Zalewanie i punkt widzenia

Zalało was? Ja jestem zalana, i to bezalkoholowo. Pół ogródka pod wodą. Poważnie rozważam wypuszczenie tam stadka złotych rybek. Już sobie wyobrażam te kolorowe ogonki i płetwy śmigające między trawą. A koty jaką by miały uciechę… Poza zalanym ogródkiem posiadam też na stanie całe zalane osiedle (komu, komu, bo płynę do domu?). Przeprawiałam się wpław do roboty, drżąc, że Stefan kichnie, prychnie i odmówi  bycia amfibią. Ale dzielnie przepłynął, tylko teraz zalany pasek klinowy piszczy jak oszalały i zdaje się, że mi elektrykę szlag trafił.

Poza tym mam na stanie zalewającego kota – teraz już wiecie, skąd te podtopienia w okolicy. Lukrecja jest cudowna, bystra, słodka i przekochana. Z jednym małym wyjątkiem. Uważa, że każde  łóżko to taka wielka, miękka kuweta, wprost wymarzona do podsikania przez małe kocię.

Dzięki czemu stare powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu leżenia, znalazło doskonałe zobrazowanie.

Podsikała u Loli. Która zniosła to z godnością, żądając jedynie wymiany kołdry. Odwaliłam pranie kołdry, poduszki, czyszczenie materaca, wietrzenie. Następnego ranka Lulu z miłością podsikała mnie razem z moją kołdrą. Ponieważ o piątej rano bywam mało tolerancyjna, zareagowałam dziką furią i oświadczeniem, że TEN KOT musi natychmiast zniknąć z mojej sypialni i życia, bo ja psychicznie wymiękam. Zaspany mąż łagodził sytuację, bo to przecież maleństwo i jeszcze nic nie rozumie, i że generalnie przesadzam i dramatyzuję. Faktycznie przeszło mi po pierwszej kawie i nienerwowo odwaliłam kolejną fuchę prająco sprzątającą.  Następnej nocy mąż wstał do łazienki, a kiedy wrócił po dwóch minutach, przykrył się mokrą kołdrą. Ha! Okazało się, że w środku nocy on też preferuje rozwiązania skrajne. Z dzikim rykiem popędził po schodach, wrzeszcząc, że on tego..piii…sierściucha…piii…na dwór, bo to nie do wytrzymania jest. Ja, jak w kolumbijskim serialu obyczajowym, leciałam za nim, piszcząc przerażona, że to biedne maleństwo jeszcze nic nie rozumie itp….Istny dramat:-)

Cóż. Wyciągnęłam ze strychu starą bramkę antydzieciową, przeplotłam kawałkami karimaty i tak Lulu została odizolowana od naszych łóżek i nocnego życia rodziny. Będzie starsza i mądrzejsza, to się bramkę zdejmie. Póki co, nie mam więcej kołder. I cierpliwości.

Ale jakoś takie mokre to moje życie ostatnio.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s