Misiek nie powędruje do dorosłości

Donoszę uprzejmie, że dzięki waszym bezcennym sugestiom i chęci przeżycia (mówiłam, że rodzina mnie zatłucze po kolejnej przekaszlanej nocy?) jakby się trochę podleczyłam. W każdym razie rzężę ciszej, a mój głos wrócił  do fazy Toma Waitsa, czyli z trudem, ale jednak zrozumiałych komunikatów. Ale to tak na marginesie.

Wprawdzie na początku roku sama napisałam oświadczenie, że na moją odpowiedzialność zwalniam syna z zajęć wychowania do życia w rodzinie, ale Misiek w ramach buntu młodzieńczego postanowił jednak iść na pierwsze zajęcia.

Nie, wbrew pozorom nie zamierzam ukrywać przed moimi dziećmi podstawowych faktów dotyczących seksualności i rozwoju psychofizycznego. Na zebraniu w czerwcu pani dyrektor udało się jednak skutecznie podsycić moją ciekawość. Zachęcała gorąco, żeby dzieci chodziły na te zajęcia, reklamując je jako bardzo pożyteczne, edukacyjne i całkowicie bezpieczne dla ich młodych, niewinnych umysłów.

Jako że nie byłam pewna, czy pani dyrektor podobnie pojmuje bezpieczeństwo , postanowiłam zgłębić temat i zapoznać się z podręcznikiem i programem nauczania.

 Książka „Wędrując ku dorosłości”, poza tym, że jest fascynującym językowo i stylistycznie science fiction, stoi w całkowitej sprzeczności z tym, co pracowicie wkładałam do głowy Miśkowi przez kilka ostatnich lat. Nie po to się, kurczę, męczyłam z tyloma kłopotliwymi, krępującymi i wstydliwymi odpowiedziami na różne tematy, żeby mi teraz to wszystko popsuli.

Jeszcze by Misiek na serio uznał, że „dominantą psychiki kobiecej jest macierzyństwo”, a „głównym celem zabiegów kobiety jest dom jako ciepłe gniazdo”. Albo zupełnie inaczej spojrzałby na swoje koleżanki, bo ” w naturze nie ma równości, bo to on (Misiek??!) jest dawcą życia, siewcą, a jej (koleżanki??!) ciało jest glebą, w której będzie wzrastać nowe życie”.

A jeśli uwierzy, że antykoncepcja we wszelkich formach poza kalendarzykiem jest niebezpieczna, szkodliwa ( dla koleżanki??) i niekomfortowa ( dla Miśka?!!), i że „stosowanie antykoncepcji prowadzi do utrwalenie postawy egoizmu i niedojrzałości psychofizycznej”, to zostanę babcią jeszcze przed 45 rokiem życia!

No, a jeśli wróciłby ze szkoły twierdząc, że, jak twierdzi podręcznik pani Król, homoseksualizm jest patologią, plasującą się gdzieś pomiędzy pedofilią, zoofilią i nekrofilią, ale za to patologią wyleczalną dzięki modlitwie i terapii, to uznałabym, że jednak te kilka lat mojego wysiłku poszło na marne.

Misiek jednak najwyraźniej uznał, że wszystkim trzeba dać szansę (to na pewno moje dziecko? ja nie jestem taka tolerancyjna). Wrócił nieco ubawiony.

– I co, podobało ci się? będziesz chodził? – zapytałam lekko zaniepokojona

– Niee, strasznie nudne było. Ale raz to się uśmiałem. Wiesz, że ta pani próbowała nam wmówić, że nie mamy kontaktu z własnymi  rodzicami ze względu na zupełnie inne zainteresowania? – zarechotał mój trzynastolatek, który czyta ze mną na spółkę te same książki, uprawia sporty z ojcem, słucha tej samej muzyki i ogląda te same filmy co my.

Uff. Może jednak mi się uda i nie będę musiała wszystkiego od początku tłumaczyć…..

Żegnaj Manuelo

Od tygodnia choruję. Malowniczo, rzężąco i z przytupem. Zwykła wirusówka powoli wędruje po moim organiźmie, osadzając się kolejno w różnych sympatycznych organach. Szła sobie po gardle, zlazła do krtani. Zapewniając mi najpierw seksowny głos a’la wczesna Chylińska, następnie niestety zaawansowaną młodzieńczą mutację, która sprawia,że ktokolwiek do mnie dzwoni, po chwili konsternacji mówi – przepraszam, pomyliłem numer – . Teraz  wirusek siedzi sobie niżej, w oskrzelach, prowokując mnie do efektownych, kaskadowych wybuchów chrypliwego kaszlu rodem z noclegowni dla bezdomnych. W sumie całkiem praktyczne, bo tłum się sam rozstępuje…Chyba muszę jednak iść do lekarza, zanim rodzina straci do końca cierpliwość. Albo zanim do płuc mi zlezie. Wirus, nie rodzina.

Ale ja nie o tym. Manuela się skończyła. Znaczy, nie, że zeszła śmiertelnie. Wręcz przeciwnie, wepchałam ją w końcu w ramiona Arturra i przed ołtarz. Tym samym nasz związek dobiegł końca. To była bolesna miłość, pełna nieporozumień i wzajemnej niechęci, a jednak trochę żal. Żegnaj Manuelo! Jeśli śmiech odmładza, zawdzięczam ci jakieś wizualnie pięć lat mniej.

Koniec Manueli oznaczał nagły koniec pracy. Trochę szok dla organizmu. Przyzwyczaiłam się już do regularnych wielogodzinnych sesji przed komputerem, zazwyczaj pod presją czasu, i nagle przeżywam traumę. I pustkę.

Dziś rano mąż odwiózł małoletnich do szkoły. Ja się zwlokłam, odpracowałam poranny rytuał kaszlu i rzężenia. Najadłam się leków, żeby jakoś funkcjonować. Wstawiłam pranie. Rozpakowałam zmywarkę. Spakowałam zmywarkę. Posprzątałam pokoje i kuchnię. Potem nawykowo zrobiłam sobie kawę i odpaliłam kompa, żeby zrobić dzisiejsze odcinki. Jakie odcinki, kobieto?! Zamarłam. Ot, siła nawyku. I z rozpędu wpadłam sobie w szybciutką depresyjkę, wspomaganą skutecznie kaszlem oskrzelowym.

Na szczęście, kiedy chwilowo opędzając się od czarnych myśli włączyłam jednak komputer, odkryłam, że moja nędznie-płatna-i-frustrująca-i -straszliwie- nudna-fucha zapodała mi nowe scenariusze do recenzowania. W życiu się tak nie ucieszyłam perspektywą nudnej i mozolnej pracy za bardzo małe pieniądze!

Brak pracy deprawuje. I skłania do naprawdę dziwnych myśli. Poważnie rozważam, czy nie poukładać rzeczy w biurku Miśka i w szafie Loli. Rany! Ratunku!

 

Lola zmienia zdanie

– Lola, słuchaj, masz dwa miesiące, żeby zdecydować, czy chcesz iść do komunii, czy nie –

Hasło padło na początku wakacji. Po długiej i pełnej emocji rozmowie z mężem postanowiliśmy nie wywierać na Lolę żadnego nacisku. Mimo, że jej decyzja w znaczący sposób miała się odbić na tym, jak będzie wyglądać najbliższy rok całej naszej rodziny. Ale, skoro zostawiliśmy małoletnim wolność światopoglądową, trzeba się tego trzymać, choćby było niewygodne.

Lola dręczyła nas i siebie tematem komunii przez całe lato. Żądała przedstawiania opcji, co jeśli tak i co jeśli nie. Otrzymała obszerne i precyzyjne wyjaśnienie, jakie będą konsekwencje i kolejność wydarzeń w obu przypadkach. Dyskutowała z przyjaciółką. Która miała podobny dylemat. Zwierzyła się babci. Którą zaszokowała myśl o pozostawieniu dziecku tak ważnych decyzji. Szukała pocieszenia u drugiej babci. Która nie zajęła stanowiska, twierdząc, że sami mamy się z tym męczyć. Wróciła do nas. Otrzymała pociechę i zapewnienie, że w obu przypadkach będzie OK i generalnie nie ma problemu, cokolwiek zdecyduje.

Pierwszego dnia szkoły przyniosłam oświadczenie o uczęszczaniu na religię. Lola z ponurą determinacją orzekła – No dobra, zapisz mnie na religię. Pójdę do tej komunii –

Zadygotałam wewnętrznie, myśląc o perspektywie intensywnego kontaktu z obcym mi światopoglądowo środowiskiem kościelnym przez cały rok. I te białe sukienki, brr. I rytuały. I spotkania, msze, różańce, nie wiem, co tam jeszcze. Ale cóż, słowo się rzekło. Wypełniłam oświadczenie bez żadnych komentarzy. I umówiłam się z córką na najbliższą niedzielę na mszę. Ja! Na mszę!

Wczoraj Lola wpadła do domu ze szkoły zdyszana i zajęczała od progu – czy już za późno? –

– Na co? –

– No, żebym zmieniła zdanie. Bo ja dziś miałam pierwszą religię. I mamo – Lola najwyraźniej była zakłopotana – ty wiesz, że ja zasnęłam z nudów? Na serio. I wiesz, że Madzia nie chodzi na religię? Ja bez niej tego nie przeżyję. –  

– No, ale komunia – poczułam się lekko skołowana – sukienki, prezenty i tak dalej? –

– No co ty, te sukienki są ohydne. I w ogóle wcale nie chciałam iść do komunii, ale myślałam, że Madzia pójdzie i wiesz, razem będzie nam raźniej. Ale sama w życiu, mowy nie ma. Poza tym ja nie chcę chodzić do kościoła.  Ale prezent możecie mi kupić – dodała łaskawie, zawinęła się i poszła.

Eee, no dobra. Czy to się liczy jako świadoma decyzja? W każdym razie na pewno podjęta samodzielnie i bez nacisków:-)

Przyznaję, że dzisiaj, kiedy poszłam do szkoły zamieniać oświadczenia, czułam się jak nieudolna decyzyjnie, zdominowana przez małoletnią matka abnegatka.   Ale co tam, mam nadzieję, że kiedyś młoda nie będzie miała do mnie żalu, że zwaliłam na nią odpowiedzialność za jej własny światopogląd…

 

 

 

doniesienia bez związku

1. W mojej okolicy otwarli Fish spa. Kojarzycie te programy o rybkach, które leczą, skubiąc martwy naskórek? O to to właśnie… Naprawdę Strasznie Chcę iść do takiego spa! Jestem zboczona na punkcie skubania. Podsuwam czasem Lulu mój kciuk, żeby mogła go delikatnie podgryzać swoimi kocimi mleczakami. Stado maleńkich rybek, skubiących swoimi rybimi wargami moje stopy, uch, marzenie  – chyba mogę nawet bez objawów chorobowych dać się poskubać, co?

2. Zepsuło się żelazko. O czym doniosła mi pani Hania, bo ja bym się nie zorientowała jeszcze przez jakiś miesiąc. Kupiliśmy dzisiaj nowe, żeby pani Hania nie zaniechała prasowania mężowskich koszul. Nowe żelazko wygląda jak..żelazko, w końcu to nie fizyka kwantowa, ale i tak z nawyku przeczytałam instrukcję. W ostrzeżeniach znajduje się akapit: „urządzenie nie jest przeznaczone do użytku przez osoby o ograniczonych zdolnościach fizycznych, sensorycznych lub umysłowych, a także nie posiadające doświadczenia w użytkowaniu tego typu urządzeń.” Jakby nie patrzeć, co najmniej jedno zastrzeżenie odnosi się do mnie osobiście. Ale czy „nie posiadając doświadczenia w użytkowaniu” można je nabyć, użytkowując jednakowoż to urządzenie? Mam dylemat.

3. W radiu mówili, że jeden pan, podszywając się pod ginekologa, leczył swoje pacjentki stosunkiem seksualnym. Strasznie jestem ciekawa jego argumentacji co do takiej metody leczenia. To przebija nawet moją wizytę u nigeryjskiego okulisty. Sugerowana kuracja na infekcję oka: masaż gotowanym jajkiem. Nie pomogło, ale miałam dużo zabawy w trakcie. To przebija także  wizytę u ortopedy, który udowadniał mi, że Misiek ma krótszą nogę, podkładając kolejno pod stopy Miśka bloczki z receptami, spisy leków i notesy. – Sama pani zobaczy – krzyczał z zapałem, kiedy mój syn stał z filozoficznym spokojem na jednakowej wysokości stosach papierów….

4. Udało mi się kupić czwartą część przygód Mercedes Thompson, zmiennokształtnej mechaniczki, która ma romans z wilkołakiem i mnóstwo fascynujących przygód z duchami, goblinami i wampirami. Czytam z wypiekami na twarzy. Moje IQ ma wypieki z  zażenowania. Ale jak to się czyta!

5. Doniesienia są bez związku z rozpoczęciem roku szkolnego oczywiście. Rzeczy, które będę ignorować, przestaną istnieć. Takie mam założenie. Jak wystarczająco długo poignoruję szkołę, znowu będą wakacje.

syndrom drugiego dziecka

Ostrożnie, ona jest młodsza od ciebie!

Ustąp jej, bo jest mniejsza.

Ciebie też kocham, no oczywiście, po prostu to małe jest bardzo absorbujące.

 

Mąż dusi się ze śmiechu, słuchając moich monologów. Zdiagnozował, zresztą słusznie, że  Lulu zastępuje mi trzecie dziecko, na które się w końcu nie zdecydowałam. Przerabiam więc zastępczo na moich kotach system „nowe dziecko w domu”. Jak dopieścić starszaka, żeby nie poczuł się niekochany? – Chodź, Inka, mama cię przytuli, chodź biedactwo. Lulu, nie wolno zaczepiać Inki, jak będzie chciała, to sie z tobą pobawi (nigdy nie chce, hłe, hłe). –

Ukradkiem głaszczę Inkę, kiedy Lulu jest obok, bo małą dostaje fioła z zazdrości. Staram się nie przesadzać z czułościami dla Lulu, kiedy Inka leży w tym samym pokoju, żeby jej nie było przykro. Kiedy przesadzam, Inka manifestacyjnie opuszcza pomieszczenie, rzucając mi na odchodnym spojrzenie pełne wyrzutu..

No i, jak zawyrokował mąż, znowu to samo, co przy kolejnych dzieciach – obcy w naszym łóżku. Inka od lat sypia ze mną tylko wtedy, kiedy nie ma męża, tak dla pociechy. Lulu rozpanoszyła się na całego. Czeka tylko, aż się położę, odbywa kilka rytualnych gonitw pod kołdrą i zalega, mrucząc jak silnik łodzi motorowej, możliwie blisko mojej twarzy. Jak łatwo się domyśleć, nasze życie intymne jest przez to poniekąd utrudnione i przypomina te pierwsze lata po urodzeniu dzieci, kiedy człowiek zwiewał z własnego małżeńskiego łóżka, opanowanego przez sapiące i mamroczące tobołki. Pzostaje nadzieja, że, jak to bywa z dziećmi, Lulu dorośnie i będzie bardziej niezależna. A ja będę zadowolona i rozżalona jednocześnie, że nic nie trwa wiecznie, i że już nic mi nie mruczy i nie wtula się w szyję.

A teraz kończę – zgadnijcie, co się zbliża i co w związku z tym czeka typową matkę typowych dzieci w wieku szkolnym? Aaaaa! podręczniki! Kapcie! Zeszyty! Piórnik! Idę robić ponurą, przerażającą i kosztowną listę. Tylko może jeszcze zdjęcia obrobię, bo obiecałam?

ale tu gorąco!

Zgodnie z życzeniami szanownych czytelników przywiozłam do Polski pełną walizkę wysokich temperatur. Komu pranie nie schnie – na balkon! Kto się opalić nie zdążył – do parku albo na basen!

Napradę doceńcie ten gest, bo w drodze powrotnej miałam wrażenie, że już absolutnie nic, nawet dodatkowa flaszka wina, się nam do samochodu nie wciśnie, a tu proszę, ile jeszcze ciepła upakowałam:-)

W Hiszpanii było gorąco, błogo i leniwie, z naciskiem na gorąco, bo skautowska dusza mojego męża wyciskała z nas jednak jakąś aktywność. Droga w obie strony była potwornie męcząca i zakończyła się moją deklaracją, że w najbliższym dwudziestoleciu nie wybieram się samochodem absolutnie nigdzie, jeśli nie da się przejechać trasy w ciągu jednego dnia. Szczególnie z noclegami na kempingach. Dobra, dobra, mówcie, żem stara i leniwa, ale do cholery, w okolicach czterdziestki codziennie  rozbijanie namiotu i nocowanie na dmuchanym materacu z komarami i mrówkami w śpiworze powinno być zakazane z przyczyn zdrowotnych.

Małoletni znieśli to wszystko z dużą dozą wyrozumiałości i cierpliwości, jednak poniekąd moim kosztem. – Mamoooo, co masz do jedzenia? – to pytanie nieustannie towarzyszyło mi w ciągu dłuuugich godzin codziennej jazdy i zmuszało mnie do monotonnnego wymieniania zawartości torbby z jedzeniem, która tkwiła między moimi nogami,  a następnie wyławiania wskazanych przekąsek. Kiedy głód był chwilowo zaspokojony, czytałam im najnowsze odkrycie literackie w moim domu, czyli kolejne częsci Muminków. Znaczy, niby wszyscy oprócz Loli, już znali, ale okazało się, że głośne czytanie pozwala na nowo odkryć uroki starych przebojów.

Kiedy się zmęczyłam czytaniem i podawaniem konsumpcji na tylne siedzenia, usiłowałam wyprowadzić mojego męża z równowagi, bo on taki zrelaksowany był i w ogóle mnie nie podziwiał, że ja tak w tym samochodzie i na kempingach dzielnie sobie radzę.

Słowem, bardzo męczące to przemieszczanie było i zasadniczo nie polecam. Znaczy – urlop tak, drogi nie. No, i potem jeszcze rozpakowywanie, pranie i czyszczenie wszystkich rzeczy czterech osób z dwóch tygodni.

Znam większe atrakcje, hmmm…

PS. Lulu jak nowa. Następnego dnia po przyjeździe okulista zdjął jej szwy z oka. Lulu zachłysnłęła się widzeniem dwuocznym i szaleje. W pionie i poziomie. W międzyczasie dorosła i jakby zmądrzała. Łóżka wykorzystuje teraz tylko w celu spania, grzecznie maszeruje do kuwety, jedyne, co jeszcze jest punktem spornym, to dywanik łazienkowy. Ale cóż, negocjujemy, może się uda i dywanik ocaleje.

Jak się opiorę, oprasuję i nasprzątam, to napiszę i zdjęcia też będą, słowo.

 

ekspresowe doniesienia

Wrzucam na szybko z hiszpanskiej kafejki internetowej – wybaczcie brak polskiej czcionki.

Latam do kafejek, bo mi sie cholerna Manuela wladowala na wakacje i musze konczyc odcinki tkwiac w knajpach. Strasznie mnie to wkurza, ze mi sie baba po moich prywatnych wakacjach plata, ale co zrobic, to juz koncowka i nie moge odpuscic.

Zatroskanych uspokajam. Lulu podobno ma sie swietnie. Codziennie odbywam telekonferencje z moim ojcem, ktory przejal role glownego opiekuna. Lulu blyskawicznie przywykla do szwow na oku i do kolnierza i udalo jej sie nawet w tym oprzyrzadowaniu wspiac na siedmiometrowa sekwoje. Ten kot ma chyba sklonnosci samobojcze…Moi rodzice sa w niej zakochani i podlizuja sie jej tak, ze mam obawy, czy bedzie chciala do nas wrocic:-)

A my po morderczej podrozy – cztery dni w samochodzie plus noclegi na kempingach, dotarlismy do malej wioseczki na hiszpanskim wybrzezu, gdzie usilujemy koic nasze nerwy szumem fal.

Jest goraco. Tak goraco, ze pol godziny po wyjsciu spod prysznica czlowiek znowu splywa potem. Ale jest plaza, piaseczek, a przede wszystkim przy domku, w ktorym mieszkamy, jest basen, ktory ratuje nam zycie. Moczymy tylki w wodzie, chlejemy wino, i nawet jeszcze nie mamy ochoty sie pozabijac. Poza tym tradycyjnie: Mlodociani jak foki nurkuja i prychaja woda. Maz robi zdjecia. Ja troche marudze, a troche ogarniam rzeczywistosc. Typowo. Zdjecia beda po powrocie. Na razie spiesze zapewnic, ze tesknie i kocham:-)

Lulu w opałach

Się stała katastrofa. Od wczoraj mamy ranną Lu, i generalnie jest makabrycznie z lekka. Partyzant wczoraj przekroczył granice dopuszczalnych zachowań, nawet w strefie wojny. Dziecko skrzywdził! Zaatakował ją wczoraj znienacka, kiedy wygrzewała się na tarasie, w efekcie bójki mam okaleczoną kotkę. Wbił jej pazur w oko na tyle dotkliwie, że Lulu ma przebitą rogówkę. Co za kot debil, który atakuje małe kocię?

Miałam ochotę wpaść w regularną histerię, ale jak zazwyczaj w sytuacjach kryzysowych nie pozostało mi nic innego jak zachować zimną krew. Wpakowałam Lulu do transporterka i poleciałam na dyżur weterynaryjny. Pani weterynarz wpakowała w nią pięćset zastrzyków, a we mnie tyle samo koszmarnych przypuszczeń i hipotez, z bardzo prawdopodobną utratą wzroku lub oka włącznie.

Chodzę teraz w takich nerwach, że mną rzuca. Jutro wyjeżdżamy. Na zaplanowany od miesięcy i opłacony już wyjazd rodzinny. Co z Lulu? Czy ja mogę to maleństwo zostawić, nawet pod troskliwą opieką rodziców i pani Hani?

Jadę zaraz do kociego okulisty, który, mam nadzieję, wleje trochę otuchy w moje skołatane nerwy. W międzyczasie załatwiam dodatkową opiekę nad Lu i jej okiem, robię ostatnie odcinki Manueli i pakuję całą rodzinę na dwutygodniowy wyjazd. Mam wrażenie, że od wczoraj włosy mi szybciej siwieją i pojawiają się kolejne zmarszczki … Zanim się to wszystko wyjaśni i wyprostuje, będę miała sześćdziesiąt lat, przynajmniej wizualnie.

A Partyzant? No, teraz to ma przerąbane. Mąż, który, jak łatwo było przypuszczać, pokochał do tej pory Lukrecję z całego serca, powiedział, że za to, co zrobił, z zimną krwią go zatłucze. I na miejscu Partyzanta wzięłabym to na poważnie.

Jasna cholera! Czemu wszystko się tak komplikuje?

partyzant w defensywie

doniesienia z frontu:

po zaciekłych starciach siły partyzanckie wycofały się na z góry upatrzone pozycje. stop. Wojska oddelegowane do walki z rebeliantami oczyściły przedpola i ustawiły barykady do głównych traktach. stop. każdy wypad rebeliantów jest torpedowany przez siły wojskowe. stop. niestety, w trakcie walk odnotowano wiele zniszczeń na terenach objętych wojną, chociaż na razie obeszło się bez ofiar. stop.

Kot z Besjbolem został oficjalnie mianowany Partyzantem tuż po swojej ostatniej akcji. Weszłam do łazienki na dole. Kot przecisnął się przez niedomknięte drzwi. Następnie obydwoje spędziliśmy niezwykle pracowite pięć minut: ja ściągałam ze sznurków i składałam pranie na dole, Kot starannie umieszczał podpis na każdym dostępnym mu kawałku górnej łazienki i przedpokoju. Kiedy rzeczone pięć minut później weszłam na górę z naręczem prania, zobaczyłam Partyzanta i przerażoną do granic możliwości Lulu, wciśniętą w kąt przedpokoju. Partyzant wykorzystał moment ogólnego osłupienia i przemknął między moimi nogami na dół. Rzuciłam pranie na podłogę i popędziłam za nim wrzeszcząc: wyp…pii ty sk…pii jeb….pii,  no, jednym słowem dawałam mu do zrozumienia, co myślę o nim i jego najbliższej rodzinie.

Zniszczenia: bramka antyLulowa – do wyrzucenia, ręcznik i dywanik łazienkowy – do wielokrotnego prania, ściany i podłoga – do szorowania, taboret – do szorowania i długotrwałego wietrzenia, drewniany pojemnik na mydło i gąbka – do wyrzucenia, pluszowy tygrysek, z którym sypia Lulu (zgroza! bandyta! za dziecięce zabawki się bierze!) – do trzykrotnego prania. Moja psychika – w rozsypce. Lulu – prawie do reanimacji z nerwów.

Wytoczyłam ciężkie działa. Żaden ocet nie pomoże na takiego psychopatę. Ja jestem łagodnym człowiekiem (zabawne, zauważyliście, że większość morderców ma o sobie takie zdanie?), ale bez przesady. Po tym parugodzinnym sprzątaniu niemal zamieszkałam na tarasie, mając na podorędziu garść kamieni. Pierwszy raz w życiu celowałam kamieniem w kota, z absolutnie szczerym zamiarem uszkodzenia ciała. Chociaż przyznaję,że mając świadomość swojej mikrej celności, nie zakładałam, że faktycznie mogę go trafić.

Kiedy parę razy Partyzantowi czatującemu w krzakach przy tarasie świsnął koło ucha kamyczek (mówiłam, nie było szans, żebym trafiła), coś jakby w tym wielkim łbie zaskoczyło. Serio? Naprawdę nie chcecie, żebym wam dekorował dom? Poważnie? A taka fajna była zabawa. No i jak się obraził trzy dni temu, tak się na razie nie pokazał.

A ja sprzątam. Sprzątam tak, że mój dom wręcz zastygł w osłupieniu, drapany i łaskotany w miejsca, gdzie nigdy drapany i łaskotany nie był. Mój nietypowy obłęd bierze się z superczułego węchu, którym niestety obdarzyły mnie geny. No, nikt już nie czuje, a mi śmierdzi. Śmierdzi tak, że nie mogę siąść na kanapie, delektować się kąpielą w łazience ani spokojnie gotować. W amoku sprzątania przewróciłam chałupę do góry nogami, szorując ściany, każdy zakamarek podłogi, nawet nogi od krzeseł. Myliście kiedyś nogi od krzeseł? Bo mnie to nigdy wcześniej nie wpadło do głowy. Moje porządkowe Magnum Opus zakończyłam wczoraj wieczorem wezwaniem fachowca od prania kanapy. Kiedy wyszedł, zapaliłam świeczkę zapachową, rozejrzałam się i wwąchałam w przestrzeń. Nic. Wielka olfaktoryczna pustka. Bossssko.

I tak ma zostać, do cholery! Bo nie ma szans, żebym jeszcze kiedykolwiek w życiu zebrała się do takich porządków. A Partyzant albo załapie, kto jest zwycięzcą w tej wojnie, albo marnie skończy.

czemu nie piszę?

Bom głupia. Ze trzy tygodnie temu  miałam ostry stan lękowy, związany z przerwą produkcyjną. To był najdłuższy od czterech lat czas – ponad dwa tygodnie – kiedy nie pisałam, nie poprawiałam, nie pracowałam zawodowo. Tylko siedziałam w domu z dziećmi i kotami, nadrabiając zaległości, odwadniając, odwaniając i odwalając kupę tych monotonnych, codziennych obowiązków. Czułam się nieszczęśliwa. Jak to jest z tą robotą? Człowiek pracuje i narzeka. Nie pracuje, dostaje świra.

A mój stan lękowy był związany z przemijaniem. Zaraz doprowadzę Manuelę do ołtarza. Zaraz, za momencik, padnie ostatni klaps na planie. Zaraz wypijemy ostatnie piwko ze scenarzystami. Jeszcze tylko kilka tygodni.

Co potem? Ratunku, muszę sobie coś znaleźć! Bo oszaleję w domu i na waciki od męża będę musiała wyciągać.

No i tak się zakręciłam ze  znajdywaniem, że teraz mam przerąbane. Manuela wciąż na planie, czyli masa bieżącej roboty przy telenoweli. Dogadałam nowy projekt – całkiem w powijakach, czyli trzeba wszystko, łącznie z autorami, ustawić od początku. Dużo pracy i stres w dodatku, bo jak się posypie, będzie tym razem tylko na mnie.  A że nie byłam pewna tego nowego projektu, załatwiłam sobie w miedzyczasie dodatkową fuchę. Fucha, nie dość że nędznie płatna, zajmuje mi większość wieczorów i jest generalnie upierdliwa. Ale ja oczywiście już sobie na honor wjechałam, że przecież nie mogę tak łatwo się poddać. W efekcie nie mam czasu na nic. I zaraz dostanę wrzodów po tych ilościach kawy, które mnie utrzymują na powierzchni. I jestem wykończona.

 PS Deszcz wciąż pada. Z sufitu wciąż kapie. Lukrecja się nudzi. Wisi mi na troczkach od spodni, wdrapuje się po moich plecach, żeby złapać łapką kolczyk w uchu, skacze po klawiaturze i kasuje to co piszę. Mogę ją wysłać na plac zabaw? Bo zużyłam już wszystkie plastikowe kulki, orzechy, sznurki i szpulki, a młoda wciąż ma żywotność wyspanego dwulatka.

PS 2 Kot z Bejsbolem wykorzystuje każdy moment nieuwagi, że przekraść się do domu i coś podsikać. To jest już otwarta wojna. Postawiłam sobie ocet w spryskiwaczu przy drzwiach. Ja albo on. Na razie on wygrywa wojnę, bo mój dom śmierdzi. Ale dzisiejszą walkę  wygrałam ja – chwilowo. Mam nadzieję, że ocet będzie mu długo o mnie przypominał (tu wstawcie sobie złowieszczy obłąkańczy rechot)

PS 3  Siedzę sama w domu, dzieci nie ma, a ja zamiast szlajać się po sklepach albo chlać na kanapie,  stukam w komputer , wyjadam kukurydzę z puszki i robię bojowe wypady z octem w ręku. Odbija mi? Szukać pomocy?