zdjęcia z wyjazdu

Nie pisałam, bo mnie robota chwyciła za gardło po powrocie i nadrabiałam.

Mam za to parę zdjęć z naszego skądinad bardzo udanego wyjazdu.

widoczek

Na przykład zabójczo słodki kaszubski widoczek z kwitnącą gryką na pierwszym planie. To ja, to ja zrobiłam!

Małoletni szaleli na wydmach w Parku Słowińskim

wydmy

A Lola nawiązała znajomość z kozą i jej pracodawcą

koza

Co było skądinąd urocze. Koza i jej szef przechadzali się po szczycie Wieżycy oferując spragnionym kozie mleko. Lola oszalała na punkcie zwierzątka i zażądała pogłaskania. W trybie pilnym. Kozi szef nie widział problemu, o ile zdjęcie zostanie opłacone, bo, jak powiedział oszołomionej Loli „ta koza pracuje dla mnie”. Młoda pobiegła uiścić opłatę, ale wręczając Kaszubowi drobniaki, rzekła z naciskiem „to dla kozy!”. I słusznie. Nie będzie krwiopijca wyzyskiwał i czerpał korzyści:-)

A najfajnieszy był „domek do góry nogami”. Nie powinno się tam wchodzić po obiedzie, ja na czczo wyszłam zielonkawa i cały czas miałam wrażenie, że podłoże się buja.

domek

Wróciłam i staram się pogodzić robotę piszczącą mi z komputera z tą, która woła zza okna. Zgadnijcie, co wygrywa?

Wsadziłam pomidorki koktajlowe, selery i poziomki. Przesadziłam krzaczory i byliny. Obrzępiłam to, co zdechło podczas zimy (czyli połowę ogródka). Mam ręce jak świeżo wykopany zombie i rozmarzone spojrzenie narkomana w ciągu. Lecę, bo nałóg mnie woła!

 

Wielka Majowka

Deptak w Sopocie. Zgodnie z logika miejscowości nadmorskich mijamy po kolei restauracje chinska, tajska, budke z oscypkami, wiatraczki,watę cukrowa tak jadowicie kolorowa, ze musi świecić w ciemnościach, stoisko z chińskim bursztynem i docieramy wreszcie do mola. Molo jest wietrzne,
długie i płatne, ale i tak ufnie podazamy jak lemingi prosto w morze. Tradycja taka. Nad morzem rybke trzeba zjeść. Tez tradycja. Wgapiam się w nazwę smazalni Brudna ryba, i nie rozumiem, o co chodzi.Na szczęście okazuje się ze to Gruba ryba miała być, tylko wiatr mi wzrok zmylil.
Słuchajcie, jak tu wieje!
Maloletni bohatersko mocza stopy w morzu. Anemicznie protestuje: – Lola, chociaż spodni nie zamocz, bo zlapiesz zapalenie płuc. –
Na szczęście Misiek rozwiewa moje niepokoje: – Spoko, mamo, z jej koordynacja ruchowa nie ma szans złapać niczego –
Czy ktoś może wytłumaczyć mi, dlaczego nad morzem zawsze jest zimno, kiedy my tu jesteśmy? Wyobrazam sobie takie fatum, gęste i czarne, które materializuje się, kiedy wpadamy na pomysł ruszenia na północ. Wszędzie, do cholery,w całej Polsce, upał aż dusi,ale nie, ten mały skrawek polskiej ziemi ma klimat wczesnego marca. Od dziesięciu lat usiłuje spędzić chociaż kilka dni nad polskim morzem, ale niezależnie od pory roku zawsze jest zimno, albo pada, albo drzewa gnie do ziemi. Raz pomyślałam, ze przechytrze aure, i pojechałam w zimie, ale następnego dnia rozpętał się wściekły sztorm.
Dlatego uroczyście przepraszam osoby aktualnie przebywające nad morzem: ta pogoda to przeze mnie, sorry. Pokrecimy się tu jeszcze dwa dni, i zrobi się cieplutko. Ale na razie mamy jeszcze w planach Kartuzy, i Slowinske wydmy i co tam jeszcze się da przy tym zimnie zrealizować.
Nie obejrzałam ostatniego odcinka serialu Kości, nie widzę, jak mi kwitną Amonagawy, moje ozdobne wiśnie kolumnowe, koty tęsknią, i w ogóle pożytki z rodzinnych wyjazdów są odrobine przereklamowane.
Następny wpis może będzie po kaszubsku, jak się szybko nauczę, a chwilowo za brak niektórych polskich znaków odpowiada idiotyczny iPad męża, a nie moje postępujące niechlujstwo.

Pytania i melancholie

Kto mi powie, kiedy wreszcie Brennan urodzi? Lata w tej ciąży już sto lat i tracę cierpliwość. Rozumiem, że aktorka też jest w ciąży i to musi potrwać, ale jak ona z tym brzuchem grzebie w trupach, to już mi się słabo robi. Czy to dziecko w ogóle będzie normalne po takim  życiu płodowym?

Wiele rzeczy zaprząta mój umysł ostatnio. Na przykład a’propos moich ostatnich wynurzeń. Łaził po basenie taki wielki gorylowaty facet. Nie wyobrażacie sobie, jak miał owłosione plecy. No, taki kłąb po prostu od karku po nerki. Wszedł do wody i te włosy naplecne zaczęły mu tak łagodnie i miękko  falować, jak nie przymierzając wodorosty czy inne algi. Fascynujący widok, oczu oderwać nie mogłam. No, ale nie dałoby się go cały czas w wodzie trzymać, nieprawdaż?

Wczoraj rozstałam się z wieloletnim przyjacielem, moją ulubioną lewą dolną ósmką. Byłam tak smutna, że Lola na pociechę narysowała mi jej portret na pamiątkę. Ósemka w garniturku macha mi na pożegnanie białą chusteczką. Ach, to wzruszająca chwila w życiu człowieka, kiedy pozbywa się zęba mądrości, nawet jeśli ostatnio nie zgadzaliśmy się ze sobą.

Przedwczoraj miałam wizytację, eee, tfu, wizytę, teściów i szwagierki z rodziną. Wyczerpujące doświadczenie, bo wymagające wysilenia ciała i umysłu przez cały boży dzień (teściowie od 10, szwagierka do 19 plus ruchliwy pięciolatek). Ale udało mi się, o cudzie, ugotować obiad satysfakcjonujący wszystkich – od amerykańskiego szwagra (co niełatwe) do teścia (co akrobatyczne niemal). Ach, te drobne chwile triumfu gospodyni domowej.

No właśnie. Scenariusze kapią rzadko i robi się coraz bardziej niskobudżetowo i kurodomowo. Zaczynam szukać roboty na poważnie i już się boję. Powiedzcie mi, że przed wakacjami to nie ma sensu. Bo co ja z małoletnimi zrobię? Możecie mi to jakoś racjonalnie wytłumaczyć?

 

co mnie kręci w chromosomach

Anutek, z wrodzoną  sobie subtelnością i wdziękiem, zaproponowała mi (nie, absolutnie żadnych nacisków), wręcz delikatnie zasugerowała udział w zabawie blogowej, której temat wpędził mnie w konsternację. Jest to bowiem jeden z tych nielicznych tematów, jak rola kwarków we wszechświecie czy też życie erotyczne stawonogów, którym zazwyczaj nie poświęcam zbyt wiele uwagi. Co do dalszego typowania ofiar, nie nalegam, nie zachęcam, nie zmuszam. To w końcu dość prywatne wynurzenia:-)

No właśnie.

Nie obejdzie się bez pokrętnych tłumaczeń i zawoalowanych informacji o życiu prywatnym, a wręcz bez nietypowej dla mnie otwartości. He, he, już was podkręciłam?

Problem w tym, że od wczesnych lat młodzieńczych miałam pociąg do osobników, z którymi nie byłabym w stanie przeżyć nawet tygodnia prawdziwego życia. Dziwaków, mrocznych rycerzy, milczących ponuraków, zdziwaczałych intelektualistów, psychopatów i nawiedzonych. Nie wchodząc w szczegóły, prawdziwość moich słów można zweryfikować w paru szpitalach psychiatrycznych i jednym klasztorze, a nie wiem, czy także  nie w więzieniu. Bo niektórzy to źli chłopcy byli. Niekoniecznie tacy

Ale blisko:-) Oj tam, zwalmy to na burzliwą młodość, OK?

Z tamtych, jakże dawnych czasów, pozostał mi pociąg do nietypowości umysłowej. Bo (teraz to naprawdę nikt mi nie uwierzy) ja zupełnie nie zwacam uwagi na męską powierzchowność. Znaczy, owszem, widzę, że gruby, chudy, łysy, kudłaty, brudny, czysty, ale zasadniczo wygląd ma raczej znaczenie w mojej ekscytacji Keanu Reevesem czy młodym Harrisonem Fordem. Po półgodzinnej rozmowie przestaję rejestrować szczegóły wyglądu. Ignorując blond grzywy i kwadratowe szczeki, lecę na cięty dowcip, cytaty filmowe i książkowe, błyskotliwe skojarzenia i ujawnianą szeroką wiedzę na nietypowe tematy. Może w ten sposób nadrabiam własne braki intelektualne?

Żeby uratować mój nadwątlony image, przyznam, że jednakowoż preferuję pewne drobiazgi typu zmarszczki przy oczach od śmiechu, ładne ręce i miły tembr głosu.

A teraz, zaprzeczajac wszystkim moim wcześniejszym wynurzeniom, ogłaszam, że i tak najrozkoszniejszym facetem na ziemi jest Michael Clarke Duncan. Wygląda jak ogromna, stabilna skała, jest naprawdę słodki  i ma najbardziej zaraźliwy śmiech, jak można sobie wyobrazić.

 Prawda, że uroczy?

 

konwersacje samochodowe

Jedziemy rodzinnie.  Między mną a mężem wygasają resztki kłótni, a raczej intensywnej wymiany zdań.

Żeby jeszcze upuścić sobie pary, warczę cicho – Dddureń –

– Wariatka – cicho odwarkuje ubawiony nie wiedzieć czemu mąż

– De…no ten..drań – odwzajemniam się banalnie, bo mi epitetów zabrakło

– Głupia baba – mruczy mąż

– Cicho tam – rzuca pobłażliwie Lola z tylnego siedzenia – niech wam będzie, obydwoje jesteście stuknięci –

Dziki rechot ma działanie oczyszczające atmosferę.

Wracamy. Milczący zazwyczaj Misiek ma atak elokwencji i wchodzi na wysokie obroty filozoficzne. Rozmawia z ojcem, czym jest szczęście. Wyraża się bardzo sensownie i logicznie. Na tyle, że ojciec chwilowo zastyga w podziwie  nad błyskotliwością pierworodnego i chwali go za dyskusję.

– Oj tam – Misiek rzuca nam chytre spojrzenie – to wasze geny obdarzyły mnie inteligencją. Oraz – dorzuca po namyśle – oczywiście skromnością –

Oczywiście. Niech znajdzie się ktoś, kto w tym momencie zaprzeczy…..

 

 

poświąteczne resztki

Lola zrobiła pogrzeb biedronce. Były kwiaty i przemowy, a także bardzo wielowyznaniowa modlitwa. Biedronka zmarła wczoraj  na trampolinie, zdaje się, że nie wytrzymała przeciążeń.Reanimacja się nie powiodła, pomimo wielkiego zapału, jaki Lola włożyła w masaż serca i sztuczne oddychanie. Czy biedronka ma serce? Chyba nie było mnie na tej lekcji biologii.

Lola chce zostać w przyszłości treserką, ale nie biedronek na szczęście, tylko kotów. Na razie wytresowała Lulu, która widząc kocie chrupki, nawet nie czeka na komendę „siad”, tylko do razu karnie wali się tyłkiem na podłogę. Teraz trenują komendę „zdechł kot”.

Misiek mnie dzisiaj bardzo zaniepokoił. Odrobił lekcje z własnej woli, spytał, czy może chwilę pograć na komputerze, a przed chwilą zapytał, czy może wyjść się dotlenić. Czy to może mieć związek z jutrzejszym szkolnym zebraniem? Chyba że jego bunt nastolatka przybiera jakś wyjątkowo niekonwencjonalną formę. Na serio się martwię.

W ramach odchudzania poprosiłam fryzjerkę, żeby zamiast odcienia mleczna czekolada, położyła na mojej głowie gorzką czekoladę. W gorzkiej wyglądam szczuplej. Interesujące złudzenie optyczno – kulinarne.

Acha – o świętach miałam napisać, ale najbardziej ekscytujące rzeczy, jakie mi się przytrafiły, to nieposolone ziemniaki w sobotę, pięć kawałków ciasta pod rząd w niedzielę, a w poniedziałek prowadzenie samochodu w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Żadnej z tych rzeczy nie chciałabym powtórzyć w najbliższej przyszłości, więc nie ma o czym gadać.

A w ogóle to rozrzuciłam dziesięć taczek kompostu i czekam na oklaski. Znaczy w ogródku rozrzuciłam, pod krzaczki. Nie wiem po co, bo na pewno i tak je zeżre jakaś cholera, a ja nie mogę ruszać prawym barkiem. Co tam, i tak jestem z siebie dumna.

 

 

 

kontekst kulturowy

Moje dzieci nie chcą się uczyć polskiego. Moje dzieci uważają, że to zupełnie zbędna wiedza, bo przecież, jak  była uprzejma zauważyć Lola, ona już się tego języka nauczyła. Moje dzieci uważają, że teksty literackie, proponowane im na zajęciach, nie wnoszą w ich życie żadnych trwałych wartości.

Misiek dał mi wręcz do zrozumienia, że na przykład „Dziady” czy „Balladyna” to pożałowania godne relikty zapomnianej przeszłości,  oraz że nieporównywalnie bardziej wzbogaca go intelektualnie najnowszy „National Geographic” czy też ósma część „Zwiadowców”.

– Ależ, moi drodzy, bez lekcji polskiego wasze życie byłoby znacznie uboższe – zaprotestowałam słabo. Ponieważ jedną z moich wstydliwych tajemnic jest fakt, że ja uwielbiałam szkolne lektury, może z wyjątkiem „Nad Niemnem”, „Na jagody” i „Tego obcego”. A już cały romantyzm łykałam szeroko otwartym dziobem. I pojąć nie mogę, że ich to nie rusza.

– Spróbujcie zrozumieć, że te znienawidzone lektury dają wam kontekst kulturowy, niezbędny do prawidłowego odbioru wielu aspektów życia społecznego –

– Eeeee? –

Okazało się, że mimo wszystko zrozumiały. A przynajmniej potrafią zastosować w praktyce.

Tego samego wieczoru odpytywałam Miśka do klasówki z polskiego. Lola siedziała ze mną, bo wie, że takie odpytywanie  zazwyczaj kończy się HISTORIAMI, czyli barwnymi interpretacjami na temat, żeby pierworodny łatwiej przyswoił nudne treści. Okazało się, że historię Kaina i Abla zamieniłam na tak ekscytujący kryminał psychologiczny, że obydwoje domagali się dalszego ciągu.

Następnego dnia usiłowałam zlokalizować Miśka, który zwyczajowo przepadł w porze odrabiania lekcji.

-Lola, widziałaś go gdzieś? Nie mówił ci, że wychodzi? –

– Czyż jestem stróżem brata mego? – odpowiedziała melancholijnie Lola, pięknie wpasowując się w kontekst kulturowy….

siedem faktów

Nie oprę się sugestii Anutek i zapodam siedem mniej znanych faktów z mojego długiego życia. Kto chce, może się już ze mnie nabijać.

1. Mam przypadłość, która podobno nazywa się prozopagnozją. Jestem ogranicznie niezdolna do rozpoznawania twarzy. Dlatego w moim przypadku tekst: a wiesz, spotkałam pediatrę Miśka, który go leczył trzy lata temu – nie ma racji bytu. Nawet jak spotkam, nie będę wiedziała, że to on. Moje pierwsze tygodnie w telewizji były traumą. Nie miałam pojęcia, czy facet, którego mijam w korytarzu, jest moim wczoraj przedstawionym mi dyrektorem, gościem z okienka czy kolegą z pokoju. Dlatego mam ogólny nawyk mówienia „dzień dobry”absolutnie wszystkim. Czasem budzę tym lekkie zdziwienie i zakłopotanie.

2. Kiedy prowadzę samochód, bez przerwy gadam. Śpiewam to, co leci w radio, komentuję zachowania kierowców, przepowiadam sobie listę spraw do załatwienia. Jeśli zobaczycie kiedyś za kierownicą kogoś bez przerwy kłapiącego dziobem, to mogę być ja.

3. Jestem prawdopodobnie jedną z niewielu osób, nie pochodzących z terenów wiejskich, która wie, co to jest stanowienie klaczy i jakich warunków wymaga zimny wychów cieląt. Podczas bardzo nudnych wakacji przeczytałam trzy razy od deski do deski podręcznik zootechniki.  Znam nawet skład najlepszych mieszanek do karmienia kurcząt.

4. Potrafię potwornie przeklinać. Ze swadą, płynnie i tak soczyście, że żule spod budki z piwem pokłoniliby się w pas. Ale robię to rzadko i w samotności. Sama nie wiem, gdzie się tego nauczyłam, gdyż albowiem pochodzę z całkiem porządnej rodziny.

5. Mam zerową orientację w terenie. W centrum handlowym wystarczy obrócić mnie dwa razy w kółko i już jestem, całkiem dosłownie, zgubiona. Co się z tym wiąże, nie umiem czytać mapy i nigdy się nie nauczę, bo mam tak jakby drobny problem z kierunkami. No dobra, muszę sobie mapę obracać, żeby się połapać, w jakim kierunku jechać. Żałosne…

6.Kiedy byłam chora na półpaśca, przeczytałam piętnaście powieści Kraszewskiego pod rząd. Matka mi chowała kolejne tomy, bo twierdziła, że mi temperatura od tego skacze, a ja czytałam męczeńsko. Po „Złotym Jasieńku” wyzdrowiałam. Chyba w samoobronie.

7. We wczesnej młodości miałam dziwne upodobania kulinarne. Jadłam dżdżownice, piasek, robaczywe jabłka, podejrzane jagódki i trawę. Teraz ograniczam się  trochę, ale zdarza mi się żuć trawę i tarninę z krzaków, tak dla podtrzymania tradycji.

Miłosiernie nie wskazuję nikogo, żeby też się wił pod pręgierzem opinii publicznej. Trochę mi wstyd, ale co tam, do gorszych rzeczy już się przyznawałam…

fazy nieregularnymi są

– Mmm, jakie ty masz cudowne, lodowate ręce. I stopy – mąż z zadowoleniem międolił na kanapie moje odnóża i odręcza, istotnie zimne, jak zwykle –  to naprawdę wciąga, mógłbym tak godzinami –

Przez chwilę pielęgnowałam w głowie wizję. Mój mąż wyciąga z kuchennej zamrażarki moje odcięte kończyny i mizia je z lubością, podczas gdy reszta korpusu spoczywa na dnie zamrażarki, ofioliowana i opisana jako „zbędne resztki”. Ciekawy fetysz, nieprawdaż?

To wszystko dlatego, że ja się szybko nudzę. Mąż twierdzi, że krew dopływa mi do stawów kolanowych i łokciowych, po czym powraca znudzona, bo dalej jej się nie chce. Niewykluczone, że ma rację, skoro nawet banany kupuję krótkie, bo długie nudzą mi się w połowie.

Żyję fazami. Fazy trwają krócej lub dłużej, ale zawsze znikają. Był taki moment w moim życiu, jakieś pół roku, kiedy nie położyłam się spać, zanim nie wtarłam w paznokcie Dermosanu. Przeszło nagle i zniknęło na zawsze. Jakiś czas temu miałam fazę na sałatę. Lodową, z octem balsamicznym. Uu, to była naprawdę ostra faza. Codziennie pożerałam dwie, trzy główki, a na głodzie byłam w stanie przemierzyć kilometry, żeby tylko dopaść przysmak. Pewnego dnia wzięłam do ręki główkę sałaty, odłożyłam ją i od tej pory nie tknęłam sałaty lodowej. Never.

Faza na bloga trwa już dwa i pół roku. To bardzo długa faza, jak na mnie. Musiałam się trochę, wiecie, odfazować.

Rzuciłam się głową do przodu w wiosnę. To pierwszy marzec od lat, którego nie spędzam za biurkiem ani z niemowlęciem u cycka. Żyję tak bardzo realnie, że nie mam już energii na nic innego.

Codziennie dzieje się coś nowego. Lulu upolowała trznadla.  Misiek międoli Balladynę. Loli urodziło się dziecko, w Simsach na szczęście, więc jestem wirtualną babcią. Odchudzam się za pomocą jogurtu i pokrzywy. Jeżdżę kilometrami na rowerze. Pełzam po ogrodzie, szukając kiełków i pączków.

Ale obiecuję, że wrócę. I będę bardziej regularna niż mój listonosz. A właściwie…Dlaczego jeszcze nie przyniósł mi paczki z książkami?! Miała być w poniedziałek, moja paczunia z książeczkami wytęsknionymi? No dobrze. W takim razie będę bardziej regularna niż cykl miesiączkowy na pigułce. Słowo.

 

Obcy wśród nas

Pamiętacie „Inwazję pożeraczy ciał”? Jeśli w ciałach ludzi naprawdę ukrywają się Obcy, jeden na pewno zasiedla zadbaną i schludną postać nauczycielki Loli. Wczoraj po raz kolejny uderzyło mnie to, jak nieswojo się czuję w jej obecności, jakby należała do zupełnie innego gatunku. I WCALE nie dlatego, że zawsze wygląda tak, jakby nawet wicher nie śmiał tknąć loczka na jej głowie, a jej ubranie nie podlega prawom fizyki i w nienagannych plisach układa się na zgrabnej sylwetce. Jest uprzedzająco grzeczna, hiperpoprawna, subtelna i maksymalnie przerażająca.

W połowie zebrania rozejrzałam się dookoła i odkryłam, że stadko rodziców, zgarbionych niekomfortowo w malutkich ławkach, wpatruje się w panią wychowawczynię  szeroko otwartymi oczami, jak króliki złapane w światłach reflektorów. A myślałam, że tylko ja tak mam.

Ciekawe, czy inni też wychodzą z tych zebrań na miękkich nogach, a w domu szczelnie zasłaniają okna i owijają się kocem, szukając potwierdzenia swego człowieczeństwa w prostych domowych czynnościach?

Najgorsze jest to, że celne riposty przychodzą mi do głowy dopiero w domu. Pani zażądała na przykład, żebyśmy „sprawdzali dzieciaczkom ćwiczeniówki i poprawiali błędy, jakie robią”, gdyż albowiem „nie może tak być, że dzieciaczki przynoszą do szkoły prace domowe z błędami”.

Hipnotycznie wpatrzona i wpasowana w mikrokrzesełko, niezdolna byłam do prostej konstatacji, jaka naszła mnie natychmiast po wyjściu – praca domowa powinna być sposobem sprawdzenia umiejętności ucznia, a nie jego rodziców, i błędy są doskonałym miernikiem opanowanie tychże umiejętności. Ergo, poprawiając „dzieciaczkowi” pracę domową, pozbawiam nauczycielkę możliwości oceny postępów ucznia i ewentualnych problemów.

No, ale do tak wyrafinowanych polemik nie jestem zdolna, stając twarzą w twarz z panią N. Może znajdę gdzieś treningi kontaktów intergalaktycznych, które pozwolą mi na przezwyciężenie naturalnego odruchu ucieczki i pozwolą nawiązać jakiś cywilizowany dialog? Zanim moja córka skończy trzecią klasę z przekonaniem, że musi być perfekcyjna, a błąd jest najgorszym grzechem?