podciąganie pępka

Która to mi polecała pilates? Niech mi teraz zakwasy wymasuje! WSZYSTKO  mnie boli!

Nawet nie wiedziałam, że mój organizm jest wyposażony w takie mięśnie, które teraz bolesnie popiskują przy każdym ruchu, skarżąc się na gwałt, jaki im zadałam.

– I ciągniemy pępek do góry, ciągniemyyyyy –

Za kolejną identyczną komendą mój znękany umysł zaczął produkować wizje  pępka przekłutego metalowym kółeczkiem, które to kółeczko zgrabnie podpinam na łańcuszku i podciągam rytmicznie wraz z okolicznym ciałem ku satysfakcji trenerki….

Ale po ostatniej kompromitacji fizjoterapeutycznej musiałam, no naprawdę musiałam coś ze sobą zrobić.

Pan fizjoterapeuta (wspominałam, że jest młody i przystojny? nie? no bo jest szalenie) położył dłoń na moich powłokach brzusznych i zachęcająco powiedział – a teraz niech pani spróbuje wypchnąć mięśniami brzucha moją rękę do góry –

Napięłam się, nadęłam, wypchnęłam..chyba. Bo pan fizjoterapeuta nie zmieniając zachęcającego wyrazu twarzy wciąż patrzył z oczekiwaniem.

– Trochę słabo, co? – zagaiłam nieśmiało

– Aaaa – uśmiech spełzł z twarzy fizjoterapeuty – to pani już? –

– Noo, już. Ale mogę jeszcze – dzielnie uaktywniłam tajemnicze zaoblenia w rejonie żołądka (jestem pewna, że to mięśnie, bezwzględnie) raz jeszcze.

– Cóż – fizjoterapeuta z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądał się okolicom mojego pępka – z pewnością ma pani gdzieś tu mięśnie. Każdy człowiek ma. Po prostu trzeba będzie je znaleźć –

I tak wkroczyłam na mroczną ścieżkę aktywności ruchowej….

Podobno mija po trzecim razie. Przynajmniej ból, bo zażenowanie z powodu nieumiejętności podciągania pępka z pewnością będzie mnie prześladować o wiele dłużej.

 

odnowa (ideologiczno towarzyska)

Recepta na perfekcyjny sernik:

– O cholera, ser w kubełku mi się przeterminował! Może by go jakoś wykorzystać? A co tu robią te wysuszone na wiór ciasteczka zbożowe? Wyrzucić szkoda. I cytrynę muszę zreanimować, zanim zamieni się w nieprzekrajalną skorupkę –

Sernik cytrynowy wyszedł i-de-al-ny!

Sernik i godzinne odśnieżanie ścieżek przywróciły mi chęć do życia. Uwierzyłam też w swoje talenty interpersonalne. Odbyłam w weekend spotkanie towarzyskie, dzięki któremu zdecydowanie poszerzyłam swoje horyzonty i krąg znajomych.

Wspominałam już, że niemal wszystkie moje sąsiadki i przyjaciółki są niezwykle zaangażowane w życie religijno – parafialne? O dziwo, mimo moich nieco odmiennych i beztrosko wygłaszanych poglądów,  lubią mnie, chociaż traktują z łagodną pobłażliwością, należną starcom, niezrównoważonym psychicznie czy też kapryśnym dwulatkom.

W duchu chrześcijańskiej tolerancji zostałam zaproszona na comiesięczny wieczorek bogobojnych niewiast okolicznych. Widziałam, że moja sąsiadka nieco się trwożyła, czy nie wyskoczę z jakimś nieprawomyśnym tekstem, bo jednak większości zaproszonych pań nie znałam.

Niesłusznie jednak we mnie wątpiła. Potrafię być grzeczna, nie siorbię,  nie propaguję haseł Przystanku Woodstock ani nie opowiadam publicznie o swoim życiu intymnym i procesach fizjologicznych.

Przyznaję, że wieczorek  pod hasłem „moje ulubione lektury” przyprawił mnie o atak paniki jeszcze przed wyjściem z domu. Okazało się bowiem, że pomimo posiadania wielu metrów bieżących książek, trudno mi znaleźć takie, które byłby do zaakceptowania dla osób, powiedzmy, o nieco odmiennym światopoglądzie.

Mozolnie wygrzebałam Shirley Jackson i dumnie pomaszerowałam na spotkanie. Ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że nadal były to najbardziej figlarne i wywrotowe pozycje z przedstawianych. Trudno było mi konkurować z biografią węgierskiego świętego, japońskiego męczennika (albo na odwrót, pogubiłam się), rozprawami religijnymi i traktatami mężów Kościoła.

 Rozejrzałam się. Wszystkie zgromadzone damy miały na stanie, jak się zorientowałam, co najmniej trójkę dzieci.  Domy z ogródkiem. Długo pracujących mężów. Część pracę zawodową. I słowo daję – one twierdziły, że to są ich ulubione lektury do poduszki! Poczułam się zażenowana moim poziomem intelektualnym i ostatnio czytanym do poduszki erotycznym fantasy.

Złożyłam sobie w duchu uroczyste przyrzeczenie, że przeczytam w styczniu coś natchnionego, poważnego i rozwijającego duchowo. Macie jakieś propozycje? Bo mi nie wpada do głowy nic poza „Kwiatkami świętego Franciszka” (o tych męczennikach wolałabym nie, strasznie ponure mieli życie).

Acha, dla zainteresowanych – wtopy towarzysko światopoglądowej nie było. No może ociupinkę, kiedy rozkręciłam się i zaczęłam opowiadać o ekranizacji „Nawiedzonego”. No i kiedy nie wiedziałam, kiedy zaczyna się Wielki Post. I kim była Joanna Beretta Molla.

Ale mąż też nie wiedział! Poskarżyłam mu się na kompromitację, a on niefrasobliwie spytał, czy Beretta miała coś wspólnego z produkcją broni…

Za miesiąc następne spotkanie. Zamierzam iść. Naprawdę. Jestem w szoku. I już wiem, co będę robić na szydełku w Turcji. Berecik moherowy:-)

wrr

Jestem zła. Wszystko mnie uwiera i gryzie, w sensie metaforycznym, chociaż mój sweterek też zaczyna mnie irytować swoją wełnianą obecnością.

Najchętniej owinęłabym się kocem i w absolutnym bezruchu i ciszy spędziła najbliższe dni.

Nawet obejrzany przeze mnie wczoraj Moby Dick w wersji współczesnej horrorowej nie ukoił mojego bólu istnienia. Chociaz przyznaję, że sceny, kiedy wielki plastikowy wieloryb kłapiąc niesłychanie zębatą paszczą (zębatą? wieloryb? a fiszbiny jak się pytam to z czego? z jelitek?) wyskoczył na brzeg goniąc Ahaba, wywołały na mojej twarzy chwilowy uśmiech.

Nie mogę spać. Jeść mogę, chociaż zastanawiam się, jak posłuży mi dieta złożona z góry warzyw i takiej samej góry ciastek. Może jakoś się zbilansuje  w ogólnym rozliczeniu.

W nocy leżę i myślę o tym, co bym zrobiła, gdybym była (tu wstawiamy dowolnie) normalna, zdyscyplinowana, ogarnięta i sensowna.

Rano wstaję i roztaczam atmosferę wkurwu na najbliższe otoczenie. Mąż wczoraj odkrył, że „jakoś niemiło w tym domu”. Połapał się! Po trzech dniach mojego zgrzytania zębami!

Mąż też mnie denerwuje. Nalega mianowicie, żebyśmy wyjechali na weekend majowy do jakiegoś hotelu „żeby było ciepło i żebym nie musiała nic robić”. Jako żywo, oszaleję. W zeszłym roku z Sopocie przynajmniej miałam zajęcie. Z wiatrem walczyłam, owijałam dzieci przed deszczem i jakoś to szło. Co ja zrobię w takiej powiedzmy Turcji?? Będę paliła sziszę i topiła piasek na szkło siłą woli? Czy dziergała bikini na szydełku?

Jakie zresztą bikini, skoro siłownia na razie widnieje na horyzoncie jak fatamorgana na pustyni. Nie jestem w stanie nawet wyjść do sklepu po bułki, a co dopiero taka wyprawa!

Zdiagnozowałam sobie ostry przypadek nicmisięniechcenia.  Jakbym tak wzięła wreszcie dupę w troki i coś pożytecznego zrobiła, to by mi przeszło (tak sobie powtarzam codziennie o trzeciej nad ranem, ale rano mi przechodzi, bo jestem niewyspana).

Nie mam pracy. Sensownej. Nie mam figury. Bikiniowej. Moje dzieci rosną i juz mnie nie potrzebują. Wcale. Mąż mnie rozpieszcza, a ja na to nie zasługuję. Nie wysłałam smsa do koleżanki, ergo, nie dbam o relacje międzyludzkie. A koty kładą się stole, bo nie umiem ich wychować. I stłukłam talerzyk, niezdara.

Poskamlałam i potarzałam się w bólu istnienia. Domyślam się, że wam jest teraz gorzej, ale wiecie co? Mnie jakby lepiej. Dziękuję.

czytam pospiesznie

– Sukces ma wielu ojców – zakończyłam sentencjonalnie jakąś dyskusję z mężem, już nie pamiętam, na jaki temat.

– Czyli ja nie jestem sukcesem? – zatrwożyła się Lola patrząc na nas żałośnie….

Chwilami zapominam, że ona bywa zbyt dosłowna. A Misiek doprawdy bywa zbyt zasadniczy.

– Dzisiaj będziemy odmieniać słowo „dziękuję” przez wszystkie przypadki –  oznajmiła promiennie prezenterka na Gali Mistrzów Sportu. Słowo daję, przez dłuższą chwilę nie mogliśmy załapać, czemu Misiek tak się zarykuje ze śmiechu…- Ciekawe, jak ona chce  odmienić czasownik przez przypadki – wyjęczał wreszcie Misiek. No tak, w sumie…

Ale ja nie o tym chciałam. Ostatnio przyspawało mnie do książek. Już mi się oczy robią czerwone jak u królika, ale weszłam w ciąg i nie mogę przestać.

Donoszę z pewnym zadziwieniem, że ta nowa książka Rowling, „Trafny wybór”, jest naprawdę dobra. To znaczy pierwszą połowę czytałam z rosnącą frustracją, bo zdawała się być potwornie rozwlekłą ekspozycją bohaterów, a jednak tak napisaną, że mimowolnie podziwiałam styl. Ale druga połowa wbija w fotel i wciąż jest napisana pięknie. Szacun, jak słowo daję.

Połknęłam „Fabrykantkę aniołków” Lackberg, bez zaskoczenia, bo trzyma poziom jak zwykle. Bardzo lubię jej książki, ma dziewczyna oko do smakowitych szczegółów.

Zmęczyłam „Ostatnią noc w Twisted River” Irvinga. To już nie to, co „Świat według Garpa”, ale lojalnie dobrnęłam do końca.

Przeczytaliśmy na zmianę z Miśkiem, wyrywając sobie z rąk, kilka staroci kryminalnych typu Agatha Christie.

Przypomniałam sobie „Życie Pi”, żeby mieć na świeżo przed filmem. Pamiętam, z jakim zaskoczeniem kiedyś odkrywałam, że dzieło noblisty, którym jak zwykle obdarzył mnie ufnie mąż, okazało się rewelacyjne w czytaniu.

Jeszcze czeka mnie „Kocia kołyska” Vonneguta i „Walka kotów” Mendozy i chyba przystopuję na moment, zanim dostanę zapalenia spojówek.

Czas zmienić swoje życie. Wybieram się na siłownię.

To znaczy raz już byłam. Rozeznałam drogę. Obejrzałam salę i trenera. Wypytałam panią w recepcji o szczegóły finansowe. Ale kiedy pani spytała, czy teraz już idę się przebrać, prychnęłam oburzona – Żartuje pani? Ja już się zmęczyłam tym sprawdzaniem. Na dzisiaj wystarczy –

Teraz zbieram siły, żeby znaleźć buty i koszulkę. Na jutro planuję spakowanie butów treningowych. Do piątku powinno mi się udać podjechanie w okolice siłowni. A potem zobaczymy. Może nawet się przebiorę?

Motylica sieje grozę

Nie lubię niespodzianek. W życiu znaczy. Nie dla mnie romantyczne wypady w nieznane i prezenty z niespodzianką. Propozycja – wyjedźmy gdzieś, ale gdzie, dowiesz się na miejscu – doprowadza mnie do rozstroju nerwowego, a wieczorne wyjście w nieznane przyprawia o atak furii.

Za to kocham niespodzianki telewizyjne. Nie czytam programu. Wolę wieczorem owinąć się w koc i klikać w pilota w nadziei na odkrycie jakiegoś filmowego Graala.

Niedawno udało mi się w ten sposób obejrzeć „Dziewczynę w czerwonej pelerynie” prawie od początku. Smakowita interpretacja „Czerwonego Kapturka” dla dorosłych.

A wczoraj szczęśliwa jak norka obejrzałam genialny horror klasy co najmniej F, „Larwa”.

Włączyłam w momencie, kiedy młody piękny biolog tłumaczył opornym mieszkańcom miasteczka, że w wodzie czai się zło i został bezlitośnie wyśmiany. Aha! Już wiedziałam, jak to się skończy,ale byłam strasznie ciekawa, co takiego się czai.

Coś się wykluło wprost z jelit jednego z bohaterów, cierpiącego na szpitalnym łóżku, i poczułam przyjemny dreszczyk. Obcy?

Wszyscy biegali z bronią po szpitalu i strzelali. Fajnie. Krew bryzgała i ciekła po kanałach wentylacyjnych. Może być, ale i tak czułam się coraz bardziej zaintrygowana, cóż to za stworzenie sieje taką grozę.

No i się dowiedziałam. I osłabłam. Mianowicie rzeź i zniszczenie siała zmutowana motylica wątrobowa.  Wyglądająca jak żylasty nietoperz unurzany w olejku do opalania. Wykluwała się, po czym sprytnie zaczajając się na mieszkańców, wysysała z nich…no nie wiem, co? Wątrobę chyba?

Od momentu, kiedy wredna motylica wywlokła przez okno krzepkiego dziesięciolatka i dyskretnie osłaniając się skrzydłami, spożyła go pod drzewkiem, chichotałam niekontrolowanie aż do wielkiego finału, kiedy stado pasożytów eksplodowało z wielkim hukiem, siejąc strzępy skrzydełek.

Szczerze wdzięczna scenarzystom za przednią rozrywkę, jakiej mi dostarczyli, oddałam się rozważaniom, co mogłoby być następne w kolejce? Złowieszczy tasiemiec w rurach kanalizacyjnych? Bezlitosne owsiki czające się w niepranej bieliźnie? A może genetycznie zmodyfiowane nicienie, wplatające się podstępnie we włosy?

Telewizja pełni jednak doniosłą rolę edukacyjną. I zgodnie z obietnicami, dostarcza wysokiej klasy rozrywki. Niech żyje TV!

 

 

definicja romansu

– Paznokcie mi się rozdwajają – zwierzyłam się mężowi intymnie

– To chyba dobrze – odpowiedział mąż nieuważnie – będziesz ich miała dwa razy więcej.

Czasami trudno mi nadążyć za meandrami męskiej logiki.

Po ponurych obserwacjach, jakie ostatnio poczyniłam wśród znajomych, postanowiłam uściślić pewne kwestie, żeby nie padły cieniem na nasze udane stadło. Niestety, zaczęłam je uściślać w samochodzie  w ruchu miejskim, co sprawiło, że mąż miał uwagę nieco rozproszoną.

– Bo wiesz, jakbyś tak na wyjeździe integracyjnym za bardzo zintegrował się z koleżanką z działu sprzedaży, ale następnego dnia byłoby ci głupio i przykro, to ja wolałabym nie wiedzieć. Co się mam denerwować –

– Super – ucieszył się dość głupio mąż – podoba mi się twój tok myślenia –

– Ale – ciągnęłam złowieszczo – gdybyś po dwóch latach uznał, że już czas, żeby podzielić się mną informacją o długoterminowej integracji z koleżanką z działu sprzedaży, która to integracja obejmuje wspólne wyjazdy do Kazimierza, romantyczne kolacje i dzieciątko w wieku niemowlęcym, to cię zabiję. Powoli i boleśnie –  

 – No dobra – zgodził się mąż z ociąganiem – ale teraz  nie wiem, kiedy powinienem ci się przyznać –

Faceci są NAPRAWDĘ dziwni.

– Na przykład wtedy, kiedy dziesięć razy z rzędu mówisz mi, że jedziesz na służbową kolację albo delegację do Pułtuska – wyjaśniłam cierpliwie – a w tym czasie rozwijasz intymną znajomość z tą koleżanką –

– Rany, ale jak ja naprawdę mam służbową kolację! Zresztą ja już nie wiem, kiedy ci mam  powiedzieć o tym hipotetycznym romansie – obruszył się  mąż – Poza tym za dobrze cię znam. Kiedykolwiek bym nie powiedział, i tak znajdę walizki pod drzwiami godzinę później. Mowy nie ma, żebym się przyznał –

Teraz to zaczęłam się nieco martwić. A chciałam tylko wyznaczyć granice…Pociesza mnie fakt, że mąż jest stanowczo zbyt roztargniony na prowadzenie podwójnego życia, więc może jednak nie będę musiała go zabijać? Zasadniczo go lubię i przyzwyczaiłam się już do niego. Poza tym mamy niewiele walizek, więc zanim spakuję wszystkie jego garnitury, to zostanie mi co najwyżej torba z uszami na podróże.

 

piórka w zielonej trawie

Jaaasno mi. Słońce świeci. Trawa zielona i generalnie mam ochotę zacząć robić wydmuszki.

Ale święta szczęśliwie za nami. Można powyjadać resztki z lodówki i zająć się normalnym życiem. Poniekąd. Bo znowu muszę szukać prezentu dla męża. On mnie naprawdę irytuje! Poszliśmy na Wigilię do rodziców. Wracamy, a pod choinką dodatkowe prezenty. Taki rozkoszny mikołajowy psikus. W związku z faktem, że i ja wygrzebałam spod drzewka kolczyki – cuuudne, rany, jakie piękne, niech mu  będzie – ale w związku z tym musiałam pod tęż (tąż??) choinkę podrzucić w ramach rewanżu starannie zachomikowany prezent urodzinowy dla małżonka.

I moja satysfakcja poszła się gonić, bo znowu muszę kombinować, co by tu wymyślić, żeby mąż nie czuł się poszkodowany. A obiecałam sobie, że się postaram, bo on ma i tak  przerąbane. Urodził się nieszczęśnik pierwszego stycznia, więc zazwyczaj nie ma komu pamiętać. Wszyscy pijani albo na kacu. Taki los.

Ptaszki za oknem mają karmniczek. Właściwie to całą knajpę, tylko bez wyszynku, bo nie wiem, czy mogę podawać skrzydlatym procenty. Ale jest kolekcja słoninek, kul z ziarenkami, a dla kosów pokrojone jabłka i nasionka na ziemi.

Wszyscy mają uciechę. My się gapimy na ptaszki, ptaszki jedzą słoninkę, a koty jedzą ptaszki.

A w ogródku fruwają piórka…Uroczo i sielsko, jak scena z Lyncha…

Dobra, ja tu pitu pitu o niczym, a o prezencie myśleć trzeba. Jadę szukać, chociaż na razie nie wiem, czego konkretnie. Może mnie natchnie po drodze.

 

konsumpcja czasu

Od kilku dni budzę się codziennie z bardzo intensywnie wyrytym w mózgu słowem, które najwyraźniej bezwiednie międlę we śnie. Zaczęło się od Tosa Inu (sprawdziłam, rasa psa), przeszło przez Lędźwie (no co, ładne słowo, bez podtekstów), Viburcol (no tutaj to się poddaję..), a dzisiaj obudziłam się, mamrocząc Seromak.

To akurat rozumiem, bo jestem w fazie rozważań teoretycznych, co upiec na święta. Nie wiem tylko, dlaczego mama, kiedy zaproponowałam jej zrobienie tortu orzechowego, posmutniała i zasugerowała, że może jednak ona to zrobi. To skandaliczny brak wiary w moje umiejętności. To, że ostatnio wychodzą mi same zakalce, jeszcze o niczym nie świadczy.  Najwyżej się zmarnuje te pół kilo orzechów, kostka masła i 10 jajek…aaaa, zaczynam ją rozumieć!

Jak zwykle, po chwilowym porywie gospodarskim, przyszedł marazm. Nie mogę patrzeć na odkurzacz i mam mdłości na widok szmaty. Zamiast sprzątać, oglądam telewizję. Odkryłam, że szalenie podoba mi się reklama Oreo (nie jesteś gotowy, tatusiu) i że dostaję piany na pysku, widząc reklamę, eee, nie wiem, czego. Ale to ta, gdzie tatuś beztrosko odpowiada „nie wiem”, kiedy dziecko czyta mu listę składników na opakowaniu. Albo lewus, któremu nie chce się wysilić, żeby rozwijać dzieciaka, albo totalny przygłup. Ostatecznie, kiedy moje dzieci pytają, co to ekstasy albo maniok, jestem w stanie im to wyjaśnić, chociaż nie zdarzyło mi się spożyć żadnej z tych rzeczy.

A W OGÓLE TO RYTUALNIE, BO JESZCZE NIE BYŁO W TYM ROKU – NIENAWIDZĘ ŚNIEGU.

  I zimy, i szalików. I mokrej podłogi i butów, których nie wystarczy wsunąć na gołą stopę.  I kotów, które dostają świra i wchodzą i wychodzą co pięć minut, bo nie wiedzą, co robić.  Sytuację ratuje tylko czapka. Pierwsza w moim życiu, w której wyglądam ładnie. Mogłabym jej nie zdejmować nawet w domu, ale mąż natarczywie grzeje.

Dziękuję państwu za wspólną konsumpcję czasu, jak powiedział wczoraj prezenter w radio.

 

porażki dnia codziennego

Po raz pięćsetny usiłuję wyrzucić moją Odrażającą Kurtkę. Za duża o dwa numery, piętnastoletnia z okładem, sprana, rozwleczona, zacerowana przy rękawach. Na poziomie racjonalnym wiem, jak w niej wyglądam (błe) i wiem, co o niej sądzi mąż (potrójne błe i grymas wstrętu). Ale na poziomie emocjonalnym się nie da i już.  Natychmiast dostaję skurczu ręki, zaczynam hiperwentylować i wpadam w ostry stan lękowy. Czy ktoś mi to wytłumaczy?

To porażka numer jeden. Porażka numer dwa to kawa. Wróciłam po dwóch miesiącach, bo moje poczucie krzywdy nie pozwalało mi normalnie funkcjonować. Nie jem mięsa, bez bólu. Nie jem chleba, makaronu ani ryżu – daję radę.Nie jem nabiału – z pewnym smutkiem, ale bez mleka lepiej się czuję. Słodycze w ilościach homeopatycznych (jak na mnie) – ciężko, ale trzymam się w ryzach.

Ale bez kawy jest mi smutno i źle. Jednej na dzień (no dobra, czasem dwóch), malutkiej, bez cukru i mleka. Prawda, że kawa jest ważnym elementem zbilansowanej diety?

Porażka numer trzy to mój kręgosłup. Pan fizjoterapeuta patrzył na mnie wczoraj z taka miną, jaką miałam nadzieję nie oglądać na twarzy faceta przed skończeniem osiemdziesiątki. Zdiagnozował mi na tym niewielkim w końcu elemencie anatomii ze dwadzieścia odchyleń i łagodnie oznajmił, że będziemy się często widywać. Chyba pójdę do fryzjera i kupię sobie w końcu coś nowego, żeby zatrzeć kiepskie pierwsze wrażenie.

A, no właśnie. Porażka czwarta. Obiecałam sobie wreszcie kupić jakiś fajny ciuch, zwłaszcza, że mam chwilowy przypływ gotówki. Weszłam do centrum z mocnym postanowieniem kupienia sobie płaszczyka, albo chociażby sweterka. Wyszłam z karmą dla kotów, książką dla Loli i welurowym kocem. Dla siebie nabyłam sok marchewkowy i skarpetki. Ale jak ja mam sobie cokolwiek kupić? Oglądam rozwleczoną dzianinę poliestrową w kształcie swetra (po przecenie 60 zeta), macam płaszczyk, już na tym etapie zmechacony i obleziony kłakami (promocja 50% – 300 złotych) i zamieram w oburzeniu. Ja mam chyba protestancką duszę i etos pracy. Jak przeliczam koszt tych szmat na moją wielogodzinną pisaninę, to aż mi coś bulgocze w środku. Od dłuższego czasu nie jestem w stanie kupić sobie niczego, co miałoby sensowny przelicznik ceny do jakości. Poza szmateksem.

Czy ja wybrzydzam? Czy też macie wrażenie, że jakoś tak słabawo w sklepach? (chociaż przyznać należy, że chadzam wyłącznie do sieciówek i sklepów w najlepszym razie średniopółkowych, bo  w tych droższych poziom mojego wnerwu jeszcze rośnie)

Nastolatek – wstępny szkic tematu

Na prośbę Mateszalki przybliżam temat, mając nadzieję, że mój syn tego nie przeczyta…..

Nastolatek to temat trudny dla każdego rodzica, który posiadał/posiada na stanie potomka w wieku 13 – 17 lat.  Człowiek powoli adaptuje się do zmian. Dlatego, wciąż mając w pamięci to słodkie, jedwabiste stworzonko, trzymające cię za rękę nieco lepiącą się łapką, wzdrygasz się, znienacka napotykając mroczne spojrzenie włochatej, ogromnej istoty o potężnych stopach i niepojętych dla ciebie procesach myślowych. No, może to lepienie łapek się nie zmieniło, ale to już nie to samo, nie to samo….

emocje

Nastolatek jest skomplikowanym nawet dla siebie samego zjawiskiem. Rano przy śniadaniu gawędzi z tobą przyjaźnie, mówi „mamusiu” i grzecznie maszeruje do szkoły. Wieczorem, po uwadze, żeby odłożył buty, trzaska drzwiami, zatapia się w obrażonym milczeniu, albo co gorsza, mamrocze obraźliwie pod nosem. Rodzicielskie pogadanki gasi krótkim „dojrzewam, mam prawo się wściekać”. Czasem uczciwie przyznaje  „sam nie wiem, czemu krzyczę”. Ale zazwyczaj generuje w rodzicu gigantyczne poczucie winy, a jest w tym mistrzem. Rodzic siedzi i duma „gdzie popełniłem błąd?”, „niepotrzebnie pytałam o te lekcje”, „to jakaś porażka wychowawcza, ale może przy drugim się poprawię”. No, a czasem ma ochotę zakopać nastolatka w ogródku po szyję i wsadzić mu na głowę gniazdo szerszeni. Tylko, że pół godziny później odzyskuje swoje cudowne, mądre, kochające dziecko i nie rozumie, skąd mu przyszły do głowy takie krwiożercze plany.

żywienie

Nastolatek spokojnie może przejeść połowę budżetu przeciętnej rodziny. Kilogram karkówki minus trzy plasterki dla reszty rodziny. Pół chleba. Miskę jabłek i tyle samo paluszków hurtem. Pół paczki płatków. Konsumuje przez większą część dnia i nie tyje, wzbudzając zrozumiałą zazdrość innych członków rodziny z nieco słabszą przemianą materii. Dlatego, przyszły rodzicu nastolatka, zastanów się nad systematycznym gromadzeniem oszczędności i zapasu trwałych produktów.

pielęgnacja

Nastolatek łatwo popada w skrajności. Hoduje włosy spadające na twarz, żeby ukryć pryszcze. Albo godzinami wyciska je przed lustrem (pryszcze, a nie włosy). Nie widzi potrzeby prysznica po morderczym treningu, albo obsesyjnie kąpie się trzy razy dziennie. Uwaga dla przyszłych rodziców nastolatków – najważniejszą rzeczą, jaką wszczepicie swoim maleństwom, może okazać się odnoszenie brudnych ciuchów do prania. To bezcenna umiejętność, jeśli nie lubicie zbierać przepoconych koszulek i skarpet przez gumowe rękawice!

szkoła

Trudny temat. Nastolatek, co oczywiste, ma zupełnie inną listę priorytetów, niż rodzice i nauczyciele. Ponadto w tym wieku cechuje go wybujały indywidualizm i poczucie niezrozumienia przez świat. Czuje się więc mocno skrzywdzony absurdalnymi żądaniami dorosłych, w momencie, kiedy w jego wnętrzu toczą się boje hormonalne, które po prostu nie pozwalają mu na pamiętanie o zaszycie do polskiego, jutrzejszej kartkówce czy odrobieniu lekcji. To nie jego wina – powie ci nastolatek za każdym razem – on nic o tym nie wiedział, nikt go nie uprzedził, poza tym Jacek dostał niższą ocenę, a pani się czepia. Co gorsza – on nie kłamie! No, albo kłamie, ale ty tego nie będziesz wiedzieć,bo nastolatek sztukę kłamstwa i lawirowania ma opanowaną lepiej niż niejeden polityk. Za to ze zdumieniem możesz stwierdzić, że twój rozkojarzony nastolatek perfekcyjnie pamięta daty wszystkich koncertów zespołu Mroczne Mrówki i wszystkie kody do gry, którą rozpracowuje.

dobre strony

Tak! Nastolatek bywa absolutnie cudowny. Bywa czuły i opiekuńczy, nawet w stosunku do młodszej siostry. Można z nim obejrzeć filmy dla dorosłych i pożartować na dość wysublimowanym poziomie. Można pożyczać jego bluzy, chociaż już nie buty. Nastolatek utrzymuje umysł rodzica w stanie pobudzenia, nieustannie dawkując mu wiedzę na temat aktualnej muzyki, gier, słownictwa młodzieżowego i bieżących dowcipów. Posiadanie nastolatka odmładza psychicznie i fizycznie. 

Załączam dialog sprzed kilku dni

Mąż, czytający gazetę:  O! Wiesz, Misiek, że znaleźli coś na Marsie?

Misiek, z wyraźnym ożywieniem: Trotyl?!

Ponieważ nastolatek jest nieuchronnym następstwem słodkiego przedszkolaka, przestrogi są tylko symboliczne. Każdy, kto kiedyś zdecydował się na dziecko, prędzej czy później stanie oko w oko z własnym nastolatkiem. A wtedy zachowajcie zimną krew i refleks, pielęgnujcie w pamięci przeszłe chwile z słodkim maleństwem i bądźcie wyrozumiali. Ostatecznie nawet piekło dojrzewania kiedyś się skończy, nastolatek wyjedzie na studia, a wy wreszcie będziecie mogli w jego pokoju urządzić buduar albo biblioteczkę.