Namiastka Egiptu

Jak na Egipt, to zimno było. Tak koło zera i opady śniegodeszczu w centrum Olsztyna, akurat jak nas zebrało na zwiedzanie Starówki. Na Egipt kasy nie stykło. Znaleźliśmy więc pseudo Egipt na Mazurach. Właściwie to niedaleko Ameryki. W Ameryce parę domów na krzyż i biednawo ogólnie tak na oko. Każdy ma taką Amerykę, na jaką zasłużył. A my – taki Egipt, na jaki zasłużyliśmy. Ale nie, wcale nie było źle, skąd, nawet aquapark mieli.

Małoletni kochają aquaparki. Ja nie, bo się boję tych rur do zjeżdżania, a oni każą mi spływać. Rurą znaczy. Ale, co tam rura. Wiecie, do czego oni mnie zmusili? Wygnali mnie do jacuzzi na zewnątrz! Śnieg naokoło, oblodzony tarasik. I ja – w cholernym parującym na mrozie jacuzzi! W głowę mi zimno było. A teraz mnie nerki bolą. Swoją drogą, czemu nerki, jak marzła mi głowa? Ta rodzina mnie kiedyś zabije. Albo okaleczy co najmniej. No to podsumowując – nerki mi kwiczą. Miśka stopa – zdarta o kamienie w aquaparku. Lola ma starte plecy na zjeżdżalni. Mąż obtłukł sobie stopę i uszkodził palec u nogi. Powinnam wszędzie jeździć z apteczką.

Z ulgą wróciliśmy do domu. Czysto, cicho, chlorem nie śmierdzi, a ja zaraz idę moczyć nerki w wannie. Koty się cieszą. My się cieszymy. Bo i tak najfajniej jest wieczorem, kiedy tłoczymy się wszyscy na kanapie razem z kotami. Produkujemy michę popcornu i oglądamy wspólnie Simpsonów albo Madagaskar.

Dzięki temu rodzina się integruje i możemy się wiele o sobie dowiedzieć. Ostatnio oglądaliśmy na przykład Podróż Wędrowca do Świtu. Ponieważ uważam Eustachego za niedocenianą postać wśród bohaterów cyklu o Narni, poczułam się w obowiązku wytłumaczyć młodocianym, że jego zachowanie było skądinąd zrozumiałe:

– No sam powiedz – przekonywałam Miśka – co ty byś zrobił, gdybyś rozejrzał się i zobaczył, że jesteś na statku razem z gadającą myszą? –

– Na pewno zmieniłbym dostawcę marihuany – śmiertelnie poważnie odpowiedział mój syn.

Mam nadzieję że to był żart. 

  Lola nalegała na szybki powrót do domu, gdyż każdego dnia nieobecności poziom miłości między stworzonymi przez nią w grze komputerowej postaciami spadał o dwa procent. A ona nie umiała sobie policzyć, kiedy im się miłość wyczerpie. Nie wiem czemu, ale tym też czuję się zaniepokojona.

Zaczęłam pisać książkę. Po pięciu stronach przestałam lubić bohaterkę. Jakaś taka irytująca się zrobiła. Co można z nią zrobić? Macie pomysł? Mam ochotę ją zabić – wtedy napiszę kryminał, albo trwale okaleczyć – wtedy będę miała dramat psychologiczny. Rozważam też atak krwiożerczego gluta z odpływu – i horrorek mi się rozwinie. No, chyba że ją jakoś naprawię, ale nie wiem jak. Przerzuciłam się na czytanie. Lepiej mi to wychodzi.

 

o śniegu i rzeżączce

„Prószy śnieżek, prószy, zajączkowi w uszy

Może mu marchewkę dać, k…jego mać?”

Wierszyk, który z oczywistych względów mamroczę sobie tylko po cichu, nie chce się ode mnie odczepić od wczoraj.  A dokładniej, odkąd krajobraz spowił się puszystą, subtelną, śnieżnobiałą, cholerną pierzynką. Jak zwykle, stanęłam przed nierozwiązywalnym zadaniem, jak dokarmić rozliczne ptactwo, zlatujące się do ogrodu, nie dokarmiając ptactwem rozlicznych kotów, zamieszkujących ogród. Rozważam nabycie lewitującego karmnika, abo uwiązanie kotów na smyczy.

A co do kotów. Patrzyłam z rozczuleniem, jak pięknie moja Lulu bawi się czymś w kącie. Rzucała na metr wysoko, goniła i dopadała. Za kolejnym rzutem zabawka wylądowała na mojej skarpetce. Okazało się, że to prawdziwa, nieżywa, skołtuniona mysz. Na MOJEJ skarpecie! Strząsaliście sobie kiedyś martwą mysz ze stopy? Bo ja wydałam z siebie przy tej okazji bardzo niegodny pisk. Chociaż lubię myszy. Ale żywe. I nie w domu. A zwłaszcza nie na skarpetce.

Misiek wrócił niedawno ze szkoły i oznajmił, że opracowywali na biologii fascynujący temat chorób wenerycznych, i każdy miał przydzielony temat. – Ja miałem rzeżączkę – poinformował mnie dumnie. – I jak się z tym czułeś? – spytałam ostrożnie.  – Super, dostałem piątkę –

Ale mam wrażenie, że jakoś wybiórczo im przekazują wiedzę. Misiek podsłuchiwał dzisiaj, jak oglądałam fascynujący program „ciąża z zaskoczenia” (jak, no jak do diabła, można nie wiedzieć, że jest się w ciąży???? nic dziwnego, że to amerykański program). Zapytał mimochodem – co to znaczy miesiączkować? –

  – Nie uczyłeś sie w szkole? Przecież miałeś jakieś zajęcia – zbyłam go, bo mi przeszkadzał, kiedy bohaterka  rodziła w toalecie, pewna, że ma zatwardzenie.

– O tym nie, ja wiem tylko wszystko o rzeżączce – obruszył się Misiek z wyżyn swojej świadomości seksualnej.

Jakoś nie po kolei ich edukują chyba? Może powinni jakoś tak, hm, hasłowo „Od miesiączki do rzeżączki”

A w ogóle to rosną mu wąsy! Mojemu maleńkiemu, słodkiemu Misiowi, którego jeszcze niedawno całowałam w tyłek przy przewijaniu. Czuję się dziwnie oszukana. Za szybko to wszystko, za szybko…

 

zagadki, które mnie dręczą

Wczoraj pojechałam na zakupy(pisałam już, jak NIENAWIDZĘ robic dużych zakupów?). Na supermarkecie wisiała trzymetrowa płachta z napisem: „promocja – rajstopy damskie wzorowane”.

Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w napis, bo byłam pewna, że gdzieś im się końcówka zapodziała. Bo na czym te rajstopy były wzorowane? Na wzorach fraktali? W końcu doszłam do wniosku, że „wzorowane”  w sensie takim jak leki generyczne. Czyli podobne do oryginalnych rajstop, tylko tańsze. I to by się zgadzało, bo za 4,99 zeta były. Ale znów się myliłam, bo w sklepie naocznie stwierdziłam, że rajstopy były we wzorki.

Człowiek się całe życie uczy. Bo jak już wróciłam do domu i rozpakowałam zakupy (bardziej od robienia zakupów nienawidzę tylko ich rozpakowywania), sprawdziłam pocztę. I proszę, firma, w której sto lat temu nabyłam golarkę dla męża, znowu zachęcała mnie licznymi promocjami do nabycia sprzętu elektronicznego lub AGD.  Nie wiem, czy nie warto spróbować, bo na pierwszej stronie znalazłam ciekawą ofertę: „cyfrowy obornik multimedialny”.

Tylko nie mam pojęcia, czy promocja jest dobra, bo cyfrowego obornika nigdy nie kupowałam i cen nie znam. Ale taki nawóz kurzy na przykład kosztuje 10, 90 zł za  kilogram, a ponieważ śmierdzi nieziemsko, to musi być skuteczny. Czy cyfrowe oborniki śmierdzą? I czym? Multimediami?

Poza tym dręczy mnie fakt, że nie mogę zapamiętać nazwy tego czegoś, co reklamują w TV, a co ma obniżać poziom pecha. Nie wiecie co to? Bo jako żywo by się przydało, jestem gotowa kupić w pakiecie nawet rajstopy wzorowane na oborniku multimedialnym….

A wczoraj doszła mi nowa zagadka. Taka pani w reklamie mówiła z uśmiechem: „Jaś codziennie przynosi Marysi (albo Kasi, nie pomnę) prezenty. Dzisiaj przyniósł jej suchy kaszel.” Zagadka brzmi: co Jaś przyniósł Kasi do tej pory? Rotawirusa? Czy anginę?

Muszę zacząć ćwiczyć coś poza cierpliwością. Kręgosłup mnie boli jak cholera, a jak kręcę głową, to mi chrupie i mam wrażenie, że zaraz góra odpadnie mi od dołu. Nie słyszałam jeszcze o wypadku, żeby odpadnięcie głowy było wyleczalne. Chyba że w reklamach.

refleksje chałturnika

Kochani scenarzyści,

Zmiłujcie się. Przecież zanim wasze błyskotliwe pomysły znajdą się na taśmie filmowej, ktoś musi je przeczytać. A ktoś ma już nerwową wysypkę i różne tiki po przeczytaniu kilku polskich scenariuszy pod rząd. Przysięgam, że ktoś nie miewa tików po przeczytaniu scenariuszy obcojęzycznych, nawet tak ekstrawaganckich, jak o zombie, końcu świata czy inwazji kosmitów. I ten ktoś nie rozumie, skąd się bierze ta różnica? Czy ktoś jest ślepym wielbicielem amerykańskiej popkultury i nie widzi zalet szkoły łódzkiej ani komedii romantycznych by wczesna Łebkowska? Czy ktoś jest, niedajboże, antypatriotą, co gniazdo swe kala?

Niestety, chałturząc, ktoś widzi niemal wyłącznie trzy typy scenariusza polskiego. Typ starszy, który można nazwać turpistycznym realizmem – jest źle, znikąd pomocy, wódka się skończyła, kobiety to dziwki, a nam wciąż skrzydła podcinają (te husarskie).

Typ pośredni, czyli motylem jestem – jestem śliczna, on jest śliczny. Ja jestem biedna,niech was nie zmylą te szklane schody w apartamencie i Pollack na ścianie, za to on jest bogaty, bo pracuje w korporacji.  A jak już zmylimy Ciotunię z Radomia i Brzydką Sąsiadkę, możemy zatonąć w swych ramionkach forever.

Typ względnie najnowszy – jesteśmy młodzi, gniewni i obejrzeliśmy wszystkie filmy Tarantino. Wczoraj ktoś czytał taki scenariusz i miotał się przez kilka godzin pomiędzy zażenowanym chichotem a waleniem głową w klawiaturę.

Proszę was, drodzy scenarzyści, w imieniu ktosiów. Papier wszystko zniesie. Ale redaktor już nie. Przyswoi informację, że bohater był skrzywiony jak „żyrafa po kompresyjnym złamaniu kręgosłupa”, ale ma już problem ze  zobrazowaniem sobie, że inny bohater był „wielki jak kurwa mać”. Co gorsza, po kolejnym dramatycznym opisie, że ten tamtego w rękę, aż kość wyszła, a tamten drugiego w brzuch, i krew tryska z otwartych jelit, a tego trzeciego gwałci analnie grupa nazistów, podczas kiedy czwarty prowadzi z nimi  błyskotliwą pogawędkę pełną piętrowych porównań, redaktor zaczyna być cholernie znużony i tak jakby pomija te opisy…

A tu okazuje się, że jak u Orzeszkowej, bez opisów to niewiele zostaje. I ktoś się czuje zagubiony, bo mu wciąż akcja umyka, i nie wie, co się stało z panem, co się kręcił po scenariuszu od trzeciej strony, a teraz znikł (coś mu wyrwali, a ktoś nie zauważył  w tej powodzi słów?). I nie wie, czy ten nerwowy chichocik, jaki mu się nieustannie wyrywa, to jest jeszcze zgodny z waszymi zamierzeniami, czy może już nie. 

Mam apel – zanim wyślecie wasze ukochane i wypieszczone dzieło w szeroki świat, przeczytajcie. Nie pomaga? Przeczytajcie jeszcze raz, przy okazji poprawcie ortografy. Wciąż wam się podoba? Dajcie do przeczytania bratu/siostrze/pani od polskiego/koleżance, która was nie lubi, przynajmniej będzie szczera.  A dopiero później znęcajcie się nade mną, OK?

chaotycznie

Śniła mi się dzisiaj teściowa. Co samo w sobie nie jest takie dziwne.  Dziwne było to, że przez cały sen latałam z nią po podwórku i łapałam stada żółciutkich kurczaczków. A one się tak rozłaaaziły, a my je znowu do pudełek, a one znowu out i po tym podwórku….Obudziłam się potwornie uchetana i ze smakiem kurzych piór w ustach. Może powinnam zmienić pastę do zębów?

Sennik nic nie mówił o kurczakach i teściowej łącznie, ale ja sądzę, że to wina warunków atmosferycznych i psychiczne przygotowanie do Wielkanocy. No bo sami powiedzcie – czy to bardzo długa jesień czy bardzo wczesna wiosna? Krokusy przed domem wybrały wariant drugi i ciągną w górę jak szalone. Jeszcze tydzień i będę podziwiać białe krokusowe łany. A potem przyjdzie mróz i wszystko się zjeb….

Mimo dziwacznej pogody zbieramy się do wyjazdu na ferie. Ze względu na Lolę szukamy miejsca, gdzie jest ciepło, słonecznie i raczej sucho. Lola miauczy, że Egipt. Się zobaczy. Faktycznie, Egipt dla niej był lepszy zdrowotnie niż sanatorium w Rabce, może więc?

W międzyczasie zrywam ostatecznie z firmą matką. Sorry, już nie będę robić waszych ulubionych seriali. Za stara jestem (sic!), żeby warować za darmo na progu i merdać ogonem, kiedy mi ochłapek rzucą. I wcale nie cieszy mnie coraz bardziej widoczny fakt, że wiosenna ramówka będzie totalną porażką, bo nie ma seriali, nie ma komu ich robić i nie ma w ogóle w tym sensu. Dłubię sobie moją fuchę zarabiając na waciki i zbieram się do czegoś, co na razie nie ma jeszcze kształtu, ale może przybierze go w tym roku.

Ten rok – to chyba będą zmiany.  W sumie  koniec świata już niedługo, sama nie wiem, czy warto się napinać. Ale może zdążę?

 

come back

Chyba za długo nie pisałam. Z blogiem jest trochę jak z gimnastyką. Jak już sie wdrożysz, to idzie jak po maśle. Jak przestaniesz, to na samą myśl o powrocie masz zakwasy. Ale dobra, rozgrzewka:

Mąż jest zachwycony swoim prezentem. Tak, byliście blisko. Obrotowy wieszak na krawaty, montowany na drążku w szafie, wprawił go w stan pośredni pomiędzy euforią i zgrozą. Bo wiecie, on się kręci, ma światełko i w ogóle totalny pokaz użytecznego kiczu w działaniu. Strasznie żałuję, że nie mieli modelu, który dodatkowo grałby jakieś motywy muzyczne w zależności od wybranego odcienia krawata:-) Przy okazji odkryłam, że ilość posiadanych przez męża krawatów przekracza liczbę moich kolczyków, co jest dość wstrząsające, zważywszy na mój kolczykowy nałóg.

Dni międzyświąteczne toczą się cicho i leniwie. Za cicho i zbyt leniwie, więc czuję cały czas podskórny niepokój. Coś musi rąbnąć. Im dłuższa cisza, tym huk będzie większy. To mówię wam ja, kieszonkowa blogowa Kasandra.

Póki co jednak, Lola się regeneruje po koszmarze ostatnich tygodni. Trochę też dlatego odstawiłam bloga,  skupiona na ratowaniu jej zdychającego zdrowia. Kiedy w połowie grudnia wylądowałyśmy na ostrym dyżurze, gdzie błyskawicznymi wlewami dożylnymi ratowali Lolkę przed uduszeniem, myślałam, że już gorzej być mnie może. Było gorzej, bo nowe leki, które dostała, żeby powstrzymać ataki, dawały skutki uboczne, które wpędzały mnie w panikę, a ją właściwie zabijały szybciej niż sama astma. Miotając się nieustannie między szkołą (codzienne telefony z gabinetu pielęgniarki albo sekretariatu), inhalacjami i grzebaniem w Internecie w poszukiwaniu cudownego rozwiązania, wytraciłam całą energię życiową.

Od momentu, kiedy przestała chodzić do szkoły, jest błogi spokój. Nie wiem, czy to  nieobecność szkoły, czy odstawienie wszystkich leków, czy zbawienny wpływ nowego, wypasionego oczyszczacza powietrza z milionem filtrów, który stanął w jej pokoju. Grunt, że młoda nie świszczy, nie dusi się,  zaczęła jeść i przestała wyglądać jak duch dziewczynki z japońskich horrorów.

Ze strachem myślę o jej powrocie do szkoły. Zaczęłam już rozmawiać z dyrektorką o ewentualnym nauczaniu indywidualnym, ale jakoś wciąż mam nadzieję, że damy radę, trochę kombinując, dociągnąć do wiosny. A na wiosnę, nie wiadomo w sumie dlaczego, astma Loli prawie zanika. Więc będzie dobrze. Musi być, prawda?

Kobieta przy rurze (z kolankiem)

Moje podejście do porządków świątecznych jest dość niekonwencjonalne. Prawdopodobnie ma to źródło w desperacji, jaka mnie ogarnia mniej więcej w połowie grudnia. Bombardowana reklamami niemieckich preparatów czyszczących oraz wpisami na forach kobiecych (kiedy myjecie okna? jaką szczoteczką najlepiej wyczyścić fugi naokoło WC? czym wywabić plamy z welurowych obić?) czuję rosnący podskórny niepokój. Tym większy, że minęły czasy, gdy rezydowałam na 40 metrach, łatwych do ogarnięcia w weekend. Odkąd jestem posiadaczem niedużego, ale jednak, domu, sprzątanie ma charakter cykliczny. Na przykład cykl mycia okien zaczynam przed świętami Bożego Narodzenia i jak raz do Wielkanocy kończę, kiedy to znowu mogę zacząć….I taki dysonans mam, że bym chciała, bo mam wyrzuty sumienia, ale mi szybko zapał mija (wraz z wyrzutami).

Ale co to ja…Acha. Porządki. W zeszłym roku układałam skarpetki w szufladach. I omiotłam pajęczyny. W tym roku skoncentrowałam się na hydraulice. Nie wiem, dlaczego inteligentna i sprawna kobieta nie potrafiłaby rozkręcić kolanka.  A w zlewie kuchennym woda spływa leniwie jak w Biebrzańskich Bagnach. To bardzo motywuje.

Rozkręcamy od dołu, bo łatwiej. Aaaa! Cholera, zapomniałam o misce. Szmata. Miska. Powrót na stanowisko. Rozkręcamy dalej, pieczołowicie odkładając części. A ta gumka to co? Uszczelka zdaje się. Ciekawe, skąd wypadła? Śrubokręt i już – zgrabnym ruchem odłączamy końcówkę rurki od odpływu. Błeee, to żyje! Z rurki wypełza galaretowata maź, dygocząc niecierpliwie w żądzy krwi. No dobra, koloryzowałam z tą żądzą. Ale żywa, jak nic. Może mi się ameba zalęgła? Wytrząsam gluta do zlewu, co jest idiotyzmem, bo glut przelatuje wprost do miski ochlapując mi spodnie. Eliminuję ostatecznie obcą formę życia w kiblu, niech tam się lęgnie i wychowuje młode.

Teraz tylko skręcić. Łatwizna. Jak to było? To proste, to  krzywe, i to zagięte w bok. Zaraz, została mi uszczelka! Rozkręcam, typuję najbardziej osamotnione połączenie, i czule łączę je z uszczelką. Niech się przytulają, miłość rządzi światem. Tylko mi tutaj jeszcze takie coś malutkie…co to…a tam, spróbujmy puścić wodę. Niagara, która spływa mi po kolanach, udowadnia mi, że rozmiar nie ma znaczenia, i Coś Malutkie pełni ważną rolę w rurkowym ekosystemie.

Rozkręcamy (Repetitio est mater studiorum) znowu, i skręcamy, tym razem wtykając Coś Malutkie w hipotetycznie prawdopodobne miejsce zamieszkania..Działa? Działa! Rany, działa!  Skręciłam kolanka! I nic nie leci. Znaczy leci, ale prawidłowo i bez przecieków.

No. I to by było na tyle chyba. Bo się zmachałam tym kolankiem. Może jeszcze umyję lampę nad stołem. Albo fronty kuchennych szafek. I na ten rok już wystarczy.  Za to w przyszłym…może w przyszłym roku ułożę wreszcie książki na półkach w systemie, który pozwoliłby mi odnaleźć to, czego szukam, szybciej niż po godzinie?

same dobre wieści

Ciepło i słonecznie. Zajefajnie po prostu. Cebulki w ziemi uznały, że już CZAS i wychynęły ufnie na powierzchnię, czekając na wiosnę. No to się doczekają, cholera. Przyjdzie mróz i wymiecie towarzystwo, a ja w marcu będe se mogła kupić hiacynta w doniczce co najwyżej.

Wczoraj. Balansuję na schodach na strych, usiłując wnieść tam różne szpargały. Telefon. „Czy może pani przyjechać po Miśka, bo bardzo źle się czuje?”. Dobra, złażę. Jadę. Misiek siny z tendencją do zieloności, jak cebulki. Zabieram nowy przypadek szalejącego w gimnazjum wirusa grypy żołądkowej do domu.

Misiek modli się do kibla, ja jadę do dentysty. Dentystka wprawnie znieczula mi szczękę. W fazie niewyraźnego bełkotu telefon. Patrzę: szkoła Loli. Spełzam z fotela i odbieram. „Czy może pani przyjechać po Lolę, bo zrobiło jej się słabo na lekcji?” Taaa, jasne, że mogę, cała w wacikach i z obwisłą szczęką. Na szczęście pani Hania ratuję sytuację i zabiera Lolę.

Wracam do mini szpitalika. Misiek jakby gorzej, Lola jakby lepiej. Jasne, że lepiej, bo w domu. Nie podejrzewam jej o fobię szkolną, ale faktem jest, że całkowicie zdrowa w domu dziewczyna, w szkole zamienia się w kupkę nieszczęścia. Bo szkoła Loli, prosze państwa, jest stara i zagrzybiona. A Lola jest uczulona na pleśnie. I od początku listopada, kiedy okna pozamykane, a dzieci nie wychodzą na dwór, Lola po kilku godzinach wymięka. Pielęgniarka szkolna już chyba spluwa przez lewe ramię na jej widok, bo młoda jest codziennym gościem na jej kozetce. Wyjścia mam dwa: wytrzymać do wiosny albo przenieść Lolę do innej szkoły. Na razie sumiennie zaczęłam ją zabierać do domu natychmiast po lekcjach, żeby jak najkrócej była w szkole. Zobaczymy, czy to pomoże.

Mąż zaczął maraton wigilijny. Ma już w tym taką wprawę, że chyba odruchowo, łamiąc się opłatkiem, wygłosi expose. Nie mogę doczekać się naszej Wigilii, może zaproponuje mi świąteczną premię:-) Ale jaki ja mu kupiłam idiotycznie praktyczny i bezsensowny jednocześnie prezent pod choinkę! Nie mogę się doczekać, kiedy go otworzy. No, sorry, na razie nie napiszę, co, bo jeszcze przeczyta i szczęka mu nie opadnie w stopniu zadowalającym:-) Możecie zgadywać, co to. Niezwykle praktyczny, podkreślam. A równocześnie tak głupi, że aż śmieszny, trochę jak świecący na niebiesko reniferek.

Aspołecznik

Ponieważ ostatnie zebranie szkolne u Loli wywołało u mnie psychosomatyczne objawy chorobowe, na wczorajsze z premedytacją nie poszłam. Ale i tak nie uniknęłam wybuchu irytacji, bo szczegółową relację zdała mi znajoma matka. Znajoma matka, mądra, aktywna, bardzo prospołeczna kobieta, po zebraniu rozryczała się ze złości i rozżalenia.

Rodzice z klasy Loli dzielą się na dwie frakcje – frakcja aktywnych/pilnych/zatroskanych o pociechy i ich stosunki z wychowawczynią/prospołecznych ogólnie (niepotrzebne skreślić) oraz frakcja wręcz przeciwnych, czyli olewaczy/biernych/czerpiących korzyści z cudzej pracy (tez skreślić, albo i nie, bo na pewno wszystko to występuje hurtem).

Frakcja aktywna zrobiła na zebraniu przy aktywnym poparciu wychowawczyni wściekłą awanturę frakcji przeciwnej. Że nie dba o dzieci własne i cudze, że się leni, że wianuszków na kiermasz nie było komu robić, że siedmioro dzieci nie pojechało na ostatnią wycieczkę. Znajoma matka nie wiadomo dlaczego wzięła to do siebie, i słabo się broniąc została zakrzyczana i zdeptana.

W pierwszym odruchu pomyślałam – dobrze, że nie poszłam. W drugim jednak pożałowałam, że mnie nie było i nie mogłam się wypowiedzieć, chociaż pewnie stałabym się wrogiem klasowym numer jeden.

Będę szczera – w tematach szkolnych jestem absolutnie i maksymalnie aspołeczna. Programowo. Olewam kiermasze, dyżury, wianuszki i inne pierdoty. Bo nie chcę, i do cholery, WOLNO MI NIE CHCIEĆ.

Szkoła i rodzic mają wzajemne zobowiązania. Szkoła zapewnia mojemu dziecku bezpieczne środowisko i realizację programu kształcenia zgodną z wymogami programowymi. Ja regularnie i sumiennie uiszczam wszelkie wymagane opłaty, zapewniam dziecku podręczniki i choćby najbardziej wydumane pomoce naukowe, dostarczam materiały higieniczne i malarskie na świetlicę, dowożę dziecko punktualnie i pilnuję wywiązywania się z obowiązku szkolnego. W szkole zjawiam się, żeby uzyskać informację o postępach dziecka, o jego funkcjonowaniu w systemie edukacji i ewentualnych problemach z nauką i zachowaniem.

I sorry, ale z mojej strony to już wszystko. Mam w poważaniu klasowe wigilie, Mikołajki (nie rozumiem tradycji dublowania w sytuacjach grupowych zupełnie prywatnych rodzinnych świąt i okazji) , poczęstunki przy każdej możliwej okazji, a zwłaszcza wszelkie kiermasze, w które paradoksalnie angażują się wyłącznie rodzice – bo dzieci nie przygotują tak ładnych wianuszków/aniołków/pierniczków itp.

 Ja już szkołę skończyłam. Po kilkunastu latach edukacji naprawdę staram się ograniczać kontakty z tą placówką do minimum. Wywiązuję się z obowiązków rodzicielskich i nie mam ochoty na żadną dodatkową aktywność w tym temacie. Zwłaszcza, że moja córka w ogóle nie jest tym zainteresowana – nie ekscytują jej te wszystkie rozrywki, więc nawet nie mam motywacji, żeby się poświęcić dla dziecięcia.

W dodatku nie czuję się pasożytem, bo naprawdę efekty pracy rodziców zaangażowanych nie robią na mnie żadnego wrażenia. Klasa odmalowana przez społeczników w wakacje farbą olejną powodowała u Loli potworne ataki astmy przez pół roku. Z poczęstunków młoda nie korzysta, bo nie pija soczków i nie lubi ciast, a wodę i paluszki chętnie zapewnię jej we własnym zakresie. Z rozkoszą i w przytupach zrezygnuję ze słodyczy mikołajkowych i prezentów na koniec roku – prawie zawsze nietrafionych.

Kurczę, ale się rozpisałam. Przy okazji urażając pewnie hurtem tę część z was, która aktywnie i z zapałem uczestniczy w życiu szkoły. Ale ja jestem za, tak ogólnie. Człowiek powinien się realizować w tym, co sprawia mu radość. Tylko czy ja  naprawdę muszę brać w tym udział?

poradnik survivalowy

Czyli niedziela w Centrum Nauki Kopernik z czwórką dzieci na podstawie doświadczeń i cierpień własnych.

Punkt pierwszy najważniejszy – przygotowania.

Pod żadnym pozorem nie zakładaj wysokich obcasów. Postaw na schodzone adidasy. Inaczej po godzinie  będziesz marzyć o piźnięciu obuwiem w dowolny eksponat. Weź lekkie ubranie. Gorąco! Tłoczno! Duszno! W swetrze będziesz myślała o jak najszybszej ewakuacji. Wyjmij z torebki wszystkie rzeczy, które normalnie w niej nosisz – gruby notes, śrubokręt, książkę, dziecięce zabawki i zapasowe skarpetki. Ciężar torebki wzrasta wprost proporcjonalnie do każdej kolejno obejrzanej wystawy.

Dzieci. Najlepiej od razu usuń z nich wszystkie części ruchome. Uwaga – odradzam usuwanie kończyn, sugeruję za to pozostawienie w domu sweterków, apaszek, koralików, czapek, zabawek i innych elementów odczepialnych, które prawie na pewno pozostaną w Centrum długo po waszym wyjściu.

Surwiwal zasadniczy.

 Nie przejmuj się, kiedy dzieci się zgubią. Ktoś je znajdzie, a ty w międzyczasie może zdążysz pójść na wystawę Re-Generacja (wstęp od lat czternastu i w związku z tym dla dzieciątek niedostępna). Nie trać zbyt wiele czasu na dole – na dole są zabawy dla dzieci, na górze pobawisz się i ty. Symulator trzęsienia ziemi pomiń, jeśli masz skłonność do wymiotów. Po prostu, kiedy twoje dzieci się trzęsą, ty stań znowu w kolejce, bo będą chciały znowu. I znowu. I znowu. Rzyg.

Napawaj się każdą sekundą wypowiedzianego do dziecka pytania – Ej, młody, chcesz się przejechać po pijaku? – bo raczej nie będzie miała okazji go znowu zadać. Zignoruj obelżywe sugestie potomków, że w pokoju zmieniającym perspektywę najlepiej wyglądasz w tym kącie, co pomniejsza. Swoją irytację możesz wykrzyczeć – co więcej, możesz ją nawet zmierzyć.

Całym sercem chwal dziecko, że wygrało wyścig z kurą i że umie segregować śmieci na czas. Nigdy nie wiadomo, kiedy te umiejętności mogą się przydać.

Kiedy twój nastoletni syn po raz szósty wygrywa z tobą pojedynek mentalny i falami mózgowymi przepycha kuleczkę, ugryź się w język, żeby nie powiedzieć, że warunkiem wygranej jest najwyraźniej całkowita bezmyśność , a nie głęboka relaksacja. Trzeba umieć przełknąć porażkę.

Schyłek

Jest taki moment, że ani lustra weneckie, ani mierzenie całkowitej długości ludzkich jelit już nie cieszy. Marzysz o odpoczynku. Ciszy. Usunięciu atakujących zewsząd bodźców. Polecam cudowne miejsce na relaks – kabinka, gdzie obserwujesz obniżanie temperatury ludzkiego ciała po śmierci. Niesłychanie kojące doświadczenie. Siedziałyśmy tam z siostrą znękane i ogłuszone z dziesięć minut, patrząc na obraz z kamery termowizyjnej. Wstałyśmy. Po czym siostra zapytała nieśmiało – słuchaj, nie mogłybyśmy popatrzeć jeszcze raz? On tak cicho umiera…-

UWAGA – kierując się do wyjścia musisz przejść przez sklepik! Uważam to za szalenie niehumanitarne i bezwzględne rozwiązanie. Moja rada – wykończyć dzieci tak, żeby przepełzły przez sklepik z zamkniętymi oczami. Da się, słowo.

Niedługo wracamy – do Planetarium. Jakieś dodatkowe sugestie?