autopodróbka

lukrecja po operacji

 Lulu przeszła pomyślnie zabieg ubezpłciowienia. Sama operacja to pikuś, za to następne kilka dni zapisze się w rodzinnych annałach jako Noce Wściekłej Lukrecji. Widzicie ten wzrok? No właśnie, gdyby mogła, zabiłaby nim wszystkich debili, którzy ubierają koty w kaftany (ta podłoga to przed odkurzaniem, normalnie jest chyba czyściejsza…).

Lola rozpoczęła karierę malarską. Aktualnie jest w fazie akwareli. Brodzimy w stertach brudnych gazet, mokrych pędzli i zamalowanych  kartek. Mimo młodego wieku malarka już cieszy się uznaniem koneserów i krytyków. Którzy są skłonni nawet płacić za szczególnie udane dzieła. Na przykład za mroczną wariację na temat „Pies w deszczu”. Mąż zachwycony obrazem, błagał autorkę o możliwość nabycia tegoż. Autorka jednakże odmówiła, argumentując,że obraz ze względu za wartość sentymentalną nie jest na sprzedaż. Zdeterminowany Mąż przebił dwukrotnie przeciętną cenę i tą, nie bójmy się tego słowa, łapówką, przekonał malarkę, która orzekła: – no dobrze, poczekaj dziesięć minut, to ci go dam.

I rzeczywiście, po kwadransie mąż został szczęśliwym posiadaczem dzieła, które prawdopodobnie za trzydzieści lat będzie warte tyle, co samochód Kuby Wojewódzkiego. A malarka przyszła do mnie później, dziwnie skruszona i wyszeptała: słuchaj, mamo, ja bardzo lubiłam ten obrazek, więc namalowałam tacie taki sam, i wcale nie zauważył. Tylko błagam, nie mów mu, że dostał PODRÓBKĘ!

PS Wciąż czuję się normalna. Tak dla pamięci piszę, bo w końcu ten blog służy mi jako pamiętnik i muszę zapisywać wszelkie dziwne wydarzenia i uczucia. A to dziwne, nie?

skutki uboczne

Honey, I’m hoooome!

Jestem, prawie jak nowa. Musiałam odczekać, tak dla ostrożności, żeby przypadkiem nie opromienić was blaskiem mego chwilowego uroku.

Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami. Musiałam zrobić sobie skomplikowane badania. Żeby badania wyszły, nie wdając się w szczegóły, musiałam brać przez jakiś czas LEK. Zawsze paranoicznie czytam tę część ulotki, w której są opisane skutki uboczne, doszukując się później wszystkich naraz. W ulotce leku nic nie było, poza różnymi banałami, typu zakrzepica, nowotwór mózgu czy tam inne drobiazgi. Najgorsze jest to, że kiedy  mogłam skojarzyć fakty, to generalnie już nic nie kojarzyłam. Chodziłam otulona wirtualnym azbestowym kubrakiem i słyszałam tylko echo własnych samobójczych myśli. Po LEKU właściwie nie  byłam wcale smutna. Ale wesoła też nie. W ogóle nie byłam. Tak sobie, przemieszczałam się po świecie jak wysuszone psie gówienko na wietrze.

LEK się skończył. Ja się znienacka zaczęłam. Tylko że wahadełko odbiło w drugą stronę. I zaczęłam, kurr…szczebiotać.

Też się nie połapałam, aż do wczoraj, kiedy wychynęłam z jaskini wreszcie coś załatwić.

Poleciałam kupić uchwyty do Lolczynej szafy (która się mimochodem robi). Na pytanie sprzedawczyni, w czym może pomóc, ku naszemu obopólnemu zdumieniu, zasypałam ją mnóstwem szczegółów z życia rodzinnego i tłumaczenie, dlaczego uchwyty muszą być płaskie, zamieniło się w seans Jerrego Springera.

Potem odebrałam zapomnianą kosiarkę z serwisu. Kiedy poszłam zapłacić, otworzyłam szeroko oczy. Na ladzie, tuż przy kasie fiskalnej, rozlewała się futrzasta kupka czegoś fałdzistego. Pani sprzedawczyni miziała toto z uwielbieniem. Kupka okazała się mostrualnie wielkim i grubym yorkiem, szpetnym jak nieszczęście. Ze wstrząsem uświadomiłam sobie, że ręka sama mi się wyciąga do szkaradzieństwa, a z gardła wydobywa mi się słodkie gruchanie – oj, jaki śłodki, śliczny piesiunio. Sprzedawczyni popatrzyła na mnie rozpromieniona (przynajmniej JEJ nie zaszokowałam) i obydwie, porzucając rachunek z serwisu, oddałyśmy się z zapałem czochraniu zaślinionego, skołtunionego potworka.

Uch, aż sie wzdrygam na myśl o moim upodleniu! Słodziutka i gruchająca Asia? Kurde, to jakby Pavarotti przeszedł na black metal. Rozum wrócił mi ostatecznie wieczorem. Dokonałam rachunku zysków i strat.

Mąż  trochę się mnie boi i na wszelki wypadek jest strasznie miły. Plus? Minus?

Dzieci zaczęły mnie lekko olewać, bo w stanie katatonicznym zgadzałam się mimochodem na wszystko,żeby tylko się odczepiły. Trzeba ich ustawić w trybikach od nowa. Minus stanowczo.

Ale wiecie co? Chyba lubię siebie. W sensie – aktualną siebie, bez wahadełka. Teraz wydaję się sobie taka…normalna? Plus jak w mordę.

 

wylogowałam się

Wylogowałam się na trochę. I jeszcze przez chwilę to potrwa. Sorry. Przerasta mnie codzienność. Przerasta mnie nawet otworzenie bloga. Nie radzę sobie z otworzeniem słoika ogórków, z dziećmi i organizacją dnia. Czas przesypuje mi się w rękach jak piasek, i codziennie coraz mniej mnie to obchodzi. Muszę coś zrobić. Ale żeby coś zrobić, muszę się jakoś wypozycjonować w rzeczywistości. Na razie dryfuję. Chwilowo blog zawieszony. Na tydzień, dwa? Wrócę jak nowa, obiecuję.

dym z komina jesienią

drzewo

Lubię jesienne liście w stanie nieopadniętym. Stan opadnięty jest też przyjemny dla oka, pod warunkiem, że opad nie występuje w terenie zabudowanym, otoczonym moim płotem. Liście nieopadnięte jednakowoż  mają w sobie coś, co każe mi zastygać nieruchomo i gapić się maślanym wzrokiem na zawieszone w powietrzu złote płomyki.

Moja kretyńska poetycka maniera nie jest skutkiem spożycia nadmiernych ilości alkoholu. Natomiast los postanowił ukarać mnie za moje lamenty związane z wiekiem. O boże, boże, jak dobrze, że przynajmniej makijaż miałam względny….i sweter niebieski, bo mi w nim ładnie! Wiem, bełkocę. Ale naprawdę, mmmmm, to było..dobra, do rzeczy.

Umówiłam się z kominiarzem, profesjonalnie znaczy, a nie na randkę. Drzwi mu otwieram, a w drzwiach…Keanu Reeves w czarnym kominiarskim mundurku, z obowiązkowym sznurem na ramieniu. Chyba pierwszy raz w życiu się zatchłam na widok faceta i tak stałam i stałam, ukradkiem zbierając szczękę z podłogi. Nie oprę się piśnięciu wprost z różowych blogasków: OMG, jaki cudny był i śliczniuni, i te guziki takie złote, a mundur taki odpicowany, że jeju…..

Nic nie poradzę na to, że w związku z tą wizytą nasuwa mi się  szereg skojarzeń i refleksji, którymi zdaje się nie mogę się z wami podzielić, uwzględniając fakt, że blog nie jest od 18 lat. A szkoda, szkoda. Koniakowe botki ze wstydem popełzły w kąt. Jakoś tak jakby młodsza się poczułam. Te liście wirują, lampa świeci i generalnie romantycznie jest jak cholera.

Jak często trzeba robić przegląd kominiarski? I co można wepchać do komina, żeby go zapchać efektownie, acz nieszkodliwie? Czuję się bardzo zmotywowana.



Lola żebrze, a ja godzę się z rzeczywistością

Wstałam rano, z zamkniętymi jeszcze oczami odwiozłam małoletnich do szkół, po czym wróciłam i spojrzałam w lustro. Opuchnięcie na ustach po tym, jak walnęłam się grabiami przy zbieraniu liści, nie zniknęło. Policzyłam zmarszczki – dokładnie te same, w które wczoraj bez entuzjazmu wtarłam krem przeciwzmarszczowy. Uczesałam się, notując pobieżnie, że w przeciwieństwie do zmarszczek, siwe włosy mnożą się z zapałem godnym lepszej sprawy. Eeee, w sumie, da się przeżyć. Zrobiłam sobie urodzinową kawę. Zadumałam się z lekka nad przemijaniem. I wróciłam do rzeczywistości. Dobra,  magiczna czterdziestka nie jest taka straszna. Wyglądam i czuję się dokładnie tak jak wczoraj. Niesamowite, że cała rodzina poważnie potraktowała moją prośbę o zignorowanie tych urodzin i nikt mi nawet życzeń nie złożył….Zaraz, niech się zastanowię, czy jestem o to zła…Nie, wcale. Życzenia i prezenty nie mają magicznej mocy odwracania czasu, więc właściwie po co?

Wprawdzie dzięki Loli mam aktualnie kilka siwych włosów więcej, ale mała wróciła ze szkoły bardzo z siebie dumna:

– Bo wiesz, mamo, że zapomniałaś mi dać wodę do szkoły? I tak STRASZNIE  chciało mi się pić, jak nie wiem. I chodziłam i pytałam WSZYSTKIE dzieci w klasie, czy mają pożyczyć dwa złote ma wodę w sklepiku. I nikt nie miał. No to poszłam na korytarz i zobaczyłam takie dwie panie, które rozmawiały.  I stałam obok nich i czekałam, czekałam, aż w końcu przestaną mówić. I w końcu jedna pani zapytała, czy czegoś chcę. No i się zapytałam, czy ona nie ma dwóch złotych na wodę, bo mi się TAK OKROPNIE  chce pić, a mamusia mi nie dała. A ona mnie pogłaskała i dała mi dwa złote. I wiesz co? Okazało się, że woda kosztuje złotówkę i pięćdziesiąt groszy i jeszcze mi wystarczyło na gumę! –

Wygląda na to, że przekonanie, które wpoiła jej moja teściowa, że woda z kranu zabija natychmiast po pierwszym łyku, jest wciąż żywe. Ale kto jej wpoił taką pewność siebie, która pozwala na proszenie obcych ludzi o pieniądze, to nie wiem….

 

zrzędliwa czterdziestka

Pogodziłam się z faktem, że Harrison Ford nie poprosi mnie o rękę. Wykreśliłam go ze Spisu Pięciu Najcudowniejszych Facetów Świata.  Tym samym mój mąż, do tej pory grzecznościowo na piątym miejscu, przesunął się o oczko wyżej. Jeszcze chwila, i skreślę Stinga, masakra.

Na Liście Przedmiotów Pożądania Seksualnego aktualnie pierwsze miejsce zajmują koniakowe botki wyprzedzając gołego Alexandra Skarsgaarda.

Kiedy mąż pyta: – o czym marzysz, kochanie? – z trudem powstrzymuję szczere wyznanie: – o suszarce kondensacyjnej –

Kiedy widzę na ulicy przystojnego dwudziestolatka z rozwianą czupryną, zastanawiam się, czemu nie założył czapki, kiedy tak wieje.

Kiedy oglądam program o operacjach plastycznych, przez chwilę zastanawiam się nad nowymi cyckami, po czym rezygnuję, bo nakłady mi się już nie zwrócą.

Moje majtki ze Snoopim wydają mi się głupie i dziecinne:-(

 

Tak, tak, wiem, wydziwiam. Za tydzień skończę czterdzieści lat. Najgorsze jest to, że moja lista Już Nigdy i Za Późno wydłuża się z każdym dniem. Nie dlatego, że narzucam sobie samoograniczenia, ale dlatego, że taka jest naturalna kolej rzeczy. Na pewno za kilka dni czy tygodni znajdę pozytywne strony tego wieku, ale chwilowo czuję się starą, bezrobotną  matroną z nadwagą, obciążeniami rodzinnymi i zrzędliwym charakterem.

Niedługo kupię sobie poduszkę. Położę ją na parapecie. Na poduszce rozlokuję biust. Obok ustawię geranium. I będę oglądać świat przez okno. Zobaczę, co ci młodzi wieczorami robią……

 

 

konsultacja kolorystyczna

Dobra.Twardym trzeba być. I podejść zadaniowo do rzeczywistości. Postanowiłam na razie olać perspektywy (czy też ich brak) i zająć się życiem po kawałku.

Kawałek numer jeden: pokój Loli. Mały, zimny i mroczny jak jaskinie Mordoru. No może nie całkiem loch z przegniłą wiązką słomy, ale aż się prosi o zmiany. Lola nie ma problemu wizualnego, ale nie ma gdzie trzymać rosnącej kolekcji ciuchów, bo jej dziecięca szafeczka nie daje rady.. Właśnie zamówiłam jej meble, szafę znaczy i regały na książki. Na skutek różnych zgniłych rodzinnych  kompromisów i aktualnej sytuacji kolorystycznej pomieszczenia meble będa kremowe, jak utarty przyzwoicie kogel mogel. Ściany z powodu wyżej wymienionej mroczności i zimności powinny być jaśniutkie i cieplutkie – taki jasny krem jak sądzę. Wykładzina beżowa i żadna ludzka siła nie zmusi mnie do oderwania tego cholerstwa z podłogi.

Jednym słowem osiągamy coś, co wyrafinowany dekorator nazwałby pewnie subtelną monochromatyczną kompozycją ciepłych barw, ja jednak raczej skłaniam się do definicji – rzyg z rozmachem ciepłym waniliowym budyniem.

Co z tym zrobić, drodzy czytacze nie obdarzeni, jak niżej podpisana, daltonizmem odcieniowym ( w sensie że kolory rozróżniam, ale co do siebie pasuje, to już nie bardzo)?

Czy jeśli dokupię jej do tego rzygu kolorową narzutę na łóżko i fotel i powieszę plakaty, będzie OK? I jakie? Czerwone? Czy za duży kontrast? A może subtelne, hmm, oliwki, czy jak to tam zwał, albo coś szarego/czarnego? Dziecięce wzornictwo i kolorystyka odpada – Lola jest rockowym twardzielem i bliżej jej do grunge niż do Barbie.

Rany, pomóżcie, bo czuję na sobie ciężar odpowiedzialności. A jutro przychodzą stolarze na pomiary, więc za moment muszę pomalować ściany. Aaaaa!

 

Czytam, bo inaczej zacznę myśleć

Czytam „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego.  Dobra książka, świetnie napisana. Dokładnie taka jak autor – błyskotliwa, przenikliwa, cyniczna i lekko szowinistyczna. Od dawna nie czytałam żadnej książki tak powoli, bo szkoda mi tracić nawet pogardzane przeze mnie opisy przyrody.

Skądinąd – moim największym osiągnięciem czytelniczym pozostaje „Nad Niemnem”. Przeczytałam trzy tomy w ciągu dwóch dni i nieopatrznie przyznałam się do tego polonistce. – Jak ci się to udało? – spytała bezbrzeżnie zdziwiona.

– Omijałam wszystkie opisy przyrody, pani profesor – przyznałam z naiwną szczerością. Zgadnijcie, jaki temat dostałam na najbliższym wypracowaniu…..

Równocześnie czytam „206 kości” Reichs. Też dobre, chociaż wykłady na temat zaszeregowania paliczków ręki lewej i prawej wydały mi się już lekką przesadą. Ominęłam:-)

Czytam „Bezimienną” i Bezduszną”, którą odłowiłam sobie po waszych sugestiach – niekonwencjonalne i zabawne, chociaż i tak najlepsza jest notka o autorce…Ciekawe, czy już jest następna część.

Czytam „Matyldę” z Lolą po raz trzeci – zaczyna mnie to męczyć, ale brnę dzielnie, bo najwyraźniej Lola wrodziła się we mnie – najbardziej lubimy to co już znamy.

Czytam….czytam, bo inaczej zacznę sie zastanawiać, co z tym wszystkim zrobić. Kryzys mam jak cholera i mam ochotę natychmiast i bezwarunkowo zerwać wszelkie kontakty z moją stacją. Od dwóch miesięcy nie zarabiam ani grosza, Manuela odbija mi się czkawką, bo czołowi spycholodzy stacji uznali, że cokolwiek złego się stało to wina redaktorów, bo powinnam własną piersią bronić projektu przed całym światem, także przed producentem serialu i scenarzystami. Co ja jestem, do cholery? Pies obronny? Mój nowy projekt kapie jak krew z nosa i jest równie twarzowy. Przychodząc na nieliczne spotkania i zebrania mam wrażenie, że przychodzę do krypty. Nadszedł czas na zmiany. Jak już się zbiorę w sobie, bo na razie nurzam się w depresji. I czytam.

 

bardzo pouczający weekend

Piątek – impreza z okazji zakończenia zdjęć do Manueli. Wychodzę z domu i zostawiam małoletnich Całkiem Samych. Bo mąż wraca dopiero przed północą. I co więcej, mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że to przeżyją, chociaż podsłuchane przeze mnie szepty (ale będzie imprezka) nieco temu przeczą. Ergo – mam już duże dzieci. Fajnie.

Na imprezie spożywam dużą ilość drinków z wódką, bo wino niedobre, a sok rozwodniony. Też fajnie, przynajmniej chwilowo. Koleżanka, która spożyła takie same drinki (to źle wróży), przygląda mi się uważnie i krzyczy: ale ty jesteś podobna do Dancewicz! I do końca imprezy gada do mnie per Dancewicz. Hmm. Idę do łazienki, wzrok w lustrze zatapiam. No słuchajcie, faktycznie. Wyglądam jak zdjęcie,które Dancewicz mogłaby sobie przyczepić na lodówce z adnotacją „Renata, dbaj o siebie, bo za dziesięć lat będziesz TAK wyglądać!”. Ale co tam, po tych drinkach to mogę być podobna nawet do Marlona Brando. 

Sobota – nie, to nie jest dobry dzień. W sobotę wyglądam jak Dancewicz po ekshumacji. Dzieci mówią szeptem, a Lola pyta: – Mamo, to właśnie jest gac? –

– Kac, dziecko, nie gac – mamroczę żałośnie – zrobiłam to specjalnie, żeby wam pokazać, jak ZŁE jest nadmierne spożycie alkoholu. Doceńcie moje poświęcenie. –

Doceniają i w trosce o moje zdrowie żądają zamówienia pizzy. Cwaniaki. Niech im będzie, byle nie piły. Drinków z wódką przynajmniej.

Niedziela – całkiem dobrze. Wprawdzie dzisiaj wciąż bliżej mi do Marlona Brando niż do Dancewicz,ale ujdzie. Idziemy z mężem do kina. Na nowego Koterskiego. W kasie dostaję zwinięty w rolkę plakat  „Bitwy warszawskiej” i w połowie seansu mam ochotę bić się nim po głowie.  To jest jak ciągnąca się w nieskończoność psychodrama o dwóch szowinistach neurotykach. Nie, nie przeszkadzają mi przekleństwa. Też tak umiem. Dowcipy na poziomie pijanych szambiarzy, ale w sumie jestem zahartowana przez kolegów z pracy. Więckiewicza kocham nad życie. Ale ten natłok koszmarnych truizmów i stereotypów, przeplatany jakimiś delirycznymi wizjami i odgłosami fizjologicznymi stworzył potwora. Coś w rodzaju skrzyżowania Larsa von Triera z American Pie. Pierwszy raz w życiu wychodzę przed końcem filmu. Mąż jednakowoż zostaje, bo jest facetem, a faceci muszą być twardzi. Dobrze, bo opowiedział mi zakończenie. Nic nie straciłam.

Na otarcie łez mąż kupuje mi w Empiku „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego. On mnie naprawdę kocha (Mąż, a nie Miłoszewski. Miłoszewski mnie raczej nie lubi). W sumie – chyba na zero.

Jadę. Kupować kocią karmę. I farbę do włosów (Dancewicz ma taki ciemny kasztan, nie?)

jedzenioholizm i inne zboczenia

Pamiętacie jeszcze Małą Lu? Chude, kościste stworzonko, które wyglądało, jakby miało się za chwilę przewrócić??lulu

Oto Lukrecja dzisiaj.

Boję się jednak, że niedługo zdjęcie straci na aktualności i Lulu będzie wyglądać  mniej więcej tak:

gruby kot

Gdyby istniały grupy wsparcia dla kotów, Lulu mogłaby przedstawiać się:

– Jestem Lukrecja i jestem jedzenioholikiem.-

A gdyby istniały grupy wparcia dla właścicieli kotów, szukałabym tej „Wszystkożerne, kosztowne potwory”.

-Szaszetka? Jak miło, wyciśnij mi tu szybciutko do michy, a kiedy już wyciśniesz wszystko, akurat zdążę opróżnić miseczkę i będziesz mogła dorzucić mi jeszcze trochę tego kurczaka z obiadu. Szybciej, kobieto, od kwadransa nie jadłam i zaraz umrę z niedożywienia. Tylko w  międzyczasie przekąszę  parę kocich chrupek i ten okruszek z podłogi, nie będziesz musiała zamiatać-.

Szynka, parówki, banany, drożdżówki, marchewka z zupy, suszone liście z zeszytu Loli,  kompozycja kwiatowa ze stołu, jabłko, wszystko-co-przypadkiem-wyleci-ci-z-ręki. Zaczynam podejrzewać, że Lulu w poprzednim wcieleniu żebrała na ulicach Kalkuty. Żałosny płacz ma opanowany do perfekcji, smutne i zbolałe spojrzenie łamie najtwardsze serce, a Lu jest taka  mięciutka, przymilna i czuła, że nie ma człowieka, który się nie złamie i nie odejmie sobie od ust, żeby biedne kociątko nakarmić.

Bo problem w tym, że Lukrecja jest absolutnie słodka. I piszę to nie bez rozgoryczenia. Znałam zw życiu wiele kotów, ale takiego jak Lu jeszcze nie. Chodząca łagodność i sama słodycz. Żadnego gryzienia i drapania, zero agresywności. W repertuarze perswazji operuje wyłącznie żałosnym piskiem, spojrzeniem kota ze Shreka, oraz umiejętnością zamieniania się z milczący, nieruchomy wyrzut sumienia. Zastyga tak i patrzy, patrzy z niemym cierpieniem na pyszczku, a ofiara, którą sobie upatrzyła, je coraz wolniej, z trudem przełyka kęsy i w końcu się łamie. Nie ma mocnych na Lukrecję…

Jedyne co ją jeszcze ratuje przed zaawansowaną otyłością, to aktywność fizyczna. Lulu jest wyczynowym zrzucaczem. Niedługo będzie startować w olimpiadzie, jeśli tylko stworzą taką konkurencję.

Cokolwiek kładziemy na stole, natychmiast ląduje na podłodze. Lulu potrafi wygarnąć łapką orzecha z miski i kredkę z piórnika. Ostatnio specjalizuje się w winogronach, które wygarnia z talerza tak delikatnie, ze lądują na podłodze bez szwanku. Umie wydłubać guziki z pudełka i monety z portfela. Jako że te ostatnie rzadko wracają, podejrzewam, że Lukrecja składa sobie na czarna godzinę, gdyby nadszedł kiedyś ten straszny dzień, kiedy nie dostanie dwóch podwieczorków (przy okazji – mój kot kupowałby Whiskas, chociaż wyłącznie kurczaka w galaretce i przeraźliwie cuchnącą sardynkową magmę)….

Zastanawiam się, jak z tego wybrnąć? Skoro ostatnio zarabiam niemal wyłącznie na kocią karmę? Co oczywiście świadczy o tym, jak marne są moje zarobki, ale tylko Inka pamięta o tym fakcie, arystokratycznie skubiąc swoją mini porcyjkę. Półkot zbiera chyba zapasy na zimę, bo od miesiąca zamieszkał pod moimi drzwiami, i żre na potęgę.

No i Lulu….słodka mała żarłoczna Lu…Wiem!

Muszę ją wcisnąć do reklamy Whiskasa! Nawet przy piętnastym dublu będzie wykazywała przy misce taki sam entuzjazm:-) No. Może mi się chociaż koszty miesięcznego wyżywienia zwrócą, a jeśli nie, to przynajmniej młoda przeje się na planie i będzie chociaż dzień spokoju?