bardzo pouczający weekend

Piątek – impreza z okazji zakończenia zdjęć do Manueli. Wychodzę z domu i zostawiam małoletnich Całkiem Samych. Bo mąż wraca dopiero przed północą. I co więcej, mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że to przeżyją, chociaż podsłuchane przeze mnie szepty (ale będzie imprezka) nieco temu przeczą. Ergo – mam już duże dzieci. Fajnie.

Na imprezie spożywam dużą ilość drinków z wódką, bo wino niedobre, a sok rozwodniony. Też fajnie, przynajmniej chwilowo. Koleżanka, która spożyła takie same drinki (to źle wróży), przygląda mi się uważnie i krzyczy: ale ty jesteś podobna do Dancewicz! I do końca imprezy gada do mnie per Dancewicz. Hmm. Idę do łazienki, wzrok w lustrze zatapiam. No słuchajcie, faktycznie. Wyglądam jak zdjęcie,które Dancewicz mogłaby sobie przyczepić na lodówce z adnotacją „Renata, dbaj o siebie, bo za dziesięć lat będziesz TAK wyglądać!”. Ale co tam, po tych drinkach to mogę być podobna nawet do Marlona Brando. 

Sobota – nie, to nie jest dobry dzień. W sobotę wyglądam jak Dancewicz po ekshumacji. Dzieci mówią szeptem, a Lola pyta: – Mamo, to właśnie jest gac? –

– Kac, dziecko, nie gac – mamroczę żałośnie – zrobiłam to specjalnie, żeby wam pokazać, jak ZŁE jest nadmierne spożycie alkoholu. Doceńcie moje poświęcenie. –

Doceniają i w trosce o moje zdrowie żądają zamówienia pizzy. Cwaniaki. Niech im będzie, byle nie piły. Drinków z wódką przynajmniej.

Niedziela – całkiem dobrze. Wprawdzie dzisiaj wciąż bliżej mi do Marlona Brando niż do Dancewicz,ale ujdzie. Idziemy z mężem do kina. Na nowego Koterskiego. W kasie dostaję zwinięty w rolkę plakat  „Bitwy warszawskiej” i w połowie seansu mam ochotę bić się nim po głowie.  To jest jak ciągnąca się w nieskończoność psychodrama o dwóch szowinistach neurotykach. Nie, nie przeszkadzają mi przekleństwa. Też tak umiem. Dowcipy na poziomie pijanych szambiarzy, ale w sumie jestem zahartowana przez kolegów z pracy. Więckiewicza kocham nad życie. Ale ten natłok koszmarnych truizmów i stereotypów, przeplatany jakimiś delirycznymi wizjami i odgłosami fizjologicznymi stworzył potwora. Coś w rodzaju skrzyżowania Larsa von Triera z American Pie. Pierwszy raz w życiu wychodzę przed końcem filmu. Mąż jednakowoż zostaje, bo jest facetem, a faceci muszą być twardzi. Dobrze, bo opowiedział mi zakończenie. Nic nie straciłam.

Na otarcie łez mąż kupuje mi w Empiku „Ziarno prawdy” Miłoszewskiego. On mnie naprawdę kocha (Mąż, a nie Miłoszewski. Miłoszewski mnie raczej nie lubi). W sumie – chyba na zero.

Jadę. Kupować kocią karmę. I farbę do włosów (Dancewicz ma taki ciemny kasztan, nie?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s