Aspołecznik

Ponieważ ostatnie zebranie szkolne u Loli wywołało u mnie psychosomatyczne objawy chorobowe, na wczorajsze z premedytacją nie poszłam. Ale i tak nie uniknęłam wybuchu irytacji, bo szczegółową relację zdała mi znajoma matka. Znajoma matka, mądra, aktywna, bardzo prospołeczna kobieta, po zebraniu rozryczała się ze złości i rozżalenia.

Rodzice z klasy Loli dzielą się na dwie frakcje – frakcja aktywnych/pilnych/zatroskanych o pociechy i ich stosunki z wychowawczynią/prospołecznych ogólnie (niepotrzebne skreślić) oraz frakcja wręcz przeciwnych, czyli olewaczy/biernych/czerpiących korzyści z cudzej pracy (tez skreślić, albo i nie, bo na pewno wszystko to występuje hurtem).

Frakcja aktywna zrobiła na zebraniu przy aktywnym poparciu wychowawczyni wściekłą awanturę frakcji przeciwnej. Że nie dba o dzieci własne i cudze, że się leni, że wianuszków na kiermasz nie było komu robić, że siedmioro dzieci nie pojechało na ostatnią wycieczkę. Znajoma matka nie wiadomo dlaczego wzięła to do siebie, i słabo się broniąc została zakrzyczana i zdeptana.

W pierwszym odruchu pomyślałam – dobrze, że nie poszłam. W drugim jednak pożałowałam, że mnie nie było i nie mogłam się wypowiedzieć, chociaż pewnie stałabym się wrogiem klasowym numer jeden.

Będę szczera – w tematach szkolnych jestem absolutnie i maksymalnie aspołeczna. Programowo. Olewam kiermasze, dyżury, wianuszki i inne pierdoty. Bo nie chcę, i do cholery, WOLNO MI NIE CHCIEĆ.

Szkoła i rodzic mają wzajemne zobowiązania. Szkoła zapewnia mojemu dziecku bezpieczne środowisko i realizację programu kształcenia zgodną z wymogami programowymi. Ja regularnie i sumiennie uiszczam wszelkie wymagane opłaty, zapewniam dziecku podręczniki i choćby najbardziej wydumane pomoce naukowe, dostarczam materiały higieniczne i malarskie na świetlicę, dowożę dziecko punktualnie i pilnuję wywiązywania się z obowiązku szkolnego. W szkole zjawiam się, żeby uzyskać informację o postępach dziecka, o jego funkcjonowaniu w systemie edukacji i ewentualnych problemach z nauką i zachowaniem.

I sorry, ale z mojej strony to już wszystko. Mam w poważaniu klasowe wigilie, Mikołajki (nie rozumiem tradycji dublowania w sytuacjach grupowych zupełnie prywatnych rodzinnych świąt i okazji) , poczęstunki przy każdej możliwej okazji, a zwłaszcza wszelkie kiermasze, w które paradoksalnie angażują się wyłącznie rodzice – bo dzieci nie przygotują tak ładnych wianuszków/aniołków/pierniczków itp.

 Ja już szkołę skończyłam. Po kilkunastu latach edukacji naprawdę staram się ograniczać kontakty z tą placówką do minimum. Wywiązuję się z obowiązków rodzicielskich i nie mam ochoty na żadną dodatkową aktywność w tym temacie. Zwłaszcza, że moja córka w ogóle nie jest tym zainteresowana – nie ekscytują jej te wszystkie rozrywki, więc nawet nie mam motywacji, żeby się poświęcić dla dziecięcia.

W dodatku nie czuję się pasożytem, bo naprawdę efekty pracy rodziców zaangażowanych nie robią na mnie żadnego wrażenia. Klasa odmalowana przez społeczników w wakacje farbą olejną powodowała u Loli potworne ataki astmy przez pół roku. Z poczęstunków młoda nie korzysta, bo nie pija soczków i nie lubi ciast, a wodę i paluszki chętnie zapewnię jej we własnym zakresie. Z rozkoszą i w przytupach zrezygnuję ze słodyczy mikołajkowych i prezentów na koniec roku – prawie zawsze nietrafionych.

Kurczę, ale się rozpisałam. Przy okazji urażając pewnie hurtem tę część z was, która aktywnie i z zapałem uczestniczy w życiu szkoły. Ale ja jestem za, tak ogólnie. Człowiek powinien się realizować w tym, co sprawia mu radość. Tylko czy ja  naprawdę muszę brać w tym udział?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s