medytacje z głębi szafy

Wiosna idzie! Słońce prześwietla brudne szyby, śnieg topnieje, a Asia sprząta w szafie.

Dwa razy do roku podejmuję się tego koszmarnego zadania, jakim jest wywleczenie niechlujnego kłębu ciuchów i poskładanie ich w kosteczkę. Który to efekt utrzymuje się oczywiście maksymalnie przez dwa tygodnie…Kiedyś udręczona tym zadaniem zapytałam męża, jak to się dzieje, że on nigdy nie sprząta swojej szafy: – Bo ja, moja droga – powiedział ten gad z wyższością w głosie – zawsze składam ubrania przed włożeniem do szafy –

– No, ale kiedy przebierasz się sześć razy przed wyjściem do pracy i bardzo się spieszysz? –

– Ja NIGDY nie przebieram się sześć razy przed wyjściem, to irracjonalne – dobił mnie mój domowy miłośnik porządku.

No tak, jestem irracjonalna. I nie tylko. Kiedy przekopywałam się przez stosy szmat, zaczęłam z nudów przeprowadzać malutką psychoanalizę na podstawie mojej garderoby. Otóż każdy psycholog, rzuciwszy okiem w głąb mojej szafy dowie się, że:

– jestem chaotyczna i niekonsekwentna (ubrania w..zaraz..tak, w trzech różnych rozmiarach)

– lubię wtapiać się w tłum i udawać że mnie nie ma (szaro, szaro, trochę czarnego, beżowo, brązowo, ooo, jeden czerwony sweterek na dnie i jedna różowa bluzka – niesamowite, nawet nie wiedziałam, że taką mam)

– mam swoje marzenia o byciu kobietą szykowną (dwie spódnice ołówkowe i dwa żakieciki o minimalnym stopniu zużycia, lekko zakurzone)

– ale na co dzień wygrywa we mnie skłonność do luzactwa (stosy znoszonych bluz, tshirtów i, rany boskie, nie do wiary, siedem par zmaltretowanych dżinsów)

Samą mnie zadziwia moja niekonsekwencja. Kilka lat wymuszonej, maksymalnej ascezy finansowej sprawiło, że ubrania kosztujące  powyżej 100 – 150 złotych uważam za niewybaczalną i zbędną fanaberię. Jednocześnie ta sama asceza (przez traumatyczne 2,5 roku kupiłam sobie wtedy wyłącznie JEDNĄ parę skarpetek) sprawia, że bez sensu kupuję wciąż nowe ubrania, mające mi zrekompensować trudne czasy.

No i obserwacja ostatnia: zauważyłam, ze automatycznie wkładam z powrotem do szafy pewne ubrania, ignorując fakt, że są one , cóż… brzydkie? rozwleczone? sprane do poziomu szmaty? No tak, połapałam się po chwili, to moje ubrania na receptę.

Też tak macie? Bo ja mam spodnie na ból brzucha. I męską koszulę na syndrom PMS. I flanelową bluzę na przeziębienia. I pluszowe skarpety na smutek. I taki ogromny, szary sweter na kłótnie małżeńskie. No i oczywiście obowiązkowy pakiet na dni, kiedy czuję się gruba i brzydka.

Medytując składałam. I segregowałam. Odłożyłam wielką torbę ubrań w rozmiarach mocno niekonwencjonalnych i takich, których nie założyłam od trzech czy czterech lat, ale po prostu nie mogę się ich pozbyć- pomieszkają na strychu. Teraz na półkach mam koszulki w kosteczkę. I wysunęłam bliżej drzwi szafy ten żakiecik, może udźwignę emocjonalnie bycie kobietą szykowną przez dzień czy dwa. W końcu wiosna idzie…

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s