porażki dnia codziennego

Po raz pięćsetny usiłuję wyrzucić moją Odrażającą Kurtkę. Za duża o dwa numery, piętnastoletnia z okładem, sprana, rozwleczona, zacerowana przy rękawach. Na poziomie racjonalnym wiem, jak w niej wyglądam (błe) i wiem, co o niej sądzi mąż (potrójne błe i grymas wstrętu). Ale na poziomie emocjonalnym się nie da i już.  Natychmiast dostaję skurczu ręki, zaczynam hiperwentylować i wpadam w ostry stan lękowy. Czy ktoś mi to wytłumaczy?

To porażka numer jeden. Porażka numer dwa to kawa. Wróciłam po dwóch miesiącach, bo moje poczucie krzywdy nie pozwalało mi normalnie funkcjonować. Nie jem mięsa, bez bólu. Nie jem chleba, makaronu ani ryżu – daję radę.Nie jem nabiału – z pewnym smutkiem, ale bez mleka lepiej się czuję. Słodycze w ilościach homeopatycznych (jak na mnie) – ciężko, ale trzymam się w ryzach.

Ale bez kawy jest mi smutno i źle. Jednej na dzień (no dobra, czasem dwóch), malutkiej, bez cukru i mleka. Prawda, że kawa jest ważnym elementem zbilansowanej diety?

Porażka numer trzy to mój kręgosłup. Pan fizjoterapeuta patrzył na mnie wczoraj z taka miną, jaką miałam nadzieję nie oglądać na twarzy faceta przed skończeniem osiemdziesiątki. Zdiagnozował mi na tym niewielkim w końcu elemencie anatomii ze dwadzieścia odchyleń i łagodnie oznajmił, że będziemy się często widywać. Chyba pójdę do fryzjera i kupię sobie w końcu coś nowego, żeby zatrzeć kiepskie pierwsze wrażenie.

A, no właśnie. Porażka czwarta. Obiecałam sobie wreszcie kupić jakiś fajny ciuch, zwłaszcza, że mam chwilowy przypływ gotówki. Weszłam do centrum z mocnym postanowieniem kupienia sobie płaszczyka, albo chociażby sweterka. Wyszłam z karmą dla kotów, książką dla Loli i welurowym kocem. Dla siebie nabyłam sok marchewkowy i skarpetki. Ale jak ja mam sobie cokolwiek kupić? Oglądam rozwleczoną dzianinę poliestrową w kształcie swetra (po przecenie 60 zeta), macam płaszczyk, już na tym etapie zmechacony i obleziony kłakami (promocja 50% – 300 złotych) i zamieram w oburzeniu. Ja mam chyba protestancką duszę i etos pracy. Jak przeliczam koszt tych szmat na moją wielogodzinną pisaninę, to aż mi coś bulgocze w środku. Od dłuższego czasu nie jestem w stanie kupić sobie niczego, co miałoby sensowny przelicznik ceny do jakości. Poza szmateksem.

Czy ja wybrzydzam? Czy też macie wrażenie, że jakoś tak słabawo w sklepach? (chociaż przyznać należy, że chadzam wyłącznie do sieciówek i sklepów w najlepszym razie średniopółkowych, bo  w tych droższych poziom mojego wnerwu jeszcze rośnie)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s