zimno mi

Przez cały ubiegły tydzień chodziłam w ocieplanych dresach i futrzanych walonkach. Jak nie przymierzając,  rolnik do obory. W sobotę mąż nie wytrzymał i zażądał zmiany odzienia, bo mój wizerunek, jak to był łaskaw określić, gwałtownie leci w dół. On chyba nie rozumie, JAK OKROPNIE  mi zimno! A  już po moich piątkowych peregrynacjach, kiedy to postanowiłam pojechać do stolicy na urodziny Krzysia, czuję się nieustająco wewnętrznie zlodowaciała. Spędziłam pół godziny w nieogrzewanym pociągu, stojącym  w szczerym polu. Bo szyny pękły. Z czego oni robią te szyny? Z plastiku? Kiedy wreszcie dojechałam, trzeszczałam przy wstawaniu z siedzenia. A później maszerowałam warszawskimi ulicami, nabywając sukcesywnie odmrożenia drugiego stopnia. Po kwadransie byłam tak zdesperowana, że poważnie rozważałam zajście do jednego z sekshopów i kupienie buteleczki rozgrzewającego żelu do masażu. Tylko, żeby go użyć, musiałabym choć częściowo się rozebrać, co znowu przekraczało moje możliwości, bo spodnie przymarzły mi do nóg.

Ze względu na temperatury wykonuję jedynie minimalne ruchy, te niezbędne do przeżycia. Chleb i kocie żarcie kupić, coś ciepłego do zjedzenia ugotować i z powrotem pod koc. Uważam, że to dobra strategia, bo kiedy wczoraj wychyliłam nosa z domu, od razu zrobiłam sobie krzywdę. Poszliśmy z dziećmi na kręgle. I z właściwym sobie wdziękiem natychmiast złamałam sobie przy rzucaniu tą kulą trzy paznokcie (a zapewniam, że nie jestem posiadaczką trzycentymetrowych tipsów z cyrkoniami). Wniosek na szybko: nie lubię kręgli, bo nie umiem rzucać i to frustrujące. I kula mi spadywuje na boki. Albo fruwa po całym torze jak zdychająca wrona.

Dziś wróciłam do moich walonek i dresów, żeby konweniowały z opitolonymi do skóry paznokciami.

Długo jeszcze z tym mrozem? Ja nie żądam wiele, tak koło zera może być, żebym przynajmniej nie wyglądała po każdym wyjściu z domu jak żul z Centralnego z siateczką czerwonych żyłek na nosie.

A! Wyprowadziłam moją bohaterkę na szeroką, pełną możliwości drogę strony szóstej. Jak nie skorzysta, jej strata. Zawsze przecież mogę ją uśmiercić, prawda?

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s