skutki uboczne

Honey, I’m hoooome!

Jestem, prawie jak nowa. Musiałam odczekać, tak dla ostrożności, żeby przypadkiem nie opromienić was blaskiem mego chwilowego uroku.

Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami. Musiałam zrobić sobie skomplikowane badania. Żeby badania wyszły, nie wdając się w szczegóły, musiałam brać przez jakiś czas LEK. Zawsze paranoicznie czytam tę część ulotki, w której są opisane skutki uboczne, doszukując się później wszystkich naraz. W ulotce leku nic nie było, poza różnymi banałami, typu zakrzepica, nowotwór mózgu czy tam inne drobiazgi. Najgorsze jest to, że kiedy  mogłam skojarzyć fakty, to generalnie już nic nie kojarzyłam. Chodziłam otulona wirtualnym azbestowym kubrakiem i słyszałam tylko echo własnych samobójczych myśli. Po LEKU właściwie nie  byłam wcale smutna. Ale wesoła też nie. W ogóle nie byłam. Tak sobie, przemieszczałam się po świecie jak wysuszone psie gówienko na wietrze.

LEK się skończył. Ja się znienacka zaczęłam. Tylko że wahadełko odbiło w drugą stronę. I zaczęłam, kurr…szczebiotać.

Też się nie połapałam, aż do wczoraj, kiedy wychynęłam z jaskini wreszcie coś załatwić.

Poleciałam kupić uchwyty do Lolczynej szafy (która się mimochodem robi). Na pytanie sprzedawczyni, w czym może pomóc, ku naszemu obopólnemu zdumieniu, zasypałam ją mnóstwem szczegółów z życia rodzinnego i tłumaczenie, dlaczego uchwyty muszą być płaskie, zamieniło się w seans Jerrego Springera.

Potem odebrałam zapomnianą kosiarkę z serwisu. Kiedy poszłam zapłacić, otworzyłam szeroko oczy. Na ladzie, tuż przy kasie fiskalnej, rozlewała się futrzasta kupka czegoś fałdzistego. Pani sprzedawczyni miziała toto z uwielbieniem. Kupka okazała się mostrualnie wielkim i grubym yorkiem, szpetnym jak nieszczęście. Ze wstrząsem uświadomiłam sobie, że ręka sama mi się wyciąga do szkaradzieństwa, a z gardła wydobywa mi się słodkie gruchanie – oj, jaki śłodki, śliczny piesiunio. Sprzedawczyni popatrzyła na mnie rozpromieniona (przynajmniej JEJ nie zaszokowałam) i obydwie, porzucając rachunek z serwisu, oddałyśmy się z zapałem czochraniu zaślinionego, skołtunionego potworka.

Uch, aż sie wzdrygam na myśl o moim upodleniu! Słodziutka i gruchająca Asia? Kurde, to jakby Pavarotti przeszedł na black metal. Rozum wrócił mi ostatecznie wieczorem. Dokonałam rachunku zysków i strat.

Mąż  trochę się mnie boi i na wszelki wypadek jest strasznie miły. Plus? Minus?

Dzieci zaczęły mnie lekko olewać, bo w stanie katatonicznym zgadzałam się mimochodem na wszystko,żeby tylko się odczepiły. Trzeba ich ustawić w trybikach od nowa. Minus stanowczo.

Ale wiecie co? Chyba lubię siebie. W sensie – aktualną siebie, bez wahadełka. Teraz wydaję się sobie taka…normalna? Plus jak w mordę.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s