dzień świra

– Czy ty musisz tak napierdalać od bladego świtu? – mój ząb nie przejął się obelgami i dalej rytmicznie pulsował bólem. Już od tygodnia, czyli od momentu, kiedy oddałam się w ręce pani stomatolog. Przedtem nie bolał. Teraz boli. Od świtu.

Wyjrzałam przez okno i stwierdziłam, że wciąż leje. Kwiaty na tarasie zaczęły powoli wypełzać z doniczek i oddalać się w bliżej nieznanym kierunku. W domu jest wilgotno jak w amazońskiej dżungli i za chwilę zalęgną mi się moskity i traszki.

Kap, kap – cholerne rytmiczne kapanie wyprowadzało mnie z równowagi przez dwie godziny, zanim uznałam, że to jednak nie deszcz, bo ten leje hurtowo, nie bawi się w żadne kap.

Acha, to w pokoju Miśka leje się z sufitu. Znowu dach przecieka. Podstawiłam miski.

Ząb napieprza dalej.

W pokoju Loli nie kapie. Za to śmierdzi nieziemsko. Co do…Inka oddaliła się chyłkiem, rzucając mi na odchodnym wrogie spojrzenie. Zdaje się, że jeszcze prychnęła pogardliwie. No tak, wczoraj Lulu pierwszy raz bawiła się w pokoju Loli. Najwyraźniej zawieszenie broni według Inki polegało na podziale – małe czarne paskudztwo na dole, ale ja na górze. I wara od MOICH łóżek i MOICH foteli. Co też niniejszym podkreśliła obsikaniem łóżka Loli. Czego nie robiła nigdy i pod żadnym pozorem od lat wczesnoszczenięcych. Śmierdzi. Kapie. Napierdala. Szlag. Lulu znowu zgubiła drogę do kuwety i nasikała przy drzwiach od tarasu. Wytrzeć trzeba i palnąć kazanko o higienie osobistej.

Kołdra do prania. Ale w pralce mi się nie zmieści, trzeba zawieźć do mamy. Nawet na zewnątrz nie mogę wywalić, bo leje. A zresztą, mam to w nibynóżce – wywalam śmierdzącą kołdrę na deszcz, przecież jej już nie zaszkodzi. Zmieniam miski w pokoju Miśka. Sufit zaczyna przypominać te religijne objawienia, kiedy w zacieku na oknie widać Matkę Boską. Ja tam widzę wyraźnie na suficie szyderczo rechoczącą czarcią mordę. Okadzić? Egzorcyzmować? Na razie podstawiam kolejny ręcznik. Idę prać pościel. I wziąć tabletkę.

Lekko znieczulona siadam do komputera. I odkrywam, że wprawdzie podpisałam w firmie matce dwa rachunki, ale na moim koncie jest tylko jeden. Duża, soczysta suma, za którą miałam zamiar kupić sobie nowy stanik, pójść do fryzjera i uciec na Borneo z masażystą, przepadła gdzieś. Piszę do kierownika produkcji z awanturą. Przychodzi zwrotna – że on poza biurem. Noż kurna, ja też poza biurem, a pożyć bym chciała. Za zarobione ciężką pracą pieniądze.

Po południu wdzieram się przemocą do gabinetu dentystycznego, gotowa postawić ultimatum: albo natychmiast zrobią coś z moim zębem, albo niech załatają dach i zabiorą dwoje dzieci i dwa koty – bezzwrotnie.

Pani widząc moją minę, natychmiast wwaliła mi pół litra znieczulenia  do paszczy  i zajęła się subtelnie leczeniem kanałowym. – Będzie boleć – rzuciła na odchodnym – jak znieczulenie puści –

Znieczulenie nie puszcza. Piję kawę, jedną stroną wciągam, drugą mi wylata. Czuję się jak po jednostronnym wylewie.

Puszcza. Szlag. Boli.

Wciąż pada. Kwiatki tarasowe rozkładają się na czynniki pierwsze. Moje dzieci się tłuką. Lukrecja żre palmę w doniczce. Czy kotom nie szkodzi palma doustnie?

Kiedy będę mogła wywalić te wszystkie dzieci i koty na dwór? Kiedy przestanie padać? Kiedy przestanie boleć? No, i kiedy przyjdzie kasa? Istny dzień świra.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s