wrr

Jestem zła. Wszystko mnie uwiera i gryzie, w sensie metaforycznym, chociaż mój sweterek też zaczyna mnie irytować swoją wełnianą obecnością.

Najchętniej owinęłabym się kocem i w absolutnym bezruchu i ciszy spędziła najbliższe dni.

Nawet obejrzany przeze mnie wczoraj Moby Dick w wersji współczesnej horrorowej nie ukoił mojego bólu istnienia. Chociaz przyznaję, że sceny, kiedy wielki plastikowy wieloryb kłapiąc niesłychanie zębatą paszczą (zębatą? wieloryb? a fiszbiny jak się pytam to z czego? z jelitek?) wyskoczył na brzeg goniąc Ahaba, wywołały na mojej twarzy chwilowy uśmiech.

Nie mogę spać. Jeść mogę, chociaż zastanawiam się, jak posłuży mi dieta złożona z góry warzyw i takiej samej góry ciastek. Może jakoś się zbilansuje  w ogólnym rozliczeniu.

W nocy leżę i myślę o tym, co bym zrobiła, gdybym była (tu wstawiamy dowolnie) normalna, zdyscyplinowana, ogarnięta i sensowna.

Rano wstaję i roztaczam atmosferę wkurwu na najbliższe otoczenie. Mąż wczoraj odkrył, że „jakoś niemiło w tym domu”. Połapał się! Po trzech dniach mojego zgrzytania zębami!

Mąż też mnie denerwuje. Nalega mianowicie, żebyśmy wyjechali na weekend majowy do jakiegoś hotelu „żeby było ciepło i żebym nie musiała nic robić”. Jako żywo, oszaleję. W zeszłym roku z Sopocie przynajmniej miałam zajęcie. Z wiatrem walczyłam, owijałam dzieci przed deszczem i jakoś to szło. Co ja zrobię w takiej powiedzmy Turcji?? Będę paliła sziszę i topiła piasek na szkło siłą woli? Czy dziergała bikini na szydełku?

Jakie zresztą bikini, skoro siłownia na razie widnieje na horyzoncie jak fatamorgana na pustyni. Nie jestem w stanie nawet wyjść do sklepu po bułki, a co dopiero taka wyprawa!

Zdiagnozowałam sobie ostry przypadek nicmisięniechcenia.  Jakbym tak wzięła wreszcie dupę w troki i coś pożytecznego zrobiła, to by mi przeszło (tak sobie powtarzam codziennie o trzeciej nad ranem, ale rano mi przechodzi, bo jestem niewyspana).

Nie mam pracy. Sensownej. Nie mam figury. Bikiniowej. Moje dzieci rosną i juz mnie nie potrzebują. Wcale. Mąż mnie rozpieszcza, a ja na to nie zasługuję. Nie wysłałam smsa do koleżanki, ergo, nie dbam o relacje międzyludzkie. A koty kładą się stole, bo nie umiem ich wychować. I stłukłam talerzyk, niezdara.

Poskamlałam i potarzałam się w bólu istnienia. Domyślam się, że wam jest teraz gorzej, ale wiecie co? Mnie jakby lepiej. Dziękuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s