Śmierdząca sprawa

Sytuacja zaczęła się normować. Lulu grzecznie zasypia na kanapie na dole, wtulona w wielkiego pluszowego kota. My mniej lub bardziej grzecznie zasypiamy na górze. Love and peace aż w oczy kłuje. Zwłaszcza że Inka powoli zaakceptowała fakt, że młodociana paskuda na stałe zalęgła się na jej terytorium i zapanowało coś w rodzaju zaczepno obronnego zawieszenia broni. Czyli Lulu łapie starą za co się da, ogon, uszy, czy co tam dopadnie, a Inka znudzona co najwyżej warknie czasem albo machnie łapą, żeby przegonić natręta.

W niedzielę zeszłam rano na dół i natychmiast w moje nozdrza uderzył charakterystyczny smród – klatka schodowa w bloku z lat pięćdziesiątych, stara blokowa piwnica, śmietnik – jednym słowem gryzące w oczy opary kociego moczu. Mocno zbulwersowana zaczęłam przesłuchanie. Inka wyparła się wszystkiego, ale rzuciła znaczące spojrzenie na małą Lu. Mała Lu, w przerwie między ganianiem za własnym ogonem a wypraszaniem śniadania zeznała, że to nie ona.

– O nie, moje drogie, sprawca musi zostać ukarany, śniadania nie będzie, zanim się nie przyznacie – szantaż nie podziałał, obie machnęły łapą i poszły do ogródka polować na muchy – czyli jak wiadomo łatwo dostępne źródło pożywnego białka.

Zostałam ja. I smród. Zszedł mąż i było nas już troje, co wcale nie poprawiło sytuacji. 

 – Recydywa – orzekł mąż ponuro – to chyba przesądza sprawę – Fakt, da się wytrzymać z kotem, który leje do łóżek, odcinając go od tychże. Ale nie da się wytrzymać z kotem zlewającym obficie cały dom. Lulu musi odejść.

Wszyscy natychmiast poczuliśmy się jak oprawcy i małostkowi dręczyciele. Trochę nam to uczucie przeszło, w trakcie mozolnego i niezbyt skutecznego usuwania kolejnych cuchnących plam. Właściwie to po południu, po trzykrotnym szorowaniu podłogi, praniu poduszek i kanapy i zmywaniu przeróżnych powierzchni pionowych i poziomych byłam gotowa przywiązać Lukrecję do pala i ukamienować.

Ale powolutku zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie w porządku. Dziesiątki obejrzanych seriali kryminalnych nie poszło na marne i uznałam, że sprawa nie jest oczywista. Raz: Lulu, będąc kotem płci żeńskiej przed okresem dojrzewania musiałaby być mutantem, żeby wydzielać tak cuchnące płyny ustrojowe. Dwa – jako młodociana nie posikuje, tylko po prostu wylewa hurtem to co jej w pęcherzu zalega. Trzy: są miejca, do których Lukrecja przy jej gabarytach, po prostu nie miała prawa sięgnąć. Mąż nie był  przekonany do mojej teorii, dopóki nie przeprowadziliśmy eksperymentu – faktycznie, Lulu musiałaby unieść się w powietrze, żeby móc obsikać monitor komputera. Bardzo cuchnącego teraz komputera.

I nagle – olśniło mnie. Tej nocy pierwszy raz w życiu zdarzyło się nam (miałam napisać, że to mąż, ale będę lojalna:-)) zostawić  otwarte drzwi na taras. A jest taki jeden ogromny kocur, czarno biały potwór, który uważa, że mój ogródek to jego terytorim. Leje mi na tarasowe poduszki, goni Inkę i generalnie nie jest typem, którego chciałyście spotkać w ciemnej uliczce. Założę się, że w futrze nosi bejsbola i złoty łańcuch. Ten bandzior wlazł w środku nocy do mojego domu i pooznaczał, co się dało. Mam tylko nadzieję, że nie zakosił gotówki z mojego portfela i nie zbeszcześcił niewinności kotek.

Jestem zażenowana. Strasznie mi wstyd. Przeprosiłam już Lulu wiele razy i będę to robić, dopóki nie wymaże z pamięci tych okropnych godzin, kiedy uznałam ją za winną i skazałam. Lulu zażądała upublicznienia mojego wyznania. Jak widać, oflagowała się na moim laptopie i czeka. Sorry, Lukrecjo!

lukrecja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s