bonusy i dylematy

Bycie rodzicem jest jak gra komputerowa. Wymaga zręczności, refleksu, sprawnego przechodzenia kolejnych poziomów, a czasem cierpliwego przechodzenia po sto razy jednego, zanim odkryjesz właściwą drogę. Na szczęście są bonusy, dzięki którym masz wrażenie, że przeskoczyłeś co najmniej jeden poziom wyżej.

W moim prywatnym rankingu bonusów rodzicielskich aktualnie na pierwszym miejscu jest oświadczenie Loli:

– Wiesz, czemu ci się urodziłam? Bo już w twoim brzuchu wiedziałam, że będziesz super fajną mamą –

Chociaż nie wiem, czy nie większą rangę ma powierzenie mi przez Miśka Bardzo Prywatnej Tajemnicy. Z gatunku tajemnic, których ja, mimo dobrego kontaktu z własną matką, nigdy jej nie powierzałam.

Czuję się mocno zmotywowana. Od czasu mojego buntu, czyli decyzji o pracy w domu przez połowę tygodnia, mam dużo więcej czasu dla dzieci. Wystarczająco, żeby w tym ciepełku i mojej  uwadze rozkwitły jak tulipany na grządce.

Tylko że mam dylemat. Z jednej strony spędzała mi sen z powiek myśl, że za cztery miesiące skończy się projekt, a ja zostanę bez pracy i kasy. Z drugiej strony dostałam właśnie propozycję samodzielnego poprowadzenia nowego projektu, co powinno mnie uskrzydlić, a nie uskrzydla. Bo projekty się zazębiają, co oznacza, że przez kilka miesięcy musiałbym ciągnąć dwa wózki. Czyli zachetać się równo, bo to oznacza totalny brak czasu dla małoletnich i pracę non stop.

I kurczę, dla mnie to są prawdziwe dylematy pracujących matek. Codziennie dokonujesz wyborów, które oznaczają, że albo nie będziesz solidnym pracownikiem, albo zaangażowaną matką. Zostać na ważnym zebraniu, czy iść na wywiadówkę? Wziąć dodatkową pracę, za którą zostaniesz doceniona, czy poświęcić ten czas dzieciom, które ewidentnie tego potrzebują? Pograć wieczorem z dziećmi w Scrabble, czy przygotować się do spotkania?

Mam wrażenie, że jestem do dupy. Bo nie umiem rozciągnąć doby do 30 godzin. Bo z tych tytułowych czterech godzin dla dzieci robią się czasem dwie, albo i mniej. Bo nie umiem tak wypośrodkować, żeby czegoś przynajmniej czasowo nie zawalić. Myślałam, że będzie łatwiej. Że takie duże dzieci, jak moje, właściwie nie potrzebują mnie na co dzień. Guzik. Potrzebują jak cholera. Uwagi. Czasu. Rozmowy. Wspólnego robienia czegoś.

A ja potrzebuję pracy. Żeby nie zgnuśnieć umysłowo. Żeby mieć coś swojego, swoich znajomych, swoją gimnastykę dla szarych komórek. Żeby ktoś mnie pochwalił za coś innego, niż dobry kotlet. Taka próżna egoistka ze mnie.

No dobra, zamiast marudzić, idę negocjować. Może coś się poprzesuwa, coś zakombinuje, i małoletni będą syci, i Asia cała. Albo na odwrót:-)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s