bonusy i dylematy

Bycie rodzicem jest jak gra komputerowa. Wymaga zręczności, refleksu, sprawnego przechodzenia kolejnych poziomów, a czasem cierpliwego przechodzenia po sto razy jednego, zanim odkryjesz właściwą drogę. Na szczęście są bonusy, dzięki którym masz wrażenie, że przeskoczyłeś co najmniej jeden poziom wyżej.

W moim prywatnym rankingu bonusów rodzicielskich aktualnie na pierwszym miejscu jest oświadczenie Loli:

– Wiesz, czemu ci się urodziłam? Bo już w twoim brzuchu wiedziałam, że będziesz super fajną mamą –

Chociaż nie wiem, czy nie większą rangę ma powierzenie mi przez Miśka Bardzo Prywatnej Tajemnicy. Z gatunku tajemnic, których ja, mimo dobrego kontaktu z własną matką, nigdy jej nie powierzałam.

Czuję się mocno zmotywowana. Od czasu mojego buntu, czyli decyzji o pracy w domu przez połowę tygodnia, mam dużo więcej czasu dla dzieci. Wystarczająco, żeby w tym ciepełku i mojej  uwadze rozkwitły jak tulipany na grządce.

Tylko że mam dylemat. Z jednej strony spędzała mi sen z powiek myśl, że za cztery miesiące skończy się projekt, a ja zostanę bez pracy i kasy. Z drugiej strony dostałam właśnie propozycję samodzielnego poprowadzenia nowego projektu, co powinno mnie uskrzydlić, a nie uskrzydla. Bo projekty się zazębiają, co oznacza, że przez kilka miesięcy musiałbym ciągnąć dwa wózki. Czyli zachetać się równo, bo to oznacza totalny brak czasu dla małoletnich i pracę non stop.

I kurczę, dla mnie to są prawdziwe dylematy pracujących matek. Codziennie dokonujesz wyborów, które oznaczają, że albo nie będziesz solidnym pracownikiem, albo zaangażowaną matką. Zostać na ważnym zebraniu, czy iść na wywiadówkę? Wziąć dodatkową pracę, za którą zostaniesz doceniona, czy poświęcić ten czas dzieciom, które ewidentnie tego potrzebują? Pograć wieczorem z dziećmi w Scrabble, czy przygotować się do spotkania?

Mam wrażenie, że jestem do dupy. Bo nie umiem rozciągnąć doby do 30 godzin. Bo z tych tytułowych czterech godzin dla dzieci robią się czasem dwie, albo i mniej. Bo nie umiem tak wypośrodkować, żeby czegoś przynajmniej czasowo nie zawalić. Myślałam, że będzie łatwiej. Że takie duże dzieci, jak moje, właściwie nie potrzebują mnie na co dzień. Guzik. Potrzebują jak cholera. Uwagi. Czasu. Rozmowy. Wspólnego robienia czegoś.

A ja potrzebuję pracy. Żeby nie zgnuśnieć umysłowo. Żeby mieć coś swojego, swoich znajomych, swoją gimnastykę dla szarych komórek. Żeby ktoś mnie pochwalił za coś innego, niż dobry kotlet. Taka próżna egoistka ze mnie.

No dobra, zamiast marudzić, idę negocjować. Może coś się poprzesuwa, coś zakombinuje, i małoletni będą syci, i Asia cała. Albo na odwrót:-)

 

 

Ciężka praca intelektualna

Wczoraj. Siódma godzina spotkania ze scenarzystami. Ogólny marazm, bo nikomu się już nie chce kłócić. Kolega układa pasjansa. Drugi rozkłada zegarek na części pierwsze. Koleżanka coś pracowicie pisze, co budzi nadzieję, że przynajmniej ona robi notatki ze spotkania.

– Jak sie pisze „harówa” ? – odrywa się od pracowitego stukania w laptopa.

– A co? Notujesz? – ożywiamy się z lekka

– Nieee, piszę email do kolegi… –

 

Jesteśmy zmęczeni. Do setnego jeszcze jakoś szło. Teraz już sami nie wiemy, jaką krzywdę zrobić jeszcze bohaterom, jakie kłody rzucić im pod nogi, jak im namieszać w życiu. Już prawie dochodzimy do limitu zgubionych dzieci, odnalezionych ojców, byłych kochanek i intryg czarnych charakterów. Został nam jeszcze tylko konflikt nuklearny, uśmiercenie brata żony kochanka i podpalenie schroniska dla bezdomnych jeży. No i seks. Jeśli, jak mawiają, jest to jedna z tych przyjemności, które im dłużej przeciągane, tym lepsze, to u nas  będzie orgazm stulecia. Po stu odcinkach…rany, nawet my juz nie wiemy, jak ich trzymać z dala od siebie.

Obiecuję, dam znać, kiedy uda nam sie wreszcie ulokować bohaterów w jednym łóżku, i żeby w dodatku nikt im nie przeszkodził w trakcie:-)

w marcu jak w garncu

Omójboże, nie mam czasu na pisanie. No, dajcie, ludzie, spokój, wiosna mnie zaskoczyła jak drogowców. Roboty po uszy…

Manuela się zamotała w takie perypetie, że już trzeba ją dźwigiem z nich wyciągać, a jeszcze nie doszliśmy nawet do pierwszego seksu. Głupia ta bohaterka jak bułka z masłem i nijak nam  nie chce wyjść mądrzejsza. Taka karma chyba. Drugoplanowi na szczeście nadrabiają. Moja maman twierdzi, że telenowela nawet fajnie się ogląda, poza głównymi bohaterami. W sumie to inspirująca refleksja. W najbliższym czasie zamierzam napisać „Romea i Julię” bez Romea i Julii, oraz „Strażnika Teksasu” bez Chucka Norrisa.

W ogródku buzuje. Kocie kupy (oj, Półkocie, doczekasz się eksmisji za pozostawianie ekstrementów na powierzchni) wesoło wysychają na grządkach, tulipany wyłażą w bardzo dziwnych miejscach (zupełnie nie pamiętam, żebym je tam sadziła), jakieś zielone wypełza spod zeszłorocznych liści, no i zaczął się sezon na ogryzione myszy. Wczoraj znalazłam mysiego pierwiosnka, czyli pierwszą bezgłową mysz na schodach wejściowych. Czy wiecie, że w mojej okolicy 80 procent mysiej populacji jest zarażone tasiemcem? Muszę porozmawiać z Inką o zasadach bezpiecznej konsumpcji, bo temat bezpiecznego seksu już przerobiłyśmy (pamiętaj, jak usłyszysz te przeraźliwe miauki i jęki, NIE wychodź z domu, bo ci się oberwie od tych bardziej nastawionych na rozród kotek). Nie wiem, jak to zrobić…spożywaj wyłącznie myszy opatrzone pieczątką nadzoru weterynaryjnego? Albo, za przykładem mojego supermarketu: jedz myszy z czystych ekologicznie rejonów Polski?

Na dodatek Misiek wybiera gimnazjum. Co tam, od razu skłamałam. Ja wybieram gimnazjum dla Miśka. Spalam się przy tym emocjonalnie i energetycznie. „Wybór gimnazjum dla dziecka metodą zachowania smukłej sylwetki”.

Gimnazja sa społeczne, prywatne i publiczne. Małe i duże. Świetne edukacyjnie i te mniej, ale bezpieczne. A przede wszystkim sa gimnazja w Warszawie, Pobliskim Mieście i Mojej Wsi. Jasna cholera, wykańczają mnie potencjalne konsekwencje, przesadzone wizje spartaczonej przyszości pierworodnego, narkotyków w toalecie z jednej strony, a wyścigu szczurów i nerwicy szkolnej z drugiej. Ale dobra, jeszcze o tym napiszę, jak mi się w głowie już poukłada.

Mąż  dzisiaj wyjechał. Chyba będę za nim tęsknić, ale pewnie za dopiero za dwa, trzy dni. Jak już dokończę „Grę o tron” Martina i nie będę miała co robić wieczorem. Dzieci nie wyjechały. Szkoda, mogłabym za nimi potęsknić. Jakiś dłuższy czas.

Acha, Lola zapomniała, jak się jeździ na rowerze. Przysłowia kłamią. Jedzie tylko prosto i bez przerwy krzyczy, że się boi. Chyba przeniosę sie z dalszą nauką do lasu, bo po ostatnim weekendzie sąsiedzi masowo sprawdzali telefony do opieki społecznej.

Sami widzicie, no nie mam czasu na bloga….

Zajętości

No, zajęta byłam. Świętowałam. Wreszcie udało mi się wytrzeźwieć po poniedziałkowych uroczystościach. Jak to, jakich? Nie wiecie? Był Światowy Dzień Liczby Pi. Niezwykle istotny dzień dla każdego, kto rozumie gigantyczny wpływ liczby Pi na nasze codzienne życie. Jeśli ktoś zapyta z przekąsem, dlaczego w takim razie świętowałam, odpowiem szczerze – nie wiem.

No i  był Światowy Dzień Bez Facebooka. Dla mnie osobiście bardzo ważny, zważywszy na fakt, że każdy mój dzień jest dniem bez Facebooka, więc poczułam się wreszcie integralną częścią społeczeństwa.

Jestem  także zaangażowana w typowe dla meteopaty cierpienia pogodowe. Wiatr wdziera mi się zatokami do czaszki i narusza wątłe więzadła, które trzymają na miejscu mój mózg, więc od dwóch dni mam wrażenie, że coś malutkiego tłucze mi się przez przerwy między oczodołami i potylicą. Im dłużej trwa taka pogoda, tym bardziej to coś się kurczy, aktualnie jest rozmiarów orzeszka pistacjowego i uniemożliwia mi skonstruowanie poprawnie zbudowanego zdania. Jak tu żyć? O pracy nie wspominając.

Misiek jest zajęty teraz wyłącznie dojrzewaniem. W związku z tą zajętością pani od matematyki zwierzyła mi się, że podczas sprawdzania testu dwa razy czytała nazwisko na pierwszej stronie, bo nie chciała uwierzyć, że jeden z jej najlepszych uczniów popełnił cos tak strasznego. Jeszcze miesiąc temu Misiek pławił się w glorii po zajęciu pierwszego miejsca na ważnym turnieju szachowym. Turniej tydzień temu zawalił koncertowo. Dziecko mi się po prostu zawiesza. Tkwi nieruchomo, nic nie robi, generalnie ignoruje mnie i rzeczywistość. Nie mógłby sobie wybrać innego terminu na dojrzewanie? Tak gdzieś za pięć lat? A nie parę tygodni przed egzaminami do gimnazjum?

Lola też jest zajęta. Nie wiem czym, bo jestem kiepską matką i nie mam siły tego sprawdzać. Sądząc po ilości brudnych dziecięcych butów, na które nieustannie wpadam, głównie życiem towarzyskim. Sądząc po wyglądzie mojego domu, także piętrzeniem bałaganu. Sądząc po jej wyglądzie…no, mogłaby się uczesać.

Mąż…no, co ja będę pisać. Wszyscy wiedzą, jak jest. A teraz nie ma go jakby bardziej niż zwykle (Im bardziej Puchatek zaglądał do domku Prosiaczka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było).

W związku ze stałym kurczeniem się narządu pisarskiego i chwilową, mam nadzieję, indolencją, muszę poczekac na zmianę pogody, aby móc kontynuować działalność.

Półkot i opozycja podwórkowa

Półkot mi się zbiesił. Najwyraźniej uznał, że czasy opozycji się skończyły i czas znaleźć sobie stołek, a nawet kanapę w kręgach władzy.

Pisałam już kiedyś, że mam półtora kota – kota właściwego, wybranego przez społeczeństwo, oraz Półkota, który uznał, że wkręci się przez zasiedzenie do rządu. Rozlokował się więc w moim ogródku i prowadzi subtelną wojnę podjazdową, obliczoną na przejęcie władzy.

Półkot czeka na mnie rano, kiedy wychodzę z domu. Odpracowuje poranny rytuał miauknięć, miziania, ocierania się o nogi i ogólnego podlizu, dostaje śniadanie, które rąbie ze zdrowym apetytem, po czym wraca do procederu dawania mi do zrozumienia, że jestem ogólnie rzecz biorąc cudowna. Wieczorem wyczuwa jak radar mój powrót i czeka pod garażem, z ogonem postawionym radośnie do góry, po czym powtarzamy rytuał pochlebstw i karmienia. W wolnych chwilach, kiedy Półkot nie jest zajęty kocimi sprawami, wpada do mnie, żeby przytulić się na chwilę albo przynajmniej popatrzeć rozkochanym wzrokiem przez kuchenne okno.

Inka, mój kot właściwy, ma do Półkota stosunek typowy dla relacji – władza – opozycja. Kiedy Półkot pojawia się na widoku, Inka wskakuje na najwyższy w otoczeniu punkt. Siedzi tam zjeżona i mamrocze pod nosem bardzo brzydkie inwektywy, chociaż stara się w mojej obecności nie atakować Półkota zbyt intensywnie. Może dlatego, że dałam jej do zrozumienia , że zasadniczo żadna władza nie jest wieczna, a w ogóle to mogłaby brać przykład z kolegi, a nie robić mi łaskę, że do michy podejdzie.

Niestety zakusy Półkota na przejęcia rządów są skazane na niepowodzenie. Popiera go wprawdzie połowa społeczeństwa, czyli ja i Lola, jednak druga połowa, czyli mąż i Misiek, jest zdania, że król jest tylko jeden i nie ma mowy o żadnej dwuwładzy.

Półkot jednak głupi nie jest.  W obecności męża udaje zwykłego podwórkowego kota (ja tędy tylko przechodziłem), dopiero kiedy widzi mnie, pokazuje na co go stać.

No i wczoraj odbyła się  demonstracja, a może próba przejęcia władzy? Półkot skorzystał z niedomkniętych drzwi, rozwinął sztandar, czyli ogon wielki puchaty, i wmaszerował prosto do pokoju. Gdzie, zerkając spod oka na Inkę, ulokował się na środku kanapy.

Inka osłupiała. Widziałam, jak przez chwilę myśli gorączkowo, co zrobić? Na wyciąganie haków (typu podrzucenie ogryzionej myszy) za mało czasu, na zrobienie czarnego piaru też.

Wybrała wariant – jesteśmy z ludem, a lud nas popiera. Wlazła mi na kolana, mocno spięta i zjeżona i zastygła tam, cicho warcząc. Półkot leżał, też nieco zjeżony i spięty z powodu własnej odwagi. Ja siedziałam i trochę bałam się ruszyć. Bo eskalacja konfliktu mogłaby się odbyć na przykład na stole, gdzie stoi moja doniczka z żonkilami. W końcu przerwałam impas. Inka została nieco wbrew swojej woli ulokowana w łazience, a Półkot, hmm, też wbrew swojej woli, wrócił do ogródka.

Teraz jest chyba urażony. Nie przyszedł na śniadanie. Martwię się, czy wróci. Nie wiem, jak mu wytłumaczyć, że taki układ to całkiem zdrowy układ. Władza bez opozycji ma skłonność do marazmu i olewania społeczeństwa, a z kolei opozycja ma zdecydowanie więcej wolności, no i sympatię ludu.

Półkocie, wróć! Ponegocjujemy. Może dogadam się z Inką i odpali ci kanapę choć na jeden wieczór w tygodniu?

rodzina pod wpływem

Garść sytuacji z poprzedniego wieczora, które chyba skłonią mnie do napisania dzieła: „Rola telewizji w przeformatowaniu współczesnej rodziny”.

Jeżeli twoje siedmioletnie dziecko na propozycję wątróbki na jutrzejszy obiad odpowiada ponuro: – Wolałabym już zjeść surowe jądra kozy, a co to są jądra, mamo, tak przy okazji? –

Jeżeli czujesz małą łapkę klepiącą cię znienacka po pośladku, pytasz rytualnie – kto to mnie poklepał? – , i słyszysz odpowiedź: – John Kepler, mamusiu, to on! –

Jeżeli zadajesz siedmiolatce pytanie: – Czy możesz mi powiedzieć, panienko, kto tu tak potwornie naśmiecił? – a ona odpowiada ci z nienaganną dykcją: – Nie odpowiem na to pytanie przed przybyciem mojego adwokata –

Czujesz się trochę dziwnie. Zwłaszcza że nie masz, do cholery, pojęcia, kim był (jest?) ów Kepler, co cię klepał po tyłku – chyba przegapiłam ten program na Discovery, chociaz nazwisko brzmi znajomo…

Jeżeli jednak twoje dzieci sprawdzają program TV, po czym upominają cię surowo: 

– Pamiętaj, że o 20 jest twoja ulubiona kreskówka, bo potem będziesz miała pretensje, że nie obejrzałaś –

Jeśli orientujesz się, że od dziesięciu minut prowadzisz ożywioną i pełną emocjonalnego zaangażowania dyskusję na temat: Kto jest fajniejszy – Doktor Dundersztyc czy Ferb?

Jeżeli odkrywasz, że naprawdę interesuje cię, co tym razem wymyślił Pan Kot, a przy odkurzaniu nucisz  najnowszy przebój Hany Montany (- Mamooo, co ty śpiewasz, rany, błagam, uspokój się, kobieto – )

Zaczynasz się naprawdę niepokoić. Czy nie nastąpiło jakieś przesunięcie na linii?

Na wszelki wypadek mówisz surowym głosem: – Dzieci, do łóżek! Lola, kładź się, to ci poczytam –

Po czym słyszysz: – Mamo, wiesz, nie chciałabym cię zbytnio obciążać. Może tata mi poczyta, a ty zrób sobie ziółek –

Od jutra oglądam wyłącznie programy publicystyczne i TVP Kultura. Już ja ich załatwię. Ich własną telewizyjną bronią!

Zwisa mi

Twarz mi zwisa…Ja pierdzielę! To koszmarne marcowe słońce wali prosto przez  okna, ujawniając wstrząsające rzeczy, na przykład ruinę mojego oblicza, jeszcze niedawno przyjemnie gładkiego i okrągłego jak nadmuchany balonik. Teraz z balonika z lekka uszło powietrze, tworząc zupełnie inny owal…Jaki owal, cholera? Raczej nieregularny prostokąt. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze przed czterdziestką (która już dyszy mi w kark obmierzłym oddechem) będę wyglądać jak basset.

W odruchu panicznego lęku prosto z fotela fryzjerskiego pobiegłam do gabinetu obok, gdzie urzęduje kosmetyczka. I wiecie co? To był błąd.

Pomijam fakt, że tak ostro świecącej lampy nie ma nawet moja dentystka. I kiedy rzeczona kosmetyczka walnęła mi w oczy tymi luksami, musiałam powstrzymać się przed tym, żeby nie przyznać się do tego, że to ja wyżarłam mojej siostrze cukierki, które zbierała przez cały adwent….

Ale zaraz mi przeszła ochota na zeznania, kiedy pani zaczęła oglądać i międolić moje obłości i zwisy z zatroskanym wyrazem twarzy.

– No taaak – zaczęła nie wiedzieć czemu, ponuro – zmarszczek to pani nie ma –

– Yes, yes, yes! – zakrzyknęłam w duchu i chciałam zerwać się z fotela, ale kosmetyczka przytrzymała mnie zapaśniczym chwytem.

– To się zdarza, przy odpowiednim poziomie tkanki tłuszczowej…-

– O nienienie, bez takich proszę – to znowu tylko w duchu, bo kosmetyczka mocno trzymała mój otwór gębowy

– Oczywiście w tym wieku – o boże, ona znowu mnie obraża – widać pewien spadek napięcia skóry –

Przejdźmy do konkretów, zanim ją obezwładnię i ucieknę…

Otrzymałam następujące propozycje zapobiegania erozji:

– fale radiowe (bez jaj, jakby radio emitowało fale, to byłabym napięta jak trampolina)

– mezoterapia igłowa (dziesiątki wkłuć w twarz, taką maciupką igiełką, hłe, hłe)

– botoks (odmawiam przyjmowania jadu kiełbasianego nawet przez skórę, jestem zwolenniczką świeżych produktów)

– peeling chemiczny (czyli odpowiednik zrzucania skóry przez węże, malownicze, aczkolwiek raczej w programie Discovery, a nie na własnej twarzy)

– przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza

Wybieram wariant ostatni. Współczesna kosmetologia przypomina mi program „Pogromcy mitów” , tylko na żywych modelach. Nie wierzę, że kobiety są gotowe na tak surrealistyczne eksperymenty, żeby przez jakiś czas wyglądać ładniej. Zresztą co ja opowiadam. Poczekajmy do tej magicznej czterdziestki, a zacznę inaczej śpiewać….

Kocie siki i patologia

– Czemu tu śmierdzi kocimi sikami? –

Człowiek z pracy skonany wrócił. Założył ulubiony dresik. Z przyjemnością odkrył, że małoletni zgodnie siedząc przy koputerze, komponują jakąś wielopokoleniową rodzinę w Simsach. Z lubością przywlókł kocyk w okolice kanapy, wydłubał z półki świeżo pożyczoną lekturę i nawet otworzył nową paczkę gorzkich ziółek. Ziółka zaparzył, postawił na ławie, tuż obok wafelka, i już zawisł dupą nad kanapą, kiedy poderwało go straszliwe doznanie węchowe. Siki kocie mianowicie.

 Uwierzcie lub nie, każdy właściciel kota wyczuje taki zapaszek natychmiast. Zwłaszcza takiego kota, który okres nastoletniego buntu spędził obsikując narzuty, koce, poduszki, łóżka i cokolwiek mu pod cewkę moczową popadło. Ale przecież Inka już nie sika? Znaczy, na pewno wydala, ale dyskretnie, kulturalnie, w ogródku sąsiadów. Już ze trzy lata co najmniej nie popuściła nawet kropelki w domowych pieleszach! Może chora?

– Misiek, czujesz siki? –

Mój syn nie czuł. Moja córka powiedziała, że coś czuje, ale nie wie co, w dodatku jest zajęta, bo jej żona właśnie będzie rodzić dziecko. Byłam tak zdekoncentrowana  bodźcem zapachowym, że nie zwróciłam uwagi na to wyznanie i poderwałam tyłek, żeby powęszyć. Eau de kot unosiła się wyraźnie w obrębie kanapy. Poduszki? Starannie obwąchałam po kolei każdą z nich. Nie, to nie to.

– Znudziło mi się to dziecko, nic nie mogę przez nie zrobić – usłyszałam zniechęcony głos Loli 

Postanowiłam odłożyć wykład o odpowiedzialności rodzicielskiej na później i zanurkowałam pod kanapę. Kurz, dwie piłeczki, 50 groszy, skarpety Miśka, mnóstwo kredek. Ale nie śmierdzi. Wychylam głowę do góry – śmierdzi. Wsadzam pod kanapę –  nie śmierdzi.

– Przestań je karmić, to przyjdzie opieka społeczna i ci je zabierze – życzliwa porada Miśka poderwała mnie spod kanapy tak szybko, że huknęłam głową o ławę.

-Człowieku, co ty jej opowiadasz? ..Eee, zaraz, tu jakby śmierdzi bardziej? – po raz kolejny nie mogłam podjąć tematu, bo zapach się nasilał.

– Gadaj zaraz, cholero, siknęłaś? I gdzie, błagam, gdzie? – Inka rozparta na fotelu spojrzała na mnie tylko jednym wpółotwartym okiem, ale to wystarczyło. Bezbrzeżna pogarda kapiąca z zielonego ślepia wypaliła mi dziurę na czole. Przekaz był czytelny: Ona sika, gdzie chce. Ale. Ona nigdy nie sika w domu i mam sobie odpuścić te głupawe insynuacje. Jeśli będę podtrzymywać te niedorzeczne oskarżenia, ona pójdzie na górę, gdzie dopiero mi pokaże jesień średniowiecza na przykład w mojej świeżo posprzątanej szafie.

Otrząsnęłam się nerwowo. Zwłaszcza że jednocześnie moje czujne ucho wyłowiło dalszą część perory Miśka: – Ja kiedyś moje dziecko zamurowałem w pokoju i dopiero mi je zabrali –

Byłam bliska paniki. Przebywałam w jednym pomieszczeniu z młodocianym przestępcą, morderczo nastawionym kotem i natrętnym zapachem kociego moczu. Jedynym wyjściem wydawała mi się szybka ewakuacja. Tylko ten, no, prowiant na drogę trzeba. Wafelek, ziółka…eee, zaraz, ziółka…Dziwne.

– Hi, hi, mamo, co ty tak śmiesznie robisz? – rechot Loli oderwał mnie od faktycznie dziwnej czynności: klęcząc przy ławie wykonywałam coś w rodzaju pokłonów nad parującym kubkiem ziołowej herbaty. No, ale uwierzyć nie mogłam, słowo daję: nachylam sie nad kubkiem – śmierdzi, podnoszę, przestaje.

Nowa herbatka o aromacie kociego moczu została wyrzucona, kota przeproszona, Misiek opierdzielony za przekazywanie niewłaściwych wzorców, Lola pouczona w temacie właściwej opieki i odpowiedzialności. Wieczór jakoś się nie udał.

medytacje z głębi szafy

Wiosna idzie! Słońce prześwietla brudne szyby, śnieg topnieje, a Asia sprząta w szafie.

Dwa razy do roku podejmuję się tego koszmarnego zadania, jakim jest wywleczenie niechlujnego kłębu ciuchów i poskładanie ich w kosteczkę. Który to efekt utrzymuje się oczywiście maksymalnie przez dwa tygodnie…Kiedyś udręczona tym zadaniem zapytałam męża, jak to się dzieje, że on nigdy nie sprząta swojej szafy: – Bo ja, moja droga – powiedział ten gad z wyższością w głosie – zawsze składam ubrania przed włożeniem do szafy –

– No, ale kiedy przebierasz się sześć razy przed wyjściem do pracy i bardzo się spieszysz? –

– Ja NIGDY nie przebieram się sześć razy przed wyjściem, to irracjonalne – dobił mnie mój domowy miłośnik porządku.

No tak, jestem irracjonalna. I nie tylko. Kiedy przekopywałam się przez stosy szmat, zaczęłam z nudów przeprowadzać malutką psychoanalizę na podstawie mojej garderoby. Otóż każdy psycholog, rzuciwszy okiem w głąb mojej szafy dowie się, że:

– jestem chaotyczna i niekonsekwentna (ubrania w..zaraz..tak, w trzech różnych rozmiarach)

– lubię wtapiać się w tłum i udawać że mnie nie ma (szaro, szaro, trochę czarnego, beżowo, brązowo, ooo, jeden czerwony sweterek na dnie i jedna różowa bluzka – niesamowite, nawet nie wiedziałam, że taką mam)

– mam swoje marzenia o byciu kobietą szykowną (dwie spódnice ołówkowe i dwa żakieciki o minimalnym stopniu zużycia, lekko zakurzone)

– ale na co dzień wygrywa we mnie skłonność do luzactwa (stosy znoszonych bluz, tshirtów i, rany boskie, nie do wiary, siedem par zmaltretowanych dżinsów)

Samą mnie zadziwia moja niekonsekwencja. Kilka lat wymuszonej, maksymalnej ascezy finansowej sprawiło, że ubrania kosztujące  powyżej 100 – 150 złotych uważam za niewybaczalną i zbędną fanaberię. Jednocześnie ta sama asceza (przez traumatyczne 2,5 roku kupiłam sobie wtedy wyłącznie JEDNĄ parę skarpetek) sprawia, że bez sensu kupuję wciąż nowe ubrania, mające mi zrekompensować trudne czasy.

No i obserwacja ostatnia: zauważyłam, ze automatycznie wkładam z powrotem do szafy pewne ubrania, ignorując fakt, że są one , cóż… brzydkie? rozwleczone? sprane do poziomu szmaty? No tak, połapałam się po chwili, to moje ubrania na receptę.

Też tak macie? Bo ja mam spodnie na ból brzucha. I męską koszulę na syndrom PMS. I flanelową bluzę na przeziębienia. I pluszowe skarpety na smutek. I taki ogromny, szary sweter na kłótnie małżeńskie. No i oczywiście obowiązkowy pakiet na dni, kiedy czuję się gruba i brzydka.

Medytując składałam. I segregowałam. Odłożyłam wielką torbę ubrań w rozmiarach mocno niekonwencjonalnych i takich, których nie założyłam od trzech czy czterech lat, ale po prostu nie mogę się ich pozbyć- pomieszkają na strychu. Teraz na półkach mam koszulki w kosteczkę. I wysunęłam bliżej drzwi szafy ten żakiecik, może udźwignę emocjonalnie bycie kobietą szykowną przez dzień czy dwa. W końcu wiosna idzie…

 

 

Zupełnie nowy nałóg

– Jak to jesteś głodna? Godzinę temu robiłam tosty na kolację. Co, trzy godziny temu? Przesadzasz, zresztą, idź do lodówki i coś sobie wygrzeb –

– Nie ma mowy, sprawdzisz sobie jutro. Czemu teraz, czy to nie wszystko jedno, kiedy się dowiesz, czy wygrali, czy przegrali? Oj, daj spokój, dziecko, sprawdzę później, napiszę ci na kartce, to sobie rano przeczytasz…-

– Kochanie, błagam, połóż Lolkę spać, bo ona mi tu głowę wsadza i nie widzę. Jak to mecz oglądasz? No dobra, ferie są, nich się jeszcze poplącze. Tylko, Lola, żabko, idź przytulić się do tatusia…-

– Dajcie że mi wszyscy wreszcie spokój, do cholery. Człowiek nie ma w tym domu w ogóle czasu dla siebie! –

Tak wyglądał mój wczorajszy wieczór. Oczywiście do momentu, kiedy wszyscy poszli spać, a ja zostałam nareszcie sam na sam z komputerem i grą zręcznościową w układanie kolorowych kamyczków…

Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy w życiu nie grałam w żadne gry komputerowe. Uwierzą może ci, którzy przeczytali o moim ogólnie niechętnym stosunku do zagadnień informatycznych.

To wszystko przez Wildfemale, która mnie kusiła, kusiła, aż skusiła tymi swoimi gierkami na blogu! A jak już odkryłam satysfakcję płynącą z przejścia do następnego etapu, gwoździem do trumny okazała się gra od kolegi Maurycego, czyli karmienie zombiaków hamburgerami. Czułam się tak sfustrowana tym, że mi nie wychodzi i że w rezultacie wciąż pożerają mnie  zombie, że postanowiłam potrenować w domu na czymś prostszym o podobnej zasadzie.

No i  zaczęłam trenować…Moje dzieci, na początku ubawione niecodzienną aktywnością mamusi, szybko zaczęło się niecierpliwić. Lola wisiała mi nad głową i jęczała, ze się nudzi, Misiek krążył jak sęp, usiłując odzyskać swoje terytorium, mąż chciał mi coś opowiedzieć…

Nie do wiary, jak bardzo rodzina przeszkadza w realizacji swoich rozrywek i planów. Skandal! Czy oni nie rozumieją, że to nie książka, którą można odłożyć? Przecież stracę punkty! Nie przejdę na następny poziom! Spadajcie!

W końcu zrezygnowany mąż zabrał małoletnich na górę, a ja z rozkoszą oddałam się mojemu nowemu nałogowi. No, wreszcie cisza! Ja i kolorowe kamyczki. Ha! Już dwunasty poziom, ale jestem boska…

O wpół do dwunastej  z góry zszedł cierpiący na bezsenność Misiek. Stanął przy mnie cichutko i popatrzył na upadłą rodzicielkę (błędny wzrok, włos zmierzwiony, wypieki na policzkach).

– Oj, matka, matka – westchnął i poklepał mnie po ramieniu – naprawdę jestem z ciebie dumny! –