wszędzie dobrze, ale…

Pewnie, że najlepiej w domu. Gnaliśmy z powrotem co koń mechaniczny wyskoczy, rozwijając naddźwiękowe prędkości na włoskich i niemieckich autostradach, bo, jakże by inaczej, mąż musiał do pracy. 18 godzin w samochodzie. Kilka godzin snu, bo dojechaliśmy po drugiej w nocy, po czym mój mąż, z lekka odświeżony, wskoczył do samolotu, bo delegację miał. Podziwiam faceta, naprawdę. Ma kondycję dwudziestoparolatka i wytrzymałość maratończyka.

Z każdej podróży najbardziej kocham ten moment, kiedy rzucamy walizki, stęskniony kot usiłuje nas zaślinić ze szczęścia, a ja rozglądam się po lekko zakurzonych, swojsko pachnących pokojach. Nie da się ukryć, jestem domatorką. Nigdzie nie ma takiej ciszy, komfortu, tak wygodnego łóżka i tak zielonej trawy, jak u nas.

Lola też tak uważa. Ledwie wstała, już wszędzie jej było pełno. – Mamo, jakie ładne tulipany…mamo, ile trawy..mamo, patrz, znalazłam Vanessę, a już myślałam, że się zgubiła (Vanessa jest jej ślimakiem – faworytem)… mamo, jak strasznie dobrze być znowu w domu –

Misiek poczuł się zadomowiony natychmiast po tym, jak dotarł do komputera, gdzie zastygł na długie godziny, nadrabiając braki w swoim wirtualnym życiu. Oraz braki kulinarne, bo jak długo można żyć w świecie pozbawionym Berlinek, oranżady Helena i zupy pomidorowej?

Ja w przerwach między wstawianiem kolejnych prań łaziłam po ogrodzie, napawając się wszystkim, co pachnie, kwitnie i łaskocze w stopy.

A, o wakacjach miałam pisać?

No, fajnie było:-)

Nie, no dobra, żartowałam. Obszerny wpis wakacyjny od jutra. Bo dzisiaj stawiam czoła rzeczywistości bezrobotnego. Wpadłam do roboty, żeby się zorientować w zaległościach, a tu: karta wejściowa nie działa, komputer zablokowany, konto wyłączone. Muszę to wszystko poodkręcać, bo bez tych wszystkich dostępów  nic nie mogę zrobić. A teraz to już mi nawet trochę zależy, żeby Manuelę wreszcie skończyć i mieć trochę świętego spokoju.

No, to jutro napiszę co i jak, słowo:-)

wyjeżdżam!

I mnie nie będzie. Znaczy będę, ale chyba bardziej realnie niż wirtualnie, chyba że mąż mi udostępni swój magiczny telefon z internetem. Więc się odmeldowuję.

Te rodzinne wyjazdy zawsze napawają mnie osobliwą mieszanką radości i zgrozy. Tydzień z dziećmi i mężem? Cudownie! Tydzień z dziećmi i mężem? O rany, oszaleję!

Miotam się nerwowo od kilku dni, usiłując załatwic wszystkie niezbędne przed wyjazdem sprawy, zebrać rzeczy na wyjazd, przygotować kota i dom na naszą nieobecność i generalnie panuje ogólna schiza.

Gdzie jedziemy? No, teraz to proszę o usilne trzymanie kciuków…do Włoch jedziemy. Dokładnie w terminie, kiedy to nieprzeliczone rzesze pielgrzymów będą tłumnie zmierzać na beatyfikację w Rzymie…Takie są efekty, kiedy człowiek nie śledzi na bieżąco życia Kościoła.

Czy da się dojechać do Włoch bocznymi drogami? Ratunku!

Mąż spakował czapeczkę, pięćset aparatów fotograficznych i dwadzieścia atlasów i przewodników.

Lola spakowała walizeczkę z petshopami, osiem błyszczyków i cztery kostiumy kąpielowe, bo nie mogła się zdecydować który.

Misiek spakował szachy, scrabble i nową książkę. Chyba przewiduje rodzinną nudę.

Ja? Ja spakowałam całą resztę. Nienawidzę pakowania.

No i nie mogę się zdecydować, co zabrać. Żeby było ładne, wakacyjne, wygodne, żeby nie pogrubiało i żebym ładnie w tym wyglądała. Spokojnie mogę wykluczyć 90% szafy. Eee, dam radę, niewiele zostanie:-)

Ściskam was moi drodzy i upraszam o kciuki, bo się przydadzą. Jak się dorwę do telefonu męża, strzeżonego pilniej niż kody w Pentagonie (swoją drogą, muszę się kiedyś zainteresować, czego on tak tam pilnuje), to napiszę, jak sobie radzimy.

Asia

Wtorek i dobrze

Sobota – szał robót ogrodowych. Nawet mąż się wciągnął i zgrabnymi ruchami łopaty ulokował zeszłoroczny kompost na grządkach. Bardzo ekologicznie. I pożytecznie, bo ja dzięki temu mogłam dorzucić do opróżnionego kompostownika pierwszy pokos trawy. Czy wspominałam już, że uwielbiam kosić trawę? Lepsze niż fitness, endorfiny szaleją, a ja inhaluję się zapachem skoszonej trawki. W duchu świąt postanowiłam upiec trzy ciasta, bo przyznaję,  lubię też piec ciasta, najchętniej eksperymentalne. No i wyszły mi tak eksperymentalne, że szkoda gadać (chociaż zazwyczaj piekę całkiem przyzwoicie).

Mazurek kajmakowy. W sklepie zabrakło mleka w puszce. Gotowa masa okazała się nieznośnie i do bólu zębów słodka. Całość niejadalna. Sernik amerykański dla mojego amerykańskiego szwagra. Nie zauważyłam, że włączyłam termoobieg w piekarniku. Sernik, który miał być musowatą, hiperdelikatną masą, ściął się i zapiekł, a wręcz haniebnie zrumienił. Żenada, jadalna wprawdzie, ale to nie to. Ostatnie – comber. Skomplikowana technologicznie mieszanka mielonych migdałów, biszkoptów i różnych innych pysznych rzeczy. Wyszedł śliczny, i smaczny w dodatku. Tyle że jadalny wyłącznie za pomoca łyżeczki, bo się go pokroić nie dało – rozsypywał się w okruchy.

Zignorowałam niepowodzenia kulinarne. Pojechaliśmy na wycieczkę rowerową. Było super.

Niedziela – nie pamiętam z tego dnia nic poza nieustanną konsumpcją i leniwym przemieszczaniem się z domu do mamy, gdzie odbywała się orgia kulinarna. Ponieważ mamie i siostrze ciasta wyszły, wyrzut insuliny od przyswojonego cukru prawie mnie zabił.

Poniedziałek – wizyty rodzinne.

Do mojej babci. Lola natychmiast poszła z babcią do kurnika, ponieważ temat babcinych kur jest u nas wciąż na topie. Wpadła do pokoju z wypiekami na twarzy i ku ogólnej konsternacji starannie umościła na środku zastawionego stołu dwa jajka:

– Głaskałam kurę. I była taka mięciutka, że jejciu. A prababcia pozwoliła mi wyjąć jajka. I sama wyjęłam, prosto spod kury. Ale fajnie, nigdy nie jadłam jajek prosto spod kury.-

Potem do mojej teściowej. Ja wprawiałam się w angielskiej konwersacji z amerykańskim szwagrem, co wcale nie jest łatwe, bo chłopina jest z Południowej Karoliny i mówi tak, jakby mu język przyrósł do podniebienia. Lola spędziła ten czas przy psiej budzie. Max, pies teściów, wredne skądinąd bydlę,  fanatycznie wielbi Lolkę.  Wprawdzie teściowa twierdzi, że on ją kocha bezinteresownie, ale nie wiem, czy to nie ma związku z garściami kiełbasek i ciastek, znikających systematycznie ze stołu.

Na koniec jeszcze na chwilę do dalszej rodziny, pogratulować nowego dziecka. Rodzina poza dziećmi posiada też różne tam bydło rogate i nie. Lola zafiksowała się na punkcie mleka od krowy. W końcu dostała butelkę tego mleka, jeszcze ciepłego. Strasznie żałuję, że nie zrobiłam jej zdjęcia, kiedy szłą wiejską drogą, brudna i szczęśliwa, popijając z gwinta mleko….

Wracaliśmy późno. Lola wciąż przeżywała bliskie spotkania trzeciego stopnia z wiejskim zwierzyńcem. Ciągle domagała się nowych historyjek. Kiedy skończyła mi się już pula własnych przeżyć z nierogacizną, sięgnęłam do opowieści rodem z prasy.

– Na przykład takie świnki wietnamskie. Podobno sa urocze – snułam opowieść, posiłkując się informacjami z pism kobiecych – dobrze wychowane, inteligentne. Podobno nawet George Clooney, taki znany aktor, ma świnkę wietnamską i chodzi z nią na spacery… –

– A co one jeszcze potrafią, powiedz, powiedz  – wierciła mi dziurę w brzuchu Lola

– Nooo, czytałam, że poznają swojego właściciela –

– Phi – wtrącił lekceważąco Misiek – też mi sztuka. Wszycy znają Georga Clooneya –

Święta się skończyły. Trochę się zmęczyłam. Dobrze, że dzisiaj taki zwyczajny wtorek…

Święto wiosny

Wielkanoc za pasem, a ja mam kryzys duchowy. A raczej bezduchowy (bezduszny?).

Nie widzę sensu w tych świętach i samą mnie to irytuje. Dla mnie to tylko przedłużony o jeden dzień weekend i trudno mi się odnaleźć w ogólnym larum, jakie jest z tego powodu podnoszone.

Strasznie żałuję w takich chwilach, że nie jestem katoliczką ani nawet wiccanką, żeby kultywować ten moment przejścia w nową fazę, ten nowy początek. Wsłuchuję się w siebie, żeby odnaleźć tę dziecinną radość i emocje i nic, pusto i głucho. Żadnego wewnętrznego odrodzenia nie czuję. Trochę żal.

Kiedyś czepiałam się jeszcze tradycji – pisanek, koszyczka, specjalnego świątecznego menu. Teraz w tym także nie widzę specjalnego sensu, jakoś straciłam zapał do podtrzymywania czegoś, w czym nie widzę żadnego sensu poza rytuałem. A może te rytuały sa jednak potrzebne?

Chyba zrobię rodzinne święto wiosny.

Z okazji święta wiosny pomaluję paznokcie, założę spódnicę i upiekę mazurek kajmakowy. W ramach podtrzymania rytuału. Jajka z Lolą zafarbuję i zetnę trochę forsycji do wazonu. Zjemy za duży obiad i za dużo słodkich ciast.Pojedziemy na wycieczkę rowerową i pogapimy się w telewizor jak przyzwoita polska rodzina.

Czy to zaspokoi moją wewnętrzną potrzebę duchowej przynależności do przeżywającej jakiś cykl wspólnoty? Zaczynam rozumieć ludzi, któzy na starość wracają do religii. Bo w pewnym momencie zaczyna czegoś brakować. Właśnie w takich chwilach.

A myślałam, ze jestem całkowicie ideologicznieodporna….

przełomy

Pierwszym przełomem w moim nocnym życiu matki był moment, kiedy obudziłam się rano i odkryłam, że spałam całe cztery godziny bez przerwy! Szok, nie?

Drugi ważny moment nastąpił, kiedy moje dziecko nauczyło się posługiwać pilotem od telewizora. I odkryło, przyznaję,  przy mojej wydatnej pomocy, że niekoniecznie trzeba budzić mamusię o szóstej rano, skoro można iść na dół i włączyć sobie bajkę. Bezwstydnie przyznaję, że wtedy przedkładałam dodatkową godzinę snu ponad wszelkie teorie wychowawcze.

Z zachwytem przyznaję, że trzecia faza, która właśnie nadeszła, jest absolutnie cudowna. Moja córka wstaje rano, robi sobie płatki, po czym cierpliwie czeka, aż się obudzę. A kiedy schodzę do kuchni, na stole czeka na mnie kanapka, ozdobiona artystycznie pomidorkiem i bazylią oraz gorąca kawa z pianką.

Wszystkich, którzy wydali w tym momencie jęk zachwytu, spieszę zapewnić, że jest to z pewnością zasługa wychowania i pracy nad dzieckiem:-)

Takiego zdania jest przynajmniej wychowawczyni Loli. Zawsze siedzę na zebraniach szkolnych lekko udręczona i niespokojna, co też usłyszę. A tu proszę, jakie zdziwienie. Wychowawczyni pospieszyła z zapewnieniem, że moja córka (tak, serio, chodziło jej o Lolę) jest niemal ideałem wychowawczym. A przede wszystkim podobno posiada silny kręgosłup moralny i jest niezwykle lojalna. No co, cytuję:-) A wspomniałam, ze wychowawczyni stwierdziła też, że to z pewnościa wzorce wyniesione z domu?

Ach, te moje drobne, rodzicielskie satysfakcje. Chyba w końcu kupię jej ten nowy rower, znaczy się, Loli, a nie wychowawczyni.

Bo moja doskonale wychowana, idealna córka wpadła właśnie po raz pięćdziesiąty do domu, wrzeszcząc:

– Kupcie mi wreszcie nowy rower! Wstydzę się tym jeździć! Jest różowy i obciachowy! Wszyscy się  będą ze mnie śmiać! No błagam, kupcie mi rower!

Jak długo będę żyć na emeryturze?

Pan Kryspin miał wyjątkowo stosowne narzędzie pracy. Ciepły, miękki baryton, dzięki któremu potrafił namówić klientki niemal na wszystko. Nawet na rozmowę o ich planach emerytalnych.

 Opierałam się przez tydzień, w końcu uległam. Chociaż ze względu na sytuację zatrudnieniową  plan emerytalny definitywnie nie jest w tej chwili na liście moich priorytetów.

Pan Kryspin na żywo miał drobną, wątłą figurkę, owiniętą za dużym garniturem w paski, lekki trądzik i włosy na brylantynę. Powstrzymałam się przed życzliwą poradą, że powinien pracować wyłącznie przez telefon, bo kto wie, może za kilkanaście lat chłopina dorośnie do swojego głosu.

Pan Kryspin ochoczo, z entuzjazmem neofity, wprowadził mnie w tajniki zmian w systemach emerytalnych. Czasem podnosił wzrok znad zabazgranej kartki i patrzył czujnie, czy nadążam. Co było bardzo rozsądne, bo po dwóch minutach przyswajania słów – stopa, zwrot, procent składki i inwestycje, oczy mi szkliły i tłumiłam chęć ziewania.

– Nie, nie, spokojnie, rozumiem, co pan mówi, tylko mnie to w ogóle nie interesuje – przyznałam się z rozbrajającą szczerością, kiedy pan Kryspin zatroskał się po raz kolejny o to, czy przyswajam – w razie czego, to pan da mi tę kartkę,  odrobię lekcje w domu –

Pan Kryspin się zacukał i pospiesznie przeszedł do meritum – No, to, pani Joanno, szybciutko sobie to wyliczymy tak na razie od ręki…ile pani ma lat? –

Postuluję wprowadzenie ustawy, która zakazywałaby pytania kobiety o wiek. Zwłaszcza kobiety w pewnym wieku. Przyznałam się niechętnie, a pan Kryspin poderwał głowę znad notatek i jeszcze raz mi sie przyjrzał. Zwłaszcza mojej kraciastej rozchełstanej koszuli i wściekle czerwonym trampkom, które w jego młodzieńczym pojmowaniu chyba nie licowały z godnością kobiety czterdziestoletniej. Ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć mu  o moich majtkach ze Snoopim:-)

– Taaak, więc, jaką chciałaby pani mieć emeryturę? –

– Serio? mogę sobie wybrać? – zachwyciłam się tym prostym rozwiązaniem, które gwarantowałby mi resztę życia na poziomie niemieckiej emerytki – No, dużą chciałabym, panie Kryspinie, skoro wreszcie będę miała czas na rozrywki –

Pan Krystian taktownie przemilczał to, co miał wypisane na twarzy. Rozumiem go, kiedy miałam dwadzieścia lat, czterdziestolatek wydawał mi się już niemal próchnem. Gdzie tam rozrywki dla geriatryków….Po czym powalił mnie na kolana ostatnim pytaniem, potrzebnym do wyliczeń:

– A czy może mi pani powiedzieć, jak długo ma pani zamiar żyć na emeryturze? –

– No, to chyba będzie zależało od wysokości tej emerytury, którą mi pan wyliczy – powiedziałam ostrożnie, tłumiąc chichot wzbierający mi w gardle.

Nie powinnam się śmiać. To wcale nieśmieszne jest albowiem. Muszę zacząć oszczędzać, żeby mieć za co wnukom kupować czekoladki. Albo krócej żyć na emeryturze. Innego wyjścia nie ma. Tako rzecze pan Kryspin. To nie fair. Jak byłam młoda, nie miałam kasy. Jak jestem w średnim wieku, kasę, którą mam, powinnam oszczędzać na to, żeby mieć ją na starość. Co za porąbana logika…

Dlaczego?

Dlaczego

– kot zawsze rzyga na świeżo umytą podłogę?

– telefon na dole dzwoni zawsze wtedy, gdy wejdę na górę?

– dzieci zawsze mówią mi po 21, że na jutro rano potrzebują kartonu,  krepiny, lub dziesięciu rolek po papierze toaletowym?

– kiedy się krztuszę herbatą, to zawsze na czystą koszulę?

– komórka wyładowuje mi się w połowie ważnej rozmowy?

– awaria prądu przerywa mi w połowie fajny serial?

– pralka zjadła moje ulubione majtki ze Snoopim?

– zaginiona skarpetka, która powinna być pod kanapą, znalazła się w kociej kuwecie?

Dlaczego od wczoraj wszystko mi leci z rąk i nie mogę się ogarnąć? Dlaczego?

Włosy układają mi się w przeciwną stronę. Paznokcie rosną krzywo, a koszula skurczyła się w praniu. Mąż głośno oddycha, a dzieci się przemieszczają, zamiast siedzieć cicho na tyłkach.

Chyba mam PMS.

 

 

diagnosta domowy

Właśnie zdiagnozowałam sobie śliczną jednostkę chorobową. Sama, tylko z niewielką pomocą Doktora Gugla. Bo mnie boli tu, i trochę też tam, i to mi też lekko niedomaga. A razem to będzie…no życiu nie zgraża, ale muszę iść do lekarza.

Bo ja w diagnozach to jestem dobra, że hej.

Zmywarka nam się zepsuła. Dramatyczna faza wstępna: przecież- się – nie da – żyć – bez – zmywarki  szybko przeszła w fazę: to- się – na – pewno – da – naprawić.  Ta faza oczywiście skończyła się awanturą, gdyż ja jestem mistrzem teorii i czytania instrukcji, a mój mąż jest mistrzem hipotez i gmerania na oko. Awantura skończyła się tak, jak się skończyć musiała, czyli telefonem do zmywarkowego mistrza. Mistrzu zmywarkowy zażądał danych osobowych zmywarki i diagnozy problemu. Cwaniak jeden, chce diagnozy, to dostanie: – wie pan, program mi sie blokuje, a pompa nie odpompowuje wody z dna zmywarki. Może pan jeszcze sprawdzić, oczywiście, ale niech pan od razu weźmie części, bo trzeba będzie po prostu wymienić pompę –

– Ha, ha. Proszę pani, zobaczymy, co tam się dzieje. To może być dość skomplikowane, wie pani, gdyby każdy się na tym znał, to ja bym roboty nie miał, ha, ha –

Przyjechał, kubeczkiem wodę wygarnął, śrubkę odkręcił, guziczkami poklikał i zrobił mądrą minę, po czym zabrał się za rozkręcanie i wkręcanie.

– No, i co tam było? – zagaiłam przyjaźnie, kiedy zmywarka znowu cicho zamruczała

– Pompa się spaliła, trzeba ją było wymienić – powiedział pan ponuro i spojrzał na mnie z wyrzutem.

No, ale co do tej diagnozy chorobowej, to ja nie wiem. A raczej wiem, już to przerabiałam. Pójdę, streszczę zwięźle co i jak, lekarz się zaduma, ja powiem, że trzeba mi dać skierowanie na takie i takie badania, on wzruszy ramionami, że niepotrzebnie, ale skoro się upieram, ja się uprę, zrobię badania, one pokażą problem, lekarz znów się zaduma, powie, że w sumie można z tym żyć, a leki mają skutki uboczne, ja powiem, ze może spróbuję, zacznę je zażywać, potem będę miała zawroty głowy/mdłości/bezsenność/lub wręcz przeciwnie, machnę ręką i poczytam w Guglu, co można zastosować domowego, to mi pomoże i znów będę prawie zdrowa. Albo nie.

I ta diagnoza sprawdzi mi się na pewno. O zdrowiu znaczy.

twarde negocjacje

– Mamooo, czemu nie mogę mieć takich urodzin jak w zeszłym roku? Było suuuper! –

Jęczydło chodzi za mną i jęczy.

– Bo po twoich ostatnich urodzinach musiałam sie regenerować przez tydzień. I drugi raz nie dam rady przez to przejść –

– Oj, mamo, zdegene…znerege…odpoczniesz sobie później. Zobaczysz, jak będzie fajnie –

– No, dobra, a jak bedzie padać? Wyobraź sobie, że przez całe urodziny musicie siedzieć w domu? –

Chwila milczenia. Moja twarz wyraża czystą zgrozę. Oczami wyobraźni widzę dziesiątki małych zabłoconych stópek i tyleż rączek, demolujących moje podłogi i wciąż czyste ściany, sok na szafach i ciasto na kanapie – czyli codzienność, ale razy dwadzieścia skumulowana w trzech godzinach koszmaru. Twarz Loli przyobleka błogi uśmiech. Chyba ma zupelnie inne wizje…

 Siadamy do stołu i negocjujemy. Twardo.

– Może zrobimy rodzinne urodziny? – proponuję ze sztucznym entuzjazmem – Wiesz, babcia, ciocia, dziadek…dostaniesz prezenty – kuszę niezręcznie.

– Co??? Co to za impreza tylko z rodziną?! – krzyczy młodociana balowiczka – Poza tym prezenty od babci i cioci i tak dostanę, nawet jak nie przyjdą na urodziny –

 Wychowałam potwora. Dobra. Moje ustępstwo. Zgadzam się na średnią wieku gości – osiem lat.

Na salę zabaw  nie mam  kasy. Ustępstwo Loli.

Robimy w domu – niech będzie, ustępuję ja.

NIE MA MOWY, żebym znowu robiła za kaowca dla takiej ilości nadpobudliwych dzieciaków, jak rok temu. No, wreszcie. Lola ustępuje.

– No dooobra – nie mówię, że ustępuje chętnie – niech ci będzie. To ile?

– Sześć –

– Sześć?!! Mamo, ja mam więcej najlepszych przyjaciółek! Piętnaście – liczy na palcach mozolnie – wychodzi mi piętnaście –

– Dziesięć. I ani sztuki więcej! –

Wstaję od stołu negocjacyjnego. Koniec, mam swoją godność:-) Nie mogę sie dać zakrzyczeć ośmiolatce.

– Dobra, dobra – Lola pospiesznie wycofuje się na z góry upatrzone pozycje – to napiszę listę gości.

Już po dwóch godzinach szarpania sobie włosów z głowy i bolesnych wyborów (- mamo, ale ja lubie Maćka, Franka i Piotrka, i którego mam zaprosić? -. –  tego, kto ma najlepsze oceny z zachowania – podrzucam chytrze) mamy gotową listę. Teraz termin.

W najbliższą sobotę? Pogoda ma być paskudna, wykluczone (vide zagłada domu Usherów). W następną sobotę? „Druga najlepsiejsza” przyjaciółka Loli ma urodziny, nie możemy się zdublować, ani nawet udać, że nie wiemy, bo zaproszenie już mamy. Kolejna sobota? Święta. No trudno. Nie mogę zrobić Loli urodzin miesiąc po terminie, nawet gdybym chciała, bo Lola się wykończy nerwowo w oczekiwaniu.

Dobra, niech będzie najbliższa niedziela. Drukujemy zaproszenia z internetu. Zaczynam mozolnie wypisywać z bólem wybrane nazwiska gości i datę. OK. Gotowe. Ostatni rzut oka. JA PIERNICZĘ! Dziesięć razy pieczołowicie wypisałam tę datę i nie załapałam. 10 kwietnia. No tak….Właśnie załatwiam dziecku ostracyzm towarzyski – przecież żaden szanujący się,  bogojczyźniany Polak nie wyśle dziecka na imprezę w TAKIM dniu.

Zostaje następna niedziela. Mam jeszcze parę dni. Na zebranie sił. Lola na dociśnięcie mnie do muru i zwiększenie liczby gości. Zobaczymy, jak to się skończy.

D- day

Dzisiaj D- day. Misiek pisał test szóstoklasisty. Mniej więcej na 10 minut przed wyjściem z domu zaczął się minimalnie tym faktem przejmować. To znaczy, zainteresował się, czy mamy jakiś czarny długopis i czy przyjadę po niego, jak skończą. Doprawdy, ta zrelaksowana postawa kiedyś się na nim odbije! Albo i nie, i dzięki temu będzie miał najzdrowsze serce i nerwy  w rodzinie…W każdym razie już po. Wyszedł niespiesznie, schował do kieszeni długopis i oznajmił, że chyba ma dwa błędy, ale jakoś to będzie. Cóż, wygląda na to, że ma rację, bo jakie to w końcu ma znaczenie? Skoro podobno tego testu nie da się nie zdać?

Przez ostatni miesiąc prowadziłam osobistą, rodzinną agencję reklamową „Wybierz najlepsze gimnazjum”. W związku z tym odwiedziłam przekrój gimnazjów w bliższej i dalszej okolicy. Zapoznałam się z bogatą ofertą edukacyjno – wychowawczą. Przyjrzałam się odmiennym systemom nauczania i standardom placówek. Po co? Po to, żeby mój syn mógł mi oznajmić,  że generalnie mogłam sobie darować, bo on idzie do nabliższego gimnazjum przy swojej szkole podstawowej. No i po cholerę rozwijałam sztandary rodzicielskiej opdpowiedzialności i zaangażowania?!

Doskonałe gimnazjum społeczne w Warszawie – małe, z rewelacyjnymi wynikami, ze świetną ofertą niemal indywidualnego toku nauczania. Niestety skutecznie ignorujące jakiekolwiek zajęcia sportowe. Wymagające bardzo intensywnej pracy intelektualnej. Lekcje kończące się o 16- 17 plus godzina dojazdu plus następnie nauka i odrabianie lekcji pewnie do 22.

Misiek powiedział, że on niekoniecznie na ochotę na taki maraton. Zwłaszcza, że zarówno szachy jak i liga piłkarska odeszłyby w siną dal z powodu braku czasu.

Wypasione prywatne całkiem niedaleko od domu. A, ę, high life i bon ton. Hilton dla gimnazjalistów, których rodzice dysponują wystarczającą na sfinansowanie tego gotówką. Za to uczyć się już specjalnie nie trzeba, wystarczy dobry imidż.

Misiek kategorycznie odmówił. Bo, jak stwierdził, on jest normalny i chce chodzić do normalnego gimnazjum. Ależ ta młodzież ma teraz wymagania. Normalny, się, kurna, znalazł! Normalność w naszym wypadku wygląda tak:

Wiejskie gimnazjum przy szkole Miśka. Małe. Biedne. Z doskonałymi wynikami nauczania i fatalna kadrą nauczycielską (nie pytajcie jak to możliwe, podobno dzieci na korkach ciągną). Ze spotkania rekrutacyjnego wyszłam jak żołnierz  wrześniowy – ze spuszczoną głową, powoli. Misiek z typowym dla siebie wyrazem zrelaksowania na twarzy.

– I co, dziecko – pytam go znębiona – chyba sobie darujemy? –

– No co ty, mamo, gimnazjum, jak gimnazjum…-

– Ale…mundurki każą nosić, nienawidzę tych cholernych mundurków –

– Spoko, mundurki też dla ludzi –

– Ale, Misiek, czy ty widziałeś te wnętrza? Przecież wy sobie na głowy powłazicie z tej ciasnoty-

– Eee tam, przyzwyczaiłem się, w podstawówce też ciasno –

– No, ale – wytaczam ciężkie działa – chyba słyszałeś o tych nauczycielach?-

– Jakoś dam radę, mamo, w końcu tu też ludzie zdają z klasy do klasy –

No. I tyle z moich wysiłków wyszło. Zrezygnowana spędziłam wczorajszy wieczór na papierkologii – podanie, ankieta, podanie numer dwa, druczki i oświadczenia dla przyszłej placówki edukacyjnej mojego syna. I tak mi strasznie smutno było, że hej.

Wcale nie wiem, czy dobrze robię. Ale w końcu to nie moje życie. Skoro pozwalam mu wybrać światopogląd, nie mogę odebrać mu wyboru szkoły.