze, który stoi na tarasie, odkąd posłałam męża po choinkę. Typowe, swoją drogą. Wysyłasz męża po świerk, on przychodzi z jodełką  i świecącym na niebiesko reniferem pod pachą…Muszę przyznać, że osłupiałam na dłuższą chwilę, zobaczywszy ten wybryk świątecznej komercji:-) Chociaż w sumie wygląda słodko, zanurzony po te swoje świecące kolanka w śniegowych zaspach.

Renifer, a nie mąż rzecz jasna.

Mąż jest zanurzony wyłącznie w Wigiliach, co mnie bawi niemal do łez. Od miesiąca odbył już jakieś osiem Wigilii w różnych gronach, z których większość organizował. Trochę się boję, że w piątek mąż przyodzieje garnitur, stanie za stołem i wygłosi zwięzłe expose na temat świąteczny, po czym poklepie nas po ramieniu i obdaruje czekoladkami w firmowym pudełku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s