Misiek wie co w życiu ważne

Dzwonię z pracy do syna. Trochę się martwię, że siedzą sami z Lolą w domu, a mają przyjść panowie do podłączenia kranu i różnych innych różności w ogródku.

– Misiek, jak sytuacja? –

– Spoko, mamo, jestem ubrany i po śniadaniu –

Ha, ha, dobre sobie. Od początku wakacji dręczę nieszczęsnego nastolatka żądaniem, żeby koło południa jednak zamienił pidżamę na coś normalnego i żeby zaprzestał jadania śniadań po południu, bo mu się rytm żywienia zaburza. Co on uważa za moje nieuzasadnione fanaberie, którym ulega wyłącznie dla świętego spokoju.

– A Lola? Wszystko w porządku? –

-Jaasne. Też jest ubrana i po śniadaniu –

Mój syn jak pies z odruchem Pawłowa reaguje tylko na ten jeden bodziec.

– A panowie do tego kranu już przyszli? –

– Nie, jeszcze nie. Ale nie martw się – Misiek najwyraźniej chce przegnać wszystkie moje troski – na pewno też są ubrani i po śniadaniu –

 

Poddaję się

O czym by tu napisać?

Że wracałam z pracy płynąc pod prąd rwącego nurtu, w który zamieniły się drogi i prawie utonęłam na głównej ulicy Pobliskiego Miasteczka, a potem na swojej własnej? Eee, to już było – od dwóch tygodni o tym piszę.

Że Kocur z Bejsbolem w Futrze dzisiaj w biały dzień wparadował do mojego domu, zręcznie omijając dzieci bawiące się na kanapie i w ciągu trzech minut pooznaczał cały pokój z przyległościami? Witając mnie schodzącą z góry przeraźliwym znanym mi już smrodem? Eee, o tym też już pisałam. I o godzinach spędzonych na pełzaniu, węszeniu i zmywaniu też. Nuuda, panie.

Moje życie zamieniło się w jakiś freakowy odjazd. Czasem mam wrażenie, że jestem po prostu na haju i jak się ocknę, wszystko okaże się całkiem normalne.

Od dwóch tygodni praktycznie cały mój wolny czas i energię poświęcam na przetrwanie warunków pogodowych i usuwanie kociego moczu. Klątwa jakaś czy co? Ktokolwiek ją na mnie rzucił, niech natychmiast odwoła. Błagam!

Dam na mszę, co z tego, żem niewierząca. Wpłacę na Caritas. Przestanę przeklinać.  Zacznę jeść zdrową żywność i będę oszczędzać wodę. Dobra, niech będzie, zacznę się odchudzać. Zorganizuję koncert charytatywny. W ostateczności jestem gotowa zorganizować seans spirytystyczny albo złożyć kurę w ofierze.

Powtarzam! Osoba, która rzuciła na mnie deszczowo – sikową klątwę. Uprzejmie proszę o odwołanie. Koszty nie grają roli. Bo psychiczne już mnie zaczynają przerastać.

Śmierdząca sprawa

Sytuacja zaczęła się normować. Lulu grzecznie zasypia na kanapie na dole, wtulona w wielkiego pluszowego kota. My mniej lub bardziej grzecznie zasypiamy na górze. Love and peace aż w oczy kłuje. Zwłaszcza że Inka powoli zaakceptowała fakt, że młodociana paskuda na stałe zalęgła się na jej terytorium i zapanowało coś w rodzaju zaczepno obronnego zawieszenia broni. Czyli Lulu łapie starą za co się da, ogon, uszy, czy co tam dopadnie, a Inka znudzona co najwyżej warknie czasem albo machnie łapą, żeby przegonić natręta.

W niedzielę zeszłam rano na dół i natychmiast w moje nozdrza uderzył charakterystyczny smród – klatka schodowa w bloku z lat pięćdziesiątych, stara blokowa piwnica, śmietnik – jednym słowem gryzące w oczy opary kociego moczu. Mocno zbulwersowana zaczęłam przesłuchanie. Inka wyparła się wszystkiego, ale rzuciła znaczące spojrzenie na małą Lu. Mała Lu, w przerwie między ganianiem za własnym ogonem a wypraszaniem śniadania zeznała, że to nie ona.

– O nie, moje drogie, sprawca musi zostać ukarany, śniadania nie będzie, zanim się nie przyznacie – szantaż nie podziałał, obie machnęły łapą i poszły do ogródka polować na muchy – czyli jak wiadomo łatwo dostępne źródło pożywnego białka.

Zostałam ja. I smród. Zszedł mąż i było nas już troje, co wcale nie poprawiło sytuacji. 

 – Recydywa – orzekł mąż ponuro – to chyba przesądza sprawę – Fakt, da się wytrzymać z kotem, który leje do łóżek, odcinając go od tychże. Ale nie da się wytrzymać z kotem zlewającym obficie cały dom. Lulu musi odejść.

Wszyscy natychmiast poczuliśmy się jak oprawcy i małostkowi dręczyciele. Trochę nam to uczucie przeszło, w trakcie mozolnego i niezbyt skutecznego usuwania kolejnych cuchnących plam. Właściwie to po południu, po trzykrotnym szorowaniu podłogi, praniu poduszek i kanapy i zmywaniu przeróżnych powierzchni pionowych i poziomych byłam gotowa przywiązać Lukrecję do pala i ukamienować.

Ale powolutku zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie w porządku. Dziesiątki obejrzanych seriali kryminalnych nie poszło na marne i uznałam, że sprawa nie jest oczywista. Raz: Lulu, będąc kotem płci żeńskiej przed okresem dojrzewania musiałaby być mutantem, żeby wydzielać tak cuchnące płyny ustrojowe. Dwa – jako młodociana nie posikuje, tylko po prostu wylewa hurtem to co jej w pęcherzu zalega. Trzy: są miejca, do których Lukrecja przy jej gabarytach, po prostu nie miała prawa sięgnąć. Mąż nie był  przekonany do mojej teorii, dopóki nie przeprowadziliśmy eksperymentu – faktycznie, Lulu musiałaby unieść się w powietrze, żeby móc obsikać monitor komputera. Bardzo cuchnącego teraz komputera.

I nagle – olśniło mnie. Tej nocy pierwszy raz w życiu zdarzyło się nam (miałam napisać, że to mąż, ale będę lojalna:-)) zostawić  otwarte drzwi na taras. A jest taki jeden ogromny kocur, czarno biały potwór, który uważa, że mój ogródek to jego terytorim. Leje mi na tarasowe poduszki, goni Inkę i generalnie nie jest typem, którego chciałyście spotkać w ciemnej uliczce. Założę się, że w futrze nosi bejsbola i złoty łańcuch. Ten bandzior wlazł w środku nocy do mojego domu i pooznaczał, co się dało. Mam tylko nadzieję, że nie zakosił gotówki z mojego portfela i nie zbeszcześcił niewinności kotek.

Jestem zażenowana. Strasznie mi wstyd. Przeprosiłam już Lulu wiele razy i będę to robić, dopóki nie wymaże z pamięci tych okropnych godzin, kiedy uznałam ją za winną i skazałam. Lulu zażądała upublicznienia mojego wyznania. Jak widać, oflagowała się na moim laptopie i czeka. Sorry, Lukrecjo!

lukrecja

Zalewanie i punkt widzenia

Zalało was? Ja jestem zalana, i to bezalkoholowo. Pół ogródka pod wodą. Poważnie rozważam wypuszczenie tam stadka złotych rybek. Już sobie wyobrażam te kolorowe ogonki i płetwy śmigające między trawą. A koty jaką by miały uciechę… Poza zalanym ogródkiem posiadam też na stanie całe zalane osiedle (komu, komu, bo płynę do domu?). Przeprawiałam się wpław do roboty, drżąc, że Stefan kichnie, prychnie i odmówi  bycia amfibią. Ale dzielnie przepłynął, tylko teraz zalany pasek klinowy piszczy jak oszalały i zdaje się, że mi elektrykę szlag trafił.

Poza tym mam na stanie zalewającego kota – teraz już wiecie, skąd te podtopienia w okolicy. Lukrecja jest cudowna, bystra, słodka i przekochana. Z jednym małym wyjątkiem. Uważa, że każde  łóżko to taka wielka, miękka kuweta, wprost wymarzona do podsikania przez małe kocię.

Dzięki czemu stare powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu leżenia, znalazło doskonałe zobrazowanie.

Podsikała u Loli. Która zniosła to z godnością, żądając jedynie wymiany kołdry. Odwaliłam pranie kołdry, poduszki, czyszczenie materaca, wietrzenie. Następnego ranka Lulu z miłością podsikała mnie razem z moją kołdrą. Ponieważ o piątej rano bywam mało tolerancyjna, zareagowałam dziką furią i oświadczeniem, że TEN KOT musi natychmiast zniknąć z mojej sypialni i życia, bo ja psychicznie wymiękam. Zaspany mąż łagodził sytuację, bo to przecież maleństwo i jeszcze nic nie rozumie, i że generalnie przesadzam i dramatyzuję. Faktycznie przeszło mi po pierwszej kawie i nienerwowo odwaliłam kolejną fuchę prająco sprzątającą.  Następnej nocy mąż wstał do łazienki, a kiedy wrócił po dwóch minutach, przykrył się mokrą kołdrą. Ha! Okazało się, że w środku nocy on też preferuje rozwiązania skrajne. Z dzikim rykiem popędził po schodach, wrzeszcząc, że on tego..piii…sierściucha…piii…na dwór, bo to nie do wytrzymania jest. Ja, jak w kolumbijskim serialu obyczajowym, leciałam za nim, piszcząc przerażona, że to biedne maleństwo jeszcze nic nie rozumie itp….Istny dramat:-)

Cóż. Wyciągnęłam ze strychu starą bramkę antydzieciową, przeplotłam kawałkami karimaty i tak Lulu została odizolowana od naszych łóżek i nocnego życia rodziny. Będzie starsza i mądrzejsza, to się bramkę zdejmie. Póki co, nie mam więcej kołder. I cierpliwości.

Ale jakoś takie mokre to moje życie ostatnio.

 

dzień świra

– Czy ty musisz tak napierdalać od bladego świtu? – mój ząb nie przejął się obelgami i dalej rytmicznie pulsował bólem. Już od tygodnia, czyli od momentu, kiedy oddałam się w ręce pani stomatolog. Przedtem nie bolał. Teraz boli. Od świtu.

Wyjrzałam przez okno i stwierdziłam, że wciąż leje. Kwiaty na tarasie zaczęły powoli wypełzać z doniczek i oddalać się w bliżej nieznanym kierunku. W domu jest wilgotno jak w amazońskiej dżungli i za chwilę zalęgną mi się moskity i traszki.

Kap, kap – cholerne rytmiczne kapanie wyprowadzało mnie z równowagi przez dwie godziny, zanim uznałam, że to jednak nie deszcz, bo ten leje hurtowo, nie bawi się w żadne kap.

Acha, to w pokoju Miśka leje się z sufitu. Znowu dach przecieka. Podstawiłam miski.

Ząb napieprza dalej.

W pokoju Loli nie kapie. Za to śmierdzi nieziemsko. Co do…Inka oddaliła się chyłkiem, rzucając mi na odchodnym wrogie spojrzenie. Zdaje się, że jeszcze prychnęła pogardliwie. No tak, wczoraj Lulu pierwszy raz bawiła się w pokoju Loli. Najwyraźniej zawieszenie broni według Inki polegało na podziale – małe czarne paskudztwo na dole, ale ja na górze. I wara od MOICH łóżek i MOICH foteli. Co też niniejszym podkreśliła obsikaniem łóżka Loli. Czego nie robiła nigdy i pod żadnym pozorem od lat wczesnoszczenięcych. Śmierdzi. Kapie. Napierdala. Szlag. Lulu znowu zgubiła drogę do kuwety i nasikała przy drzwiach od tarasu. Wytrzeć trzeba i palnąć kazanko o higienie osobistej.

Kołdra do prania. Ale w pralce mi się nie zmieści, trzeba zawieźć do mamy. Nawet na zewnątrz nie mogę wywalić, bo leje. A zresztą, mam to w nibynóżce – wywalam śmierdzącą kołdrę na deszcz, przecież jej już nie zaszkodzi. Zmieniam miski w pokoju Miśka. Sufit zaczyna przypominać te religijne objawienia, kiedy w zacieku na oknie widać Matkę Boską. Ja tam widzę wyraźnie na suficie szyderczo rechoczącą czarcią mordę. Okadzić? Egzorcyzmować? Na razie podstawiam kolejny ręcznik. Idę prać pościel. I wziąć tabletkę.

Lekko znieczulona siadam do komputera. I odkrywam, że wprawdzie podpisałam w firmie matce dwa rachunki, ale na moim koncie jest tylko jeden. Duża, soczysta suma, za którą miałam zamiar kupić sobie nowy stanik, pójść do fryzjera i uciec na Borneo z masażystą, przepadła gdzieś. Piszę do kierownika produkcji z awanturą. Przychodzi zwrotna – że on poza biurem. Noż kurna, ja też poza biurem, a pożyć bym chciała. Za zarobione ciężką pracą pieniądze.

Po południu wdzieram się przemocą do gabinetu dentystycznego, gotowa postawić ultimatum: albo natychmiast zrobią coś z moim zębem, albo niech załatają dach i zabiorą dwoje dzieci i dwa koty – bezzwrotnie.

Pani widząc moją minę, natychmiast wwaliła mi pół litra znieczulenia  do paszczy  i zajęła się subtelnie leczeniem kanałowym. – Będzie boleć – rzuciła na odchodnym – jak znieczulenie puści –

Znieczulenie nie puszcza. Piję kawę, jedną stroną wciągam, drugą mi wylata. Czuję się jak po jednostronnym wylewie.

Puszcza. Szlag. Boli.

Wciąż pada. Kwiatki tarasowe rozkładają się na czynniki pierwsze. Moje dzieci się tłuką. Lukrecja żre palmę w doniczce. Czy kotom nie szkodzi palma doustnie?

Kiedy będę mogła wywalić te wszystkie dzieci i koty na dwór? Kiedy przestanie padać? Kiedy przestanie boleć? No, i kiedy przyjdzie kasa? Istny dzień świra.

Przypadkowa Lulu

Czyli skąd Lukrecja?

Jakiś czas temu na boisku przed moim domem pojawiły się trzy kocięta. Najwyraźniej wyrosły w ciągu nocy, jak pieczarki. Okoliczne dzieci natychmiast zajęły się maluchami z typową dla swojego wieku hiperaktywnością i zapałem. Po upojnym tygodniu z kociętami w roli głównej rozdysponowały pomiędzy siebie podopiecznych, a ja odetchnęłam z ulgą,że nie muszę podejmować decyzji o zajęciu się jeszcze jednym bezdomnym stworzeniem. Ulga była krótka. Wieczorem przed wyjazdem do Barcelony zadzwoniła koleżanka. Okazało się, że mama jednego z dzieci kategorycznie nie zgodziła się na wzięcie kotka i kazała niechciany prezencik odnieść na boisko. Inna z kolei mama uznała, że jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji jest odwiezienie kota do schroniska. W tle naszej rozmowy słyszałam rozpaczliwy szloch córki koleżanki, a za chwilę dołączyła do niego Lola. No bo jak – taki  maleńki kotek do schroniska? Taka malutka Ciapka wśród tylu obcych kotów? Przygnieciona ciężarem odpowiedzialności na bliżej nieznaną mi Ciapkę, ugięłam się – Dobra, weźmę tego kota, tylko błagam, zadzwoń i powiedz, że przyjadę po nią za kilka dni, bo nie uda mi się w ciągu wieczoru skołować opieki do dwumiesięcznego malucha. –

Czekała mnie jeszcze rozmowa z mężem, z gatunku tych poważnych. Bo mąż teoretycznie nie lubi kotów ani w ogóle czegokolwiek futrzastego plątającego się po domu. Teoretycznie oczywiście, bo kierowany atawistycznym instynktem posiadacza, natychmiast, kiedy uzna futrzaka za część obejścia, troszczy się jak nie przymierzając o własne dzieci. Mąż bez entuzjazmu, ale ze stosowną dawką współczucia i wyrozumiałości, wyraził zgodę.

Pojechałyśmy więc z Lolą po Ciapkę. I tu – nie wiem, gdzie zawiodła gorąca linia – czy koleżanka nie zadzwoniła, czy pani nie zapamiętała – Ciapka została wydana w dobre ręce. Zonk.

No i teraz następuje pytanie od cierpliwych czytelników – co ma do tego Lukrecja?

Szczerze – nie mam pojęcia. Pomiędzy stadem chudych maleńtasów w klatkach, panią gorliwie namawiającą do wzięcia choć jednego i Lolą, miotającą się w rozpaczy i nadziei jednocześnie – najwyraźniej jakieś synapsy mojego mózgu zawiodły. Mocno oszołomiona i zakłopotana odkryłam, że wracam wprawdzie bez zaplanowanej Ciapki, ale za to z małym piszczącym czarnym kłębuszkiem za pazuchą.

lulu

No i mam za swoje. Trochę jak z niemowlęciem – niby nieduże, a zamieszania wokół niej na całego. Piszczy toto, trzeba przytulać, o kuwecie przypomnieć, do miski naprowadzić, bo się gubi. No i mieć oczy naokoło głowy, bo ciągle mam stracha, że ją nadepnę – wtapia mi się w ciemną podłogę. Dobrze, że przynajmniej koty rosną szybciej niż dzieci…

Lukrecja

lulu

 

Lukrecja, natychmiast przechrzczona na Lulu vel Małą Lu. Ma wielkie złote oczy i chude ciałko obciągnięte jakby za dużym czarnym futerkiem. Boi się pralki, boi się hałasu, i strasznie chce się zaprzyjaźnić  z Inką, która na razie omija ją w wyniosłym milczeniu, a kiedy Lu się zbliża, Inka warczy głucho i pospiesznie odchodzi. Niewdzięczny potwór. Lekceważyć takie małe, zagubione maleństwo, które pewnie szuka zastępczej mamusi. Na razie Lukrecja prawie nic nie je, dużo śpi, co powoduje nasz nieustanny nerwowy dygot,bo idealnie wtapia się w kolor poduszki i koca na kanapie – cały czas boimy się, że ktoś na niej usiądzie.

Ale powoli się rozkręca

lulu 2

Jeszcze trochę, a opanuje ulubioną zabawę Inki i kolejne pazurzaste łapki będą wbijać sie w ramiona niespodziewających się domowników zza kanapy.

Czyż nie jest słodka?

szkoła przetrwania

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby uważać, że to będzie wypoczynek. Przecież pojechałam nie tylko z mężem, ale też z bratem i rodzicami. Jako że wszyscy mamy silne osobowości i swoje zdanie na każdy temat, już pierwszego dnia udało nam się zdiagnozować problemy, które zaistnieją w trakcie. Mój brat jest niezależny i nie lubi chodzić w grupie. Oraz – jakby to taktownie wyrazić – jest zwolennikiem oszczędnego trybu życia, który lody i kawę uważa za niepotrzebne turystyczne fanaberie, bo wszyscy powiniśmy mieszkać w namiotach i gotować strawę na ognisku. Mój ojciec jest typowym samcem Alfa – lubi przewodzić stadu i sprawować opiekę, nawet wbrew woli zainteresowanych. Mój mąż co sekundę zatrzymuje się, bo wszędzie widzi dobre ujęcie, poza tym uwielbia robić zdjęcia osobom współtowarzyszącym, nawet jeśli przeciw temu protestują. Ja jestem  na wyjazdach marudą. Pod względem fizjologii turystycznej zatrzymałam się na etapie dwulatka. Więc albo chce mi się siku, albo pić, albo mi gorąco albo za głośno. Kiedy moje potrzeby zostają zaspokojone, rozglądam się z ciekawością naokoło i gaworzę do przechodniów. Moja matka jest dzielnym skautem, który będzie maszerował w skwarze godzinami i nie piśnie słowem, że zaraz kręgosłup jej padnie, albo że ma obtarte stopy. W związku z czym nieświadomie powoduje u pozostałych nieustanne poczucie winy, że oni nie są tak wytrzymali i porządni jak ona.

Bogu dzięki, wszyscy mamy też poczucie humoru, co uratowało nas wielokrotnie przez wzajemnym zagryzieniem. Nawet w sytuacjach kryzysowych – takich jak ta, kiedy ojca okradziono z portfela z kasą i dokumentami. Zdaje się, że teraz wszyscy mamy uraz do Gaudiego, bo to on kumuluje takie tłumy, które stają się środowiskiem naturalnym dla wszelkich piranii i kieszonkowców. Oczywiście spowodowało to pewne zamieszanie, bo ojciec bez dokumentów nie mógł wrócić do kraju, a w sumie jednak wszyscy jesteśmy do niego przywiązani i preferowaliśmy powrót w niezmienionym składzie. Ale już następnego dnia, nerwowo trzymając się za kieszenie w barcelońskim metrze, byliśmy w stanie dowcipkować:

– Wiecie, jaka jest największa zaleta tego skrzypka w metrze? Ma obie ręce zajęte i na widoku –

Powrót mieliśmy z gatunku ekstremalnych. Samolot spóźnił się półtorej godziny, co nie jest znowu taką sensacją. Ale generalnie było późno, prawie wpół do dziesiątej wieczorem, i byliśmy trochę schetani po całym dniu. Nad Warszawą dowiedzieliśmy się, że lotnisko jest czasowo zamknięte i odesłali nas do Katowic. Owszem, może w kategorii lotu różnicy to nie robiło, ale jednak to 300 kilometrów od Warszawy i zrobiło się lekko nerwowo. Mąż z lekkim przerażeniem myślał o ważnym spotkaniu z prezesem następnego dnia o 10, a ja sikałam po nogach z nerwów, bo Misiek był sam w domu i obiecaliśmy mu, że wrócimy przed północą. Dolecieliśmy o 1 w nocy, autokary ruszyły o 2, po godzinie jazdy okazało się, że droga jest zamknięta z powodu wypadku i wszystkich zawracają. Super. Kiwaliśmy się na fotelach, popatrując na siebie z niedowierzaniem, bo kumulacja dziwnych wydarzeń była porażająca. Ostatecznie dotarliśmy do Warszawy o wpół do dziewiątej rano! Mąż po dobie bez snu, ogolił się, założył garnitur i pojechał do pracy. Misiek przeżył, chociaż nie spał do 4 rano, bo się bał – nigdy jeszcze nie został sam na całą noc. Ja zapowiedziałam, że resztę wakacji spędzam w domu i mogę co najwyżej rozbić namiot w ogródku.

Istna ścieżka zdrowia. Ja nie wiem, czy te wyjazdy nie są przereklamowane. Czy człowiekowi tak źle w domu? Cicho, spokojnie i bezpiecznie, kawa za darmo i zdjęć nie trzeba robić. I za kieszeń nie trzeba się trzymać. A Gaudi niech się wypcha. Ta cała katedra wcale mi się nie podobała. Wygląda, jakby ktoś przyzwoity budynek oblał żrącym kwasem. O!

No dobra, uliczki ładne. I żarcie dobre. I muzyka fajna. I wino pychota. No, może jednak warto czasem pojechać do Barcelony….

 

zakończenie z nutką rozżalenia

 Mamy z głowy. Ja i małoletni. Misiek z satysfakcją odebrał dyplom ukończenia szkoły podstawowej i cisnął go w kąt, wymazując szybciutko z pamięci ostatnie sześć lat edukacji. Ja w zadumie przez moment pochyliłam się nad Miśkiem i jego dyplomem, odnotowując, że pozytywna motywacja czyni cuda. Nie, to wcale nie było przekupstwo, że obiecaliśmy mu Xboxa za trzy szóstki na świadectwie. Zasadniczo to miało mieć odwrotny efekt – zakładaliśmy, że nie będzie mu się chciało, a my edukacyjnie oznajmimy, że przecież spokojnie byłoby go stać na te szóstki. Misiek jednak zwarł szeregi i ostatnim rzutem na taśmę pozaliczał szybciutko ostatnie testy na takie oceny, że ma tych cholernych szóstek cztery… Szlag. Mam teraz  wrażenie, że Xbox to nie był dobry pomysł i mogliśmy obiecać mu książkę.

Lola na zakończeniu roku rozpłakała się rzewnymi łzami. Wcale nie ze wzruszenia. Tylko z rozżalenia i poczucia krzywdy. Szczerze mówiąc, ja też miałam ochotę na jakiś spektakularny gest, tylko bardziej myślałam o solidnej awanturze. Bo pierwszy raz  spotkałam się z tak spektakularnym pokazem szowinizmu w podstawówce.

Wszystkie pierwszaki dostały dyplom i książkę. Książkę wręczała uroczyście pani dyrektor, rąsia, buzia, goździk, brawa: typowa szkolno – partyjna rutyna. Ale co się okazało: wszyscy chłopcy dostali fajne albumy – o zamkach, kosmosie, zwierzętach, idealnie wpasowane w potrzeby edukacyjne ciekawych świata ośmiolatków. Wszystkie dziewczynki dostały..no co?  Dostały potwornie infantylne, kolorowe książeczki z disnejowskiej serii o Kubusiu Puchatku. Takie typowe lektury dla trzy – czterolatków – wielkie, słodko kolorowe ilustracje, minimum tekstu. Ciekawe, prawda?

Czyli że co? Przeciętna ośmiolatka tak bardzo odbiega intelektualnie i emocjonalnie od swoich rówieśników płci odmiennej? Szlag mnie trafił, prawdę mówiąc. Pomijam już fakt, że Lola od wczesnego dzieciństwa nienawidzi Kubusia Puchatka, no, ma jakąś alergię na niego, absolutnie nie toleruje w postaci pisanej, filmowej czy innej.  Więc danie jej Kubusia Puchatka generalnie jest dramatem dla obdarowanej.

Ale nawet gdyby nie miała uprzedzeń do tego nieszczęsnego Puchatka… jak mam wytłumaczyć córce, z którą właśnie skończyłyśmy czytać „Opowieści pana Szekspira” – czyli uproszczone wersje szekspirowskich dramatów, a na jej półce leży stosik przeczytanych książek Roalda Dahla i Astrid Lindgren, że powinna ją zainteresować taka lektura dla bobasów?

No cóż, Puchatek powędrował szybciorem do naszego czteroletniego kuzyna, a Lola dostała uroczystą przysięgę, że będzie mogła sobie wybrać w księgarni dwie dowolne książki jako rekompensatę za straty moralne.

To zakończenie szkoły jakoś kosztownie mi wyszło. Mam nadzieję, że mimo tego stać nas będzie na jakieś wakacje:-)

Póki co, na wakacje jadę ja. I mąż. Do Barcelony na całe trzy dni. Zaraz łapię plecak i wychodzimy. Rany, jak to cudownie brzmi….

evoryzacja

Caesaria Evora jest mała i stara. W chuścinie zamotanej na głowie, spódnicy do ziemi i na boso. Chyba dla wygody, bo za kasę z biletów mogłaby nosić wyłącznie Louboutiny. Wdreptała sobie Caesaria na scenę, zajęła pozycję stojącą przy fortepianie, i bez jednego drgnienia na pomarszczonej twarzy zaczęła śpiewać. Żadnego powitalnego „dżen dobry”, żadnego „kocham was” ani „witaj, Warszawo”. I śpiewała longiem, jedną piosenkę po drugiej, z widocznym znużeniem przeczekując burze oklasków. Od czasu do czasu przerywała, żeby napić się wody, odwracała się tyłem do sceny, ucinając sobie pogawędki z pianistą, ale zazwyczaj po prostu stała nieruchomo, bez uśmiechu i podawała repertuar. Skończyła. Bez „dziękuję” ani „do widzenia” w jakimkolwiek języku zeszła ze sceny. Wróciła. Na jeden bis. I koniec. „Caesaria zawsze pozwala tylko na jeden bis, taką ma zasadę”.

W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. „Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę”. Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi „określ kogoś jednym słowem”. Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli – czytaj między wierszami – taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj – gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia – w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą. Może z tym trzeba się urodzić? Albo przez kilkadziesiąt lat występować przed tłumami, które oklaskują wszystko, co wyśpiewasz?

Tak czy siak, Evoria is my hero!