siostry marionetki i różne takie

– Jestem polonistycznie obojętny elektrycznie – oznajmił Misiek po powrocie ze szkoły.

Rozszyfrowanie tajemniczego przekazu okazało się banalnie proste. Młody dostał na jednej lekcji polskiego plusa i minusa.

U mnie dostał plusa za skojarzenia. Jechaliśmy w niedzielę na pizzę, mgliście tylko kojarząc, gdzie ta knajpa. Jedno z nas pamiętało dokładnie sąsiedztwo: – To jest tuż przy tym zgromadzeniu sióstr, no, tych, Marionetek – oznajmił Misiek z niezachwianą pewnością. Ciekawe, czy ktoś wpadnie na to, o jakie zgromadzenie zakonne chodziło mojemu synowi……

Za to ilość minusów, jakie łapie u mnie ostatnio za lenistwo i ogólne rozlezienie, definitywnie nie wprowadza równowagi elektrycznej. Mam nadzieję, ze z wiosną się chłopak rozkręci, bo zaczynam się czuć poirytowana jego nastoletnią abnegacją.

Lola nie przeszła dalej w konkursie recytatorskim, co sprawiło jej dużą przykrość. – No powiedz mi, mamo, co ja takiego źle powiedziałam? – żądała odpowiedzi przez cały poniedziałkowy wieczór. I po raz kolejny raczyła mnie umoralniającym wierszykiem, jakiego kazała jej się nauczyć wychowawczyni. Ponieważ recytowała bezbłędnie i dość uroczo, co stwierdzam z możliwie dużą dozą obiektywizmu, miałam tylko jedną sugestię – nie do końca trafiony utwór. Nachalna sugestia korygowania własnych wad raczej nie przypadła do gustu komisji. Słusznie, też myślałabym, że to do mnie pije, wytykając rozliczne przywary….

Lola po namyśle przyznała mi rację, zwłaszcza, że wygrał chłopiec recytujący dzieło zdecydowanie figlarne, a wręcz przekorne w wymowie. Na drugi raz sama jej znajdę wierszyk. Najlepiej z mojego ukochanego tomiku („Wesoła gromadka” z ilustracjami Butenki – polecam!), który niesłychanie dydaktyczne treści przekazuje w sposób niekonwencjonalny:

Ja wychodzę po ciasteczka-
Rzekła Mama do Juleczka,
Sprawiajże się tu przykładnie,
Nie ssij palców, bo nieładnie,
Bo kto palec w buzie tłoczy,
Zaraz krawiec doń wyskoczy
Z nożycami zły okrutnie
I paluszki niemi utnie.

Julek przyrzekł słuchać Mamy,
Lecz nie wyszła jeszcze z bramy,
A już nieposłuszny malec
Myk do buzi duży palec!
Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera,
Wpada krawiec jak pantera
I do Julka skoczy żywo.
Nożycami w lewo, w prawo
Uciął palec jeden drugi,
Aż krew trysła we dwie strugi.
Julek w krzyk, a krawiec rzecze:
Tak z nieposłuszeństwa leczę!

Wraca Mama, aj! Wstyd! Bieda!
Juleczkowi ciastek nie da,
Bo kto Mamy nie usłucha,
Temu dosyć bułka sucha.

Płacze Julek, żal niebodze,
A paluszki na podłodze.

refleksje nabiałowe w oparach chloru

Byłam na basenie z klasą Loli. No,kazali mi, sama w życiu bym się nie zgłosiła. Odmówiłam jedynie wspólnej jazdy autokarem. Nic na to nie poradzę. Kocham dzieci. W zagęszczeniu sztuka na metr kwadratowy. Wtedy jestem w stanie dostrzec ich cechy indywidualne, zarejestrować płeć osobnika, a nawet zrozumieć, co tam szczebioczą pod nosem. Na większe zagęszczenie mam potwierdzoną alergię – łzawią mi oczy, puchnę i dostaję pokrzywki.

Na basenie zakładałam czepki dziewczynkom, podawałam im ręczniki i suszyłam włosy. Czyli robiłam dokładnie to, co same potrafią, tylko im się nie chce, bo nauczone, że jakaś mama poda, zrobi, założy i spinki wepnie. Mam wrażenie, że robimy z tych dzieci kaleki życiowe. Chociaż większym kalectwem jest zapuszczanie dziecku włosów do pasa (trzy przypadki) czy do połowy pleców (osiem), w sytuacji, kiedy co dwa dni musi to kłębowisko wysuszyć i uczesać. Komunijna paranoja.  Ale co tam, dziewczynki były słodkie ( w zagęszczeniu umiarkowanym), a ja spędziłam długi czas z suszarką naprzeciwko lustra.

Wnioski są przygnębiające. Wyglądam jak mozzarella. Biała, miękka i tłustawa. Muszę zmienić rodzaj nabiału wizualnego. Niekoniecznie od razu na oscypek. Ale powiedzmy, taki wędzony ser salami – jędrny, krągły i apetycznie opalony. Mmmmm…. Może nawet pójdę na solarium, które przyoblecze mnie w złocistą, rakotwórczą poświatę?

PS Nie mogę przestać myśleć o tym salami. Idę do sklepu.

nietakty

Mój mąż jest zazwyczaj uosobieniem taktu. Lata pracy wytrenowały w nim odpowiedzi oględne, nieco zawoalowane i nie sugerujące, że rozmówca jest idiotą, choćby prawda w oczy waliła.

Czasem jednak tamy puszczają. Mąż zmęczony i niedospany bywa zadziwiająco prostolinijny.

– Błagam, rozmasuj mi bark, bo mi od stukania w komputer coś wlazło – proszę

Mąż solennie zabiera się do rzeczy, co oznacza wgniatanie mi kciukiem kręgosłupa w obojczyk, aż słychać chrupanie kości. Przy okazji z  zainteresowaniem maca moje plecy:

– Masz bardzo młodą skórę, jak na tak starą kobietę – wygłasza szczerą uwagę.

Nie wiem, czy uczepić się pierwszej, czy drugiej części wypowiedzi. Ale niech tam, pozostańmy przy pierwszej. Wdajemy się przy okazji w rozmowę o scenariuszu, który właśnie czytam. Robię woltę skojarzeniową  do Bergmana. Misiek strzyże uchem znad komputera – A kto to Bergman? –

– A, taki reżyser – nieuważnie informuje go mąż – ale nie znasz, bo on robi takie intelektualne filmy, nie dla ciebie –

Misiek ma dokładnie taką samą minę jak ja przed chwilą. Na wszelki wypadek jednak  wybiera obrazę. Która przekłada się też na mnie, bo konsekwentnie zlewa moje kolejne monity o sprzątnięcie ze stołu. Lola radośnie się przyłącza do buntu.

– Wszyscy mnie w tym domu lekceważą – skarżę się do pleców męża, który robi sobie herbatę. Czekam na pociechę. Cisza.

– Yyyy, coś mówiłaś? – dziwi się mąż, kiedy wydaję z siebie w końcu  wściekły warkot.

A taki jest zazwyczaj milutki. Mam nadzieję, że chwilowe załamanie….

Nigdy nie za wcześnie na planowanie

– Co tak sama siedzisz po ciemku? –

– A, tata zawiózł Olę na tenisa, a ja się zastanawiam, i nie mogę się zdecydować –

–  Na co? –

– Wiesz, tak mnie natchnęła ta Szymborska. Muszę się w końcu zdecydować, jaką muzykę chciałabym na pogrzebie –

– W sensie, że własnym? –

– No tak. Człowiek się młodszy nie robi. Muszę zadysponować, co i jak. Jak sama nie napiszę w punktach, to potem będziecie wymyślać nie wiadomo co. I co ja wtedy zrobię? –

– Niewiele. W sumie możesz nas co najwyżej postraszyć –

– Daj spokój. Jak wieczny odpoczynek, to wieczny odpoczynek. Mowy nie ma –

– -To co, wymyśliłaś już? –

– Ech. Wczoraj przez godzinę szukałam w Youtube. Ale tyle jest fajnych piosenek…-

– W sumie „Amazing Grace” by pasowało. Mówię ci, suchego oka nie będzie na pogrzebie –

– Myślisz? – rozważa przez chwilę – ale wiesz, to w sumie religijna pieśń, a ja chcę świecki pogrzeb

– Oj tam, nie przesadzaj, to się ludziom co najwyżej skojarzy z pogrzebami amerykańskich żołnierzy –

– Fakt – rozjaśnia się – zresztą to właściwie taka bardziej protestacka pieśń, a nie katolicka –

– Ja to wiem, co bym chciała na własnym pogrzebie. „Wonderful world” w wykonaniu Armstronga –

– Że niby tak pięknie na świecie, jak już cię nie ma? – patrzy powątpiewająco

– Oj tam, żeby ludzi rozweselić, co mają siedzieć ponurzy. Zresztą, co to za pogrzeb będzie. Malutka kremacyjka i już –

– Dokładnie tak chcę. Mam tylko nadzieję, że zanim umrę, zdążą zmienić przepisy i będzie można zabrać urnę do domu –

– Że niby mam cię na kominku postawić? Jaasne. Już widzę te pełne paniki jęki: Stasiu, nie ruszaj, bo prababcię wysypiesz –

– Zawsze możesz wybudowac jakiś nieduży pomniczek w ogródku –

– He, he, koło grilla, będziesz miała ofiary całopalne. To co z tą piosenką? –

– Ja się jeszcze zastanowię. Na razie spisuję książkę kucharską dla przyszłych pokoleń. O, a chcesz herbaty?  Właśnie przeczytałam, że herbata leczy wszystko. Zieloną, czerwoną czy białą? –

Ja chyba jeszcze nie pisałam, że uwielbiam moją matkę? Jest jedyną znaną mi osobą, z którą mogę przeprowadzać podobne rozmowy na trzeźwo. I śmiać się przy tym do rozpuku.

 

 

Ambiwalencja uczuć rodzinnych

 

Lola w tym roku przejawiła eksplozję talentów rymopisarskich, obdarowując każdego członka rodziny walentynkową karteczką. Karteczki, hand-made oczywiście, były urocze i słodkie, a przy tym niezwykle celnie oddawały uczucia autorki względem obdarowanych:

– bezwarunkową miłość i brak krytycyzmu, charakterystyczny dla tego cudownego wieku, kiedy jeszcze cóka nie przejawia wstrętu i dystansu do własnej matki

„Mama jest piękna jak róży kwiat, kocham ją bardziej niż cały świat”

– ciepłe, choć nieco interesowne uczucia do zapracowanego,a tym samym rzadko obecnego w jej życiu  ojca

„Mój kochany tata ciągle gdzieś lata, ale wraca na noc, by poczytać mi na dobranoc”

– oraz mocno ambiwalentne relacje na linii brat – siostra

„Rzec by można że rzecz to łatwa, by kochać swojego bratka, lecz ja nie potrafię, gdyż on beka, pierdzi i chrapie”

Skądinąd łatwo zrozumieć, że to szczere wyznanie nie spotkało się z uznaniem obdarowanego. Co ciekawe, najbardziej uraziła Miśka sugestia,że chrapie…chociaż Lola pospieszyła z zapewnieniem, że dodała to tylko dla  rymu:-)

Czasami martwi mnie to, że moje dzieci nie żyją w zgodzie i harmonii. Nie wiem, czy to różnica płci, czy wieku, czy też charakterów. Ja wprawdzie też tłukłam moją młodszą siostrę. Co więcej, wciąż obie pamiętamy, jak z zemsty wyrwałam jej lalce rzęsy, i jak wyżarłam jej cukierki, które odkładała podczas Adwentu. Ala zasadniczo świetnie się razem dogadywałyśmy, i nadal bardzo się przyjaźnimy (może dlatego, że chociaż wciąż wyjadam jej cukierki, już jej nie biję ani nie wyrywam rzęs lalkom ani siostrzeńcom). Czy moje dzieci będą się lubić, kiedy dorosną? Czy będą mogły na siebie liczyć? Dla mnie posiadanie rodzeństwa jest jedną z najlepszych rzeczy w moim życiu. Chciałabym, żeby małoletni też mogli czuć się podobnie, nawet jeśli nie będą się przyjaźnić. Żeby wiedzieli, że mogą na siebie liczyć.

Ja tu się rozrzewniam smętnie, a Misek i Lola kotłują się na kanapie. – Bo cię pocałuję! – ta straszliwa groźba z ust brata wywołuje u Loli dziki atak paniki – Mamooo, ratuj – kwiczy – Misiek chce mnie pocałować! –

No cóż. Póki co, krętymi ścieżkami kroczymy ku tej harmonii i jedności…..

umiem liczyć, choć się kurczę

Jednak potrafię liczyć. Tak dobrze, że na tym tracę. Miałam zapłacić 65 zeta. Dałam pani w sklepie stówę. Dołożyłam pięć złotych. Zagadka – ile powinna mi wydać pani sklepowa, nie przerosła moich możliwości.  Wydała 50 złotych. Patrzę i liczę (równocześnie, co znacząco zwiększyło, zauważcie, poziom trudności).

Mówię grzecznie – oszukała się pani na 10 złotych –

– Ależ skąd – obruszyła się pani

– A jednak – obstaję przy swoim 

– Mowy nie ma – unosi się pani honorem i liczy jeszcze raz (na paluszkach, czy to nie słodkie?)

– Ależ zapewniam panią – nie poddaję się tak łatwo, bo dumna z siebie jestem, że jednak liczyć umiem – w sumie mogę wziąć pięć dych, ale pewnie będzie pani z własnej kieszeni dokładać –

Pani chyba była uwrażliwiona na niedolę własnej kieszeni,  ciekawe czemu, czyżby to nie pierwszy raz? Z niedowierzaniem rzuciła okiem raz jeszcze na swoje palce, wzięła z ociąganiem dychę z mojej ręki i rzekła – no, jak tam pani chce –

Trwam w zadziwieniu.

Albo z tego zadziwienia, albo z zimna skurczyła mi się głowa. Innej przyczyny nie widzę. Bo czapka mi zaczęła zjeżdżać na oczy i idąc, znienacka tracę obraz. Nie przyjmuję sugestii, że w praniu się rozwlokła (czapka, nie głowa).  W praniu, przynajmniej w mojej pralce, wszystko się tylko kurczy. Z rozmiaru na rozmiar. Dramatycznie. Im dłużej trwa zima, tym bardziej pralka skurcza mi spodnie. Skandal. Muszę napisac do Bosha list protestacyjny.

w obronie całowania brzuszków

Skończyłam właśnie czytać scenariusz, wpisujący się w modną konwencję obnażania beznadziei macierzyństwa. W sensie, wiecie, piękna, rzutka bizneswoman  w sekundę po porodzie zmienia się w kupkę rozmemłanej galarety. Nie umie wydobyć się spod stosu zasranych pieluch, nie może zmrużyć oka w nocy, a mleko z piersi tryska jej naokoło jak ślina gościowi z krzywym zgryzem.

No i tak sobie myślę. Wiem, że nie spełniałam standardów Matki Polki. Generalnie miałam dość olewczy stosunek  do spacerów, kalendarzy wprowadzania pokarmów i zabaw rozwojowych. Ale bez przesady, przypuszczam, ze mieściłam się w (hmm, szeroko pojętych) normach. I uczciwie przyznaję, że w ogóle nie pojmuję takiego nieogarnięcia. Moje dzieci były koszmarne jako niemowlęta, alergiczne, kolkowe i z pakietem dodatkowych problemów zdrowotnych. I mimo tego,  pomijając oczywiste zmęczenie, chwilowe kryzysy i poczucie beznadziei przy trzeciej godzinie dziecięcego ryku, uroczyście zaświadczam, że WCALE NIE BYŁO TAK ŹLE. Co więcej, bywało fajnie. Zabawnie. A nawet, o zgrozo, spokojnie, cicho i uroczo.

Mam wrażenie, że na co dzień bardziej męczyła mnie rutyna i nuda, niż chaos i apokalipsa mleczno – pieluchowa. A słowo daję, chociaż żadna ze mnie Bridget Jones, nie jestem jakoś super poukładana. Raczej średnia krajowa.

Bez obaw, zdążam pospiesznie w stronę konkluzji. A mianowicie – czy nie macie wrażenia, że wahadło odbiło teraz za mocno w drugą stronę? Coraz bardziej modne i popularne jest pokazywanie ciemnych stron posiadania dzieci. W Empiku znajdziecie tysiąc książek obnażających najwyraźniej nieznany dotąd fakt, że dzieci wrzeszczą, ślinią się, śmierdzą i psują sprzęty domowe. Przy okazji czytania scenariusza znalazłam kilkanaście podobnych filmów, których głównym tematem jest totalna destrukcja życiowa związana z posiadaniem potomstwa.

Zaczyna mnie to irytować i męczyć.  Chyba niedługo artykuły pod tytułem „Pięć nieznanych faktów o macierzyństwie” będą poruszały  nowe i nieznane ogółowi tematy: 

„Wbrew temu, co usłyszałaś od mamy/koleżanki/sasiadki

1. dzieci czasami są fajne

2. posiadanie dzieci nie jest równoznaczne z utratą tożsamości i własnego życia, a nawet (tak, tak, droga czytelniczko) może to życie wzbogacić

3. nie czuj się źle, kiedy patrząc na swoje dziecko, uśmiechniesz się czasem wzruszona, albo nawet pocałujesz w brzuszek, to nie jest powód do wstydu, każdemu może się zdarzyć

4.  masz prawo wychodzić ze swoim dzieckiem z domu, a nawet brać je do sklepu i restauracji, to jeszcze nie jest zakazane

5. Jeśli twoje dziecko śpi w nocy, nie ulewa litrami na przechodniów i krzyczy mniej niż godzinę dziennie, oczywiście powinnaś się skonsultować z pediatrą, ale spokojnie, na pewno wszystko jest w porządku, to też się mieści w normach”

 

Jestem wstrząśnięta. Naprawdę to napisałam? Ja?! Własnym oczom nie wierzę….

 

 

 

zimno mi

Przez cały ubiegły tydzień chodziłam w ocieplanych dresach i futrzanych walonkach. Jak nie przymierzając,  rolnik do obory. W sobotę mąż nie wytrzymał i zażądał zmiany odzienia, bo mój wizerunek, jak to był łaskaw określić, gwałtownie leci w dół. On chyba nie rozumie, JAK OKROPNIE  mi zimno! A  już po moich piątkowych peregrynacjach, kiedy to postanowiłam pojechać do stolicy na urodziny Krzysia, czuję się nieustająco wewnętrznie zlodowaciała. Spędziłam pół godziny w nieogrzewanym pociągu, stojącym  w szczerym polu. Bo szyny pękły. Z czego oni robią te szyny? Z plastiku? Kiedy wreszcie dojechałam, trzeszczałam przy wstawaniu z siedzenia. A później maszerowałam warszawskimi ulicami, nabywając sukcesywnie odmrożenia drugiego stopnia. Po kwadransie byłam tak zdesperowana, że poważnie rozważałam zajście do jednego z sekshopów i kupienie buteleczki rozgrzewającego żelu do masażu. Tylko, żeby go użyć, musiałabym choć częściowo się rozebrać, co znowu przekraczało moje możliwości, bo spodnie przymarzły mi do nóg.

Ze względu na temperatury wykonuję jedynie minimalne ruchy, te niezbędne do przeżycia. Chleb i kocie żarcie kupić, coś ciepłego do zjedzenia ugotować i z powrotem pod koc. Uważam, że to dobra strategia, bo kiedy wczoraj wychyliłam nosa z domu, od razu zrobiłam sobie krzywdę. Poszliśmy z dziećmi na kręgle. I z właściwym sobie wdziękiem natychmiast złamałam sobie przy rzucaniu tą kulą trzy paznokcie (a zapewniam, że nie jestem posiadaczką trzycentymetrowych tipsów z cyrkoniami). Wniosek na szybko: nie lubię kręgli, bo nie umiem rzucać i to frustrujące. I kula mi spadywuje na boki. Albo fruwa po całym torze jak zdychająca wrona.

Dziś wróciłam do moich walonek i dresów, żeby konweniowały z opitolonymi do skóry paznokciami.

Długo jeszcze z tym mrozem? Ja nie żądam wiele, tak koło zera może być, żebym przynajmniej nie wyglądała po każdym wyjściu z domu jak żul z Centralnego z siateczką czerwonych żyłek na nosie.

A! Wyprowadziłam moją bohaterkę na szeroką, pełną możliwości drogę strony szóstej. Jak nie skorzysta, jej strata. Zawsze przecież mogę ją uśmiercić, prawda?

 

dysdatalia

To schorzenie, które sobie właśnie zdiagnozowałam. Kiedy po sto pięćdziesiąty zawiesiłam się przy wypełnianiu formularza, gdzie musiałam podać datę urodzenia własnej córki. Mam taką wrodzoną niemoc, niech będzie brak intelektualny, że nie mogę, no słowo daję, nie mogę zapamiętać żadnej daty.

To znaczy, technicznie rzecz biorąc, pamiętam kilka. Jeśli chodzi o te prywatne – własną i mężowską datę urodzenia, miesiąc i dzień urodzenia dzieci (przy roku się zawieszam właśnie) i…no, i to tyle. Całą resztę mozolnie sobie odliczam, bazując na aktualnym wieku delikwenta, ewentualnie na bieżącej rocznicy ślubu. Co roku pieczołowicie wpisuję do kalendarza urodziny i rocznice, żeby nie wyjść na chama, który olewa bliższą i dalszą rodzinę.

Z dat historycznych – ogarniam 1.09.1939, maj 1945, Święto Niepodległości w Stanach i Powstanie Styczniowe (w styczniu, tylko roku nie pomnę, ale o tym sza!). I pomimo przeczytania stosów książek i artykułów historycznych upośledzenie trzyma się mocno – zapamiętam cytaty, realia i generalnie wszystko, poza datami…

Kiedy zapytałabym mojego męża, czy pamięta dzień, gdy wyznał mi miłość po raz pierwszy, otrzymałabym z pewnością niesłychanie konkretną odpowiedź. Precyzyjne miejsce – przypuszczam, że włącznie ze współrzędnymi geograficznymi i pozycją słońca, równie precyzyjną datę, a w bonusie jeszcze kolejne etapy naszej pierwszej wspólnej podróży wraz z rozrysowaniem trasy w atlasie.

Ja owszem, też mogę podać czas: dawno temu, kiedy byłam szczupła, a mąż miał dużo włosów na głowie, mniej więcej o zachodzie słońca. I miejsce – jakaś wyspa, i zagajnik, i pinie tak pięknie pachniały w rozgrzanym powietrzu. Dla ścisłości, pamiętam też, co powiedział, i co ja odpowiedziałam, i kolor jego koszulki, i że wiatr mi rozwiewał spódnicę…..

 Jednym słowem moje wspomnienia, przyznajcie, są dużo bardziej porywające od jego wspomnień i bardziej karmią wyobraźnię. „Dysdatalia” ma swoje plusy. Tylko tak się trochę martwię na zapas. Bo gdybym kiedyś chciała napisać pamiętniki z mojego burzliwego i pełnego przygód życia, musiałabym rozdział zaczynać od:

– Dawno temu, wiosną, kiedy miałam na sobie zielony sweter, a z północy wiał lekki wiatr…-

od niechcenia, bo mi zimno

Powinno być coś lekkiego i dowcipnego o mrozie, nie? W życiu, zignoruję gada. Przylazł, to i pójdzie.

Robię czystkę. Wywalam torby z przeterminowanymi ciuchami. Bo przecież, jak cos leży nieużywane dwa lata, to się przeterminowuje, nieprawdaż? Nawet sweterek.

 Zawsze robię taką czystkę przed Poważnymi Decyzjami. Tylko na razie nie wiem jeszcze, w co mi pójdzie, mam chaos decyzyjny i nieokreśloną potrzebę zmian jednocześnie. Zacznę się wreszcie uczyć hiszpańskiego? Albo przejdę na dietę niskowęglowodanową? Może chociaż pociągnę mój póki-co-pięciostronicowy utwór epicki?

Chociaż zaczęłam mieć lęki, odkąd trafiłam na Armadę. Nie ukrywam – rzecz jest hardcorowa. Wiłam się, prychałam, kwiczałam i wydawałam różne nieprzystojne dźwięki przy czytaniu analiz co poniektórych utworów. Ale jak się już odprychałam, to zdjęła mnie refleksja, czy ja przypadkiem nie trafiłabym do zbioru ichniejszych opków. Może na wszelki wypadek nie będę pisać o wampirach i wilkołakach. I sprawdzę przecinki. Na razie moja bohaterka zastygła jednak w stuporze, bo naprawdę nie wiem, co z nią zrobić. I niech tak zostanie póki co, może śniegi zejdą, to natchnienie powróci.

Lukrecja ma nowe hobby – zakrada się do mojej szafy i zębami wywleka po kolei wszystkie wiszące tam paski. Po czym roznosi je po pokoju, międląc od niechcenia. Zaczynam podejrzewać, że jednak miała labradora w rodzinie. Aportuje, chodzi przy nodze, obgryza wszystko, co dopadnie i  nie znosi rozłąki ze mną. Nawet kiedy wyrzucam śmieci, Lulu maszeruje ze mną dzielnie do śmietnika. Śmieszny kot.

A, na „Rzezi” byłam. Świetny film. Krótki, skondensowany, bez chichocików, a jednak zabawny. I trochę przerażający jednocześnie, bo uświadamia, jak cieniutką nosimy na sobie  powłoczkę cywilizacyjnych rytuałów. A pod spodem – kły i pazury.

Naprawdę mi zimno. Nie da się myśleć, kiedy krążenie w palcach zamiera. Poczekam, aż cieplej będzie, to dokończę.