Żegnaj Manuelo

Od tygodnia choruję. Malowniczo, rzężąco i z przytupem. Zwykła wirusówka powoli wędruje po moim organiźmie, osadzając się kolejno w różnych sympatycznych organach. Szła sobie po gardle, zlazła do krtani. Zapewniając mi najpierw seksowny głos a’la wczesna Chylińska, następnie niestety zaawansowaną młodzieńczą mutację, która sprawia,że ktokolwiek do mnie dzwoni, po chwili konsternacji mówi – przepraszam, pomyliłem numer – . Teraz  wirusek siedzi sobie niżej, w oskrzelach, prowokując mnie do efektownych, kaskadowych wybuchów chrypliwego kaszlu rodem z noclegowni dla bezdomnych. W sumie całkiem praktyczne, bo tłum się sam rozstępuje…Chyba muszę jednak iść do lekarza, zanim rodzina straci do końca cierpliwość. Albo zanim do płuc mi zlezie. Wirus, nie rodzina.

Ale ja nie o tym. Manuela się skończyła. Znaczy, nie, że zeszła śmiertelnie. Wręcz przeciwnie, wepchałam ją w końcu w ramiona Arturra i przed ołtarz. Tym samym nasz związek dobiegł końca. To była bolesna miłość, pełna nieporozumień i wzajemnej niechęci, a jednak trochę żal. Żegnaj Manuelo! Jeśli śmiech odmładza, zawdzięczam ci jakieś wizualnie pięć lat mniej.

Koniec Manueli oznaczał nagły koniec pracy. Trochę szok dla organizmu. Przyzwyczaiłam się już do regularnych wielogodzinnych sesji przed komputerem, zazwyczaj pod presją czasu, i nagle przeżywam traumę. I pustkę.

Dziś rano mąż odwiózł małoletnich do szkoły. Ja się zwlokłam, odpracowałam poranny rytuał kaszlu i rzężenia. Najadłam się leków, żeby jakoś funkcjonować. Wstawiłam pranie. Rozpakowałam zmywarkę. Spakowałam zmywarkę. Posprzątałam pokoje i kuchnię. Potem nawykowo zrobiłam sobie kawę i odpaliłam kompa, żeby zrobić dzisiejsze odcinki. Jakie odcinki, kobieto?! Zamarłam. Ot, siła nawyku. I z rozpędu wpadłam sobie w szybciutką depresyjkę, wspomaganą skutecznie kaszlem oskrzelowym.

Na szczęście, kiedy chwilowo opędzając się od czarnych myśli włączyłam jednak komputer, odkryłam, że moja nędznie-płatna-i-frustrująca-i -straszliwie- nudna-fucha zapodała mi nowe scenariusze do recenzowania. W życiu się tak nie ucieszyłam perspektywą nudnej i mozolnej pracy za bardzo małe pieniądze!

Brak pracy deprawuje. I skłania do naprawdę dziwnych myśli. Poważnie rozważam, czy nie poukładać rzeczy w biurku Miśka i w szafie Loli. Rany! Ratunku!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s