dysdatalia

To schorzenie, które sobie właśnie zdiagnozowałam. Kiedy po sto pięćdziesiąty zawiesiłam się przy wypełnianiu formularza, gdzie musiałam podać datę urodzenia własnej córki. Mam taką wrodzoną niemoc, niech będzie brak intelektualny, że nie mogę, no słowo daję, nie mogę zapamiętać żadnej daty.

To znaczy, technicznie rzecz biorąc, pamiętam kilka. Jeśli chodzi o te prywatne – własną i mężowską datę urodzenia, miesiąc i dzień urodzenia dzieci (przy roku się zawieszam właśnie) i…no, i to tyle. Całą resztę mozolnie sobie odliczam, bazując na aktualnym wieku delikwenta, ewentualnie na bieżącej rocznicy ślubu. Co roku pieczołowicie wpisuję do kalendarza urodziny i rocznice, żeby nie wyjść na chama, który olewa bliższą i dalszą rodzinę.

Z dat historycznych – ogarniam 1.09.1939, maj 1945, Święto Niepodległości w Stanach i Powstanie Styczniowe (w styczniu, tylko roku nie pomnę, ale o tym sza!). I pomimo przeczytania stosów książek i artykułów historycznych upośledzenie trzyma się mocno – zapamiętam cytaty, realia i generalnie wszystko, poza datami…

Kiedy zapytałabym mojego męża, czy pamięta dzień, gdy wyznał mi miłość po raz pierwszy, otrzymałabym z pewnością niesłychanie konkretną odpowiedź. Precyzyjne miejsce – przypuszczam, że włącznie ze współrzędnymi geograficznymi i pozycją słońca, równie precyzyjną datę, a w bonusie jeszcze kolejne etapy naszej pierwszej wspólnej podróży wraz z rozrysowaniem trasy w atlasie.

Ja owszem, też mogę podać czas: dawno temu, kiedy byłam szczupła, a mąż miał dużo włosów na głowie, mniej więcej o zachodzie słońca. I miejsce – jakaś wyspa, i zagajnik, i pinie tak pięknie pachniały w rozgrzanym powietrzu. Dla ścisłości, pamiętam też, co powiedział, i co ja odpowiedziałam, i kolor jego koszulki, i że wiatr mi rozwiewał spódnicę…..

 Jednym słowem moje wspomnienia, przyznajcie, są dużo bardziej porywające od jego wspomnień i bardziej karmią wyobraźnię. „Dysdatalia” ma swoje plusy. Tylko tak się trochę martwię na zapas. Bo gdybym kiedyś chciała napisać pamiętniki z mojego burzliwego i pełnego przygód życia, musiałabym rozdział zaczynać od:

– Dawno temu, wiosną, kiedy miałam na sobie zielony sweter, a z północy wiał lekki wiatr…-

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s