możliwie zwięzła relacja cz 1

 

Pierwsze amerykańskie zakupy – dżinsy i ciepłe bluzy, o których jakoś nie pomyślałam przy pakowaniu. Na zewnątrz 36 stopni, a w każdym sklepie, motelu, ba, w publicznych toaletach, temperatury iście arktyczne. Zapomniałam, że Amerykanie mają fioła na punkcie klimatyzacji. Nie rozstawaliśmy się więc ze swetrami.

Pierwszy amerykański  szok kulinarny małoletnich – mamo, czemu tu wszystko jest słodkie? Muląco słodkie lody i czekolady darowaliśmy sobie bez żalu, ale kiedy dostaliśmy słodki jak ulepek sos do sałatki, ketchup i sos barbecue, małoletni zaczęli odnosić się do kuchni amerykańskiej z pewnym dystansem. Ostatecznie mięsożerca Misiek odkrył z zachwytem całkowicie niesłodkie i bardzo smaczne steki, a Lola jadała niemal wyłącznie smażony ryż po chińsku.

Pierwszy amerykański szok kulturowy – niestety lotnisko w Nowym Jorku. Osobiście uważam (bez obrazy) że Nowy Jork, ze szczególnym uwzględnieniem lotniska i metra, po prostu cuchnie. Małoletni byli najpierw zbulwersowani, a potem niepocieszeni, że nie zobaczyli w metrze szczurów, o których im opowiadaliśmy.

Pierwszy szczery zachwyt – muzea Smithsonian w Waszyngtonie.

dinozaur

Spędziliśmy cały dzień w Muzeum Historii Naturalnej, i każdy znalazł dla siebie coś fascynującego. Lola nie chciała wyjść z pawilonu pełnego ogromnych barwnych motyli, chłopaki bawili się w dziale trzęsień ziemi i ruchów tektonicznych, a ja nie mogłam oderwać się od wystawy prezentującej pracę patomorfologów sądowych.

Po obskoczeniu klasyków stolicy, czyli Kapitolu, Białego Domu,  przeróżnych pomników i Arlington, ruszyliśmy na południe. Małoletni z umiarkowanym entuzjazmem potraktowali Savannah, może ze względu na obezwładniający upał. Ja za to z podobnym jak wiele lat temu wstrętem potraktowałam hałaśliwe, zatłoczone i tandetne Miami. W tym przypadku dla mnie „tętniące życiem” to eufemizm na „potwornie głośne i pełne ludzi”.

miami

A później było już tylko lepiej. Na Key West złapał nas tropikalny sztorm. Było efektownie, choć nieco mokro. Na Key West stoją śliczne stylowe domki, po ulicach chodzą kury z kurczętami, a ludzie wydają się nawet jak na Amerykę, bardzo zrelaksowani. Nic dziwnego, zważywszy na ilość barów. W tym podobno przesiadywał Hemingway.

 

key west

Nie mogliśmy też odpuścić podstawowego punktu programu, czyli domu Hemingwaya. Lola wprawdzie nie wiedziała, kim był Hemingway, Misiek wiedział, ale po lekturze „Starego człowieka i morza” nie pałał entuzjazmem do autora, męża z Ernestem H. łączy tylko upodobanie do cygar, a ja książek Hemingwaya nie znoszę, ale…

Dom Hemingwaya to miejsce szczególne dla miłośników kotów. Żyje tam stadko kotów, będących w prostej linii potomkami pupilków pisarza, w dodatku kotów szczególnych, bo sześciopalczastych. Rozpieszczane jak hurysy w haremie futrzaki

leniwy kot

przyjmowały awanse odwiedzających z leniwą łaskawością. Poza jednym łaciatym młodzikiem, który zapałał wielką miłością do Miśka i chodził za nim krok w krok.  Prawda, że te łapki są niesamowite?

kocie łapy

Prosto z Key West pojechaliśmy do Everglades, pełnego aligatorów i komarów. To absolutnie niesamowite miejsce. Udało nam się spełnić marzenie sprzed lat, przejażdżkę Airboat po bagnach. Rzecz jasna, kiedy tylko wypłynęliśmy, spadł tropikalny deszcz, czyli obezwładniająca gwałtownością masa wody, od której przemakają nawet kości i plomby w zębach. O, tak wyglądali nasi współtowarzysze niedoli w trakcie wysychania…

airboat

Okazało się, że taki deszcz zalewa też silnik łodzi. Co sprawiło, że stanęliśmy na środku bagien, z zalanym silnikiem, doszczętnie przemoczeni, a do łódki powoli zbliżał się sympatyczny gad z łobuzerskim błyskiem w oku.

aligator

Za ten stres zemściliśmy się później, zjadając ze smakiem nuggetsy z aligatora na lunch w pobliskiej knajpce. Lola nie uznawała za szlachetne spożywanie tak uroczych zwierzątek, za to nie mogła się doczekać, żeby je przytulić. Dla każdego coś miłego:

ali

Ale i tak najfajniejsze było samodzielne jeżdżenie po Everglades i wypatrywanie aligatorów w przydrożnych jeziorkach. Jeden był do tego stopnia interaktywny, że nazwaliśmy go Charlie i karmiliśmy słonymi paluszkami, które z godnością wciągał w szeroką paszczę. Kiedy pytamy małoletnich, co im się najbardziej podobało w Stanach, ignorują Nowy Jork, Seaworld i inne atrakcje i chórem wymieniają dzień na Everglades. Miło wiedzieć ,że mamy podobne zdanie na temat dobrej rozrywki.

Ponieważ od momentu, kiedy zaczęłam ten wpis, dwa razy wywalił mi się Internet, zmuszając mnie do katorżniczej pracy i pisania od początku, poddaję się. Zresztą, bez przesady, wam też już się chyba znudziło. Reszta jutro.

 

 

 

 

walking dead w akcji

Wróciliśmy tuż przed rozpoczęciem roku. Małoletni nieprzytomni od jetlagu poczłapali rozpoczynać nieuniknione. Mąż następnego dnia wyjechał w delegację, zostawiając mnie wśród stosów prania i spraw do pilnego załatwienia. Przez ostatnie dwa dni, rozpaczliwie usiłując przestawić się na polski rytm dobowy, miotałam się między górami brudów, złaknionymi towarzystwa kotami i koszmarną świadomością, że znienacka wakacje się skończyły. A małoletni w trybie poniekąd pilnym potrzebują plecaków, kapci, strojów na wf i innych przedziwnych elementów, o których jakoś nie pomyślałam wcześniej. Farba zlazła mi z włosów, lakier z paznokci, skóra z pleców, a opalenizna z twarzy. Wyglądam jak statysta z Walking Dead.

Muszę zapłacić szkolne ubezpieczenie, wypełnić górkę oświadczeń (tak, może wychodzić sama ze szkoły, nie, nie będzie chodzić na religię, tak, zapłacę za komitet do czerwca przyszłego roku,  nie, Misiek na religię też nie, ale na etykę owszem), muszę wreszcie się oprać do końca, posprzątać z grubsza, doprowadzić się do ładu, żeby ludzie się nie wzdrygali na mój widok, zameldować w pracy, że już jestem (cholera, a może nie?), oddać do biblioteki zaległe książki i popłacić zaległe rachunki.

Jeszcze moment, no, dwa dni – i napiszę, i wrzucę zdjęcia całkiem dzikiego aligatora, którego karmiłam paluszkami (nie swoimi i nie małoletnich, dla ścisłości), słowo skauta!

wyprawa – plan wysoce nieprecyzyjny

Nie wiem, jak małoletni to zniosą. My już przerabialiśmy podróżowanie po Stanach i wiem, że przemieszczenie się z punktu A do punktu B może potrwać ładnych parę godzin albo i dni.  Lola jest jakby mało odporna na długie trasy…

A plan mamy całkiem ambitny. Z Nowego Jorku, któremu nie zamierzamy poświęcić większej uwagi (uff, nie lubię tego miasta), przemieścimy się sprawnie (hmm, jakiś siedem godzin?) do Waszyngtonu, gdzie mamy metę w mieszkaniu znajomych. Kilka dni w stolicy pozwoli zaspokoić zarówno mój głód zakupów, jak i zwiedzania. A  kiedy już obskoczymy waszyngtońskie muzea i Kapitol, śmigamy (no, ze dwa, trzy dni to zajmie) w żar tropików. Floryda o tej porze roku ma klimat puszczy amazońskiej, ale bez przesady, skoro przeżyliśmy ostatnie upały, damy radę.

Pojedziemy wreszcie na Key West, żeby się przekonać, co jest na końcu drogi. Zbankrutujemy na Seaworld. A jak wyskrobiemy resztki kasy z portfela, jedziemy na Everglades, popływać łódką po bagnach z aligatorami. Później wystarczy nam tylko na wodę i bułki, więc zadekujemy się na plaży, żeby zbierać muszelki i smażyć się na słońcu.

No, a potem trzeba tylko wrócić do NY. Czyli ze cztery dni jazdy….

Naprawdę nie mam pojęcia, czy my się wyrobimy czasowo (o kasie dyplomatycznie nie wspominam). Ale cieszę się przeokrutnie.  Zwłaszcza, że całe wakacje przesiedziałam na tyłku w domu, pracując, i już mnie korci, żeby gdzieś ruszyć przed siebie.

 

Trzymajcie kciuki. Jak mi się uda dorwać po drodze wifi, a mąż użyczy laptopa, to będę zdawać relację.

szybkie wieści

Mąż przywiózł mi z Chin Prawie Oryginalną torebkę Hermesa i Prawie Oryginalne Ray bany. Kocham go! Wprawdzie przywiózł też chińską wódkę, co zważywszy na fakt, że wódki nie pijemy w ogóle, jest zaskakujące, ale rozczulił mnie wytłumaczeniem: wszyscy mówili że taka ohydna, że po prostu musiałem kupić, żeby spróbować. Muszę sobie zanotować, żeby nigdy nie ostrzegać go przed skokiem z dachu i przed gorącym piekarnikiem, bo chłopak nie będzie mógł się oprzeć.

Lola wróciła z obozu zachwycona, zdrowa i rumiana. Zapominam czasem, jak moja córka jest piękna, pod tą codzienną astmatyczno – alergiczną dekoracją, czyli sińcami na pół twarzy, bladością i wysuszoną na wiórek skórą. Teraz nie mogę oczu nacieszyć. Chwilo trwaj, przynajmniej do września, bo z doświadczenia wiem, że po trzech tygodniach szkoły zacznie się astmatyczny maraton.

Misiek na obozie piłkarskim. Śle zdesperowane smesy, bo trener przeczołguje ich równo, nie zważając na temperaturę, i moje biedne dzieciątko zgonione, ugotowane i odcięte od kompa, tęskni za domem jak nigdy.

A co do temperatury – upał doskonale działa na pieski – podgrzane do 35 stopni stają się apatyczne i milczące. Fantastyczne rozwiązanie! Po cichu zakładam, że zmrożone do minus pięciu też nie będą skłonne do hałasu, więc jakoś przetrwam do zimy…

Powoli szykuję się do wielkiej wyprawy za ocean. Wygląda na to, że mamy nieco odmienne wizje spędzania czasu. Lola i ja planujemy wielkie zwiedzanie amerykańskich sklepów, Misiek marzy o aligatorach w zasięgu wzroku, a mąż nastawia się na przemierzanie setek mil szerokimi autostradami. Ale bez przesady, jakoś się pogodzimy. Możemy przecież jechać setki kilometrów, żeby zobaczyć aligatory, zahaczając po drodze o kilka outletów, prawda? 

Świat jest pełen małych piesków

Potworne Siostry Zza Płotu mają dwa równie potworne pieski wielkości kieszonkowej. Drą mordy (siostry też, ale o pieski mi chodzi) o każdej porze dnia i nocy. Bo motylek pofrunął, kot przeszedł, listek spadł z drzewa, bo się nudzą….I tak co kwadrans zdublowana kakafonia .

Nowy sąsiad obok ma na stanie yorka. Pełen energii jazgocik słychać od rana do wieczora. Jak się psiątko rozkręci, to potrafi tak nadawać 40 minut bez przerwy. Na litość boską, jak żyletką po szkle, aż włosy na rękach stają dęba.

Sąsiad zza ściany nabył yorka kilka dni temu. Przyszedł zapewnić, że psina cudownie ułożona i nie szczeka. I wiecie, co? Faktycznie. Za to zostawiony choćby na pół godziny wyje i zawodzi, jakby mu ktoś ogon szafą przytrzasnął.

W dobrym nastroju rozważam skarmienie całego tałatajstwa dwoma litrami lodów, może złapią zapalenie krtani? W gorszym, czyli zazwyczaj, kiedy usiłuję pracować, sprawdzam w Internecie, co mi grozi za urwanie tych słodkich futrzastych łepków i złożenie ich na poduszkach właścicieli, jak końskiego łba w Ojcu Chrzestnym.

Jakiś pomysł, który utrzyma mnie w stanie niekaralności, a równocześnie zdrowia psychicznego? Sąsiedzi problemu nie widzą, bo jadą do pracy, zostawiając zwierzątko w ogrodzie. Pogadać bez mordobicia da się tylko z jednym…

Mąż od paru dni służbowo w Chinach. Zestresowana sąsiedzkim szczekaniem mnożę w sobie lęki. Przywiezie żółtą febrę,  ptasią grypę, pijawki z cukrze czy wyroby Made in China imitujące lakę lub jedwab? Zapowiedziałam, że z kolejnymi durnostojkami za drzwi wywalę, ale jakoś się nie przejął.

Idę zakopać mysz, która starannie upozowana czekała na mnie dziś  tuż przed drzwiami. I popodlewać ogród. Przyznaję uczciwie, że ostatnio przy podlewaniu strumień ze zraszacza zupełnie przypadkiem zboczył za siatkę wprost w rozjazgotane pyszczki. Cudowna cisza panowała do końca podlewania ogrodu. Chyba będę miała najlepiej podlany trawnik w okolicy…

Mistrz i żaba

Niepomna ostrzeżeń, przeczytałam „Mistrza” Katarzyny Michalak. Nie mogłam się powstrzymać. Całkiem jak z bigosem. No, po prostu wiem, że będę się po tym źle czuła, a jednak…

Jestem pod wrażeniem. Mój prywatny zestaw najbardziej absurdalnych i nielogicznych fabuł właśnie powiększył się o kolejną pozycję (a przypominam, że wybieram z setek scenariuszy i książek, jakie czytam rocznie, więc konkurencja duża). Że co, że nie o fabułę tu chodzi, a o momenty?

Eee, bez przesady, bawarski pornos to też nie jest. Za dużo dialogów i przedziwnego nazewnictwa. W życiu nie słyszałam tak często odmienianego słowa „płeć” w znaczeniu poniekąd anatomicznym.

Prześmiewców, którzy twierdzą, iż jest to książka komiczna, spieszę zapewnić, że roześmiałam się tylko raz, przy zdaniu (z grubsza cytując, bo boję się znowu zajrzeć do dzieła) „wgryzł się jej w kark, jak pies karcący krnąbrną sukę”. Reszta lektury upłynęła mi w ponurym milczeniu, rzekłabym wręcz żałobnym. Mam redaktorski odruch notowania sobie w trakcie lektury błędów logicznych i różnych fabularnych kiksów, żeby to potem rozpisać w recenzji. Przy tej książce musiałabym mieć pod ręką solidny brulion. Czy ta autorka na serio nie korzysta z żadnego redaktora (bo tak słyszałam)? Czemu robi sobie taką krzywdę, skoro ma potencjał w sensie lekkiego pióra i wyobraźni, kompletnie partacząc całość na etapie wykonania…

W każdym razie, jeśli kiedyś zobaczę opalonego przystojniaka w czarnej koszulce, pod którą grają, jakże by inaczej, opalone mięśnie…ucieknę z krzykiem, gubiąc pantofle.

Poza tym nie czytam nic oprócz scenariuszy, bo płyną szeroką falą i zaraz się pod nimi uduszę. Zarobię kupę kasy, spokojnie wystarczy na nowe buty, kilka książek, no, i waciki rzecz jasna.

Ja czytam, mąż pracuje, Misiek siedzi przy kompie, a Lola na obozie.

A Lukrecja złapała moją żabę! Kiedy zobaczyłam na trawniku Lulu, przytrzymująca łapą MOJĄ osobistą żabę, naprawdę się wkurzyłam. To moja żaba, z która mam prywatny układ (ona zapewnia mi rozrywkę, czyli wyskakuje nagle przed kosiarkę, a ja krzyczę ze strachu, a ja jej zapewniam święty spokój – poza koszeniem, rzecz jasna). Wyprułam na trawnik płonąc słusznym gniewem. Żaba nerwowo skoczyła. Lulu za nią. Ja za Lulu. Jak w „Rzepce”. Przekicałyśmy tak pół trawnika, zanim połapałam się, że ta strategia zaprowadzi mnie na manowce i trzeba zacząć od żaby. Przytrzymałam żabę. Lulu dopadła ją jednakowoż w tym samym momencie. Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie, trzymając łapy na nieszczęsnym płazie. W końcu skorzystałam z przewagi gabarytów. Jedną ręką trzymając żabę, drugą z niejakim trudem wepchnęłam Lukrecję pod pachę. Kiedy wstałam, musiałam wyglądać dziwnie – z wijącym się pod pachą grubym czarnym kotem i z niemal równie opasłą żabą w garści. W średniowieczu już by mi  szykowali stos.

Ostatecznie uwolniona żaba poszła regenerować nerwy w gąszczu paproci, a Lulu, żeby zrekompensować sobie nieudane polowanie, pobiegła pod siatkę, żeby powkurzać dwa psy za ogrodzeniem. To jej ulubiona rozrywka – siada naprzeciwko szalejących psów, wylizuje futerko i zerka figlarnie, czy już toczą pianę z pyska….

No dobra, wracam do scenariusza. A  tak przy okazji, czy wiecie co śpiewali stoczniowcy w Gdańsku podczas demonstracji?  Bo zgodnie z moim scenariuszem śpiewali „God bless Poland”. Uwielbiam czytać amerykańskie scenariusze dziejące się w polskich realiach. To bardzo ubogaca moja wiedzę o kraju ojczystym. Chociaż i tak nic nie przebije typowego polskiego obiadu niedzielnego, który według amerykańskiego autora wyglądał  tak: pierogi, chleb, ziemniaki i szparagi, a do tego Porto…..

 

Podążam za dzieckiem (w pośpiechu)

Zaiste, ciężką praca jest wakacyjny wypoczynek. Pomijając nawet fakt, że w mojej zdalnej firmie chyba wszyscy  udali się na urlopy, zwalając na mnie stosy scenariuszy nie do przerobienia. Może i dobrze, kupię sobie większy zapas wacików i sznurówki extra.

Wizy załatwiłam. O! Trochę nawet śmieszne to było, bo naczytałam się o komplikacjach, o udowadnianiu pożycia, tfu, związania z ojczyzną i innych cierpieniach rodaków. A pani konsul rzuciła na nas niedbale jednym okiem, spytała mimochodem, co też chcemy zwiedzić i życzyła miłych wakacji. A ja już skrzydła husarskie rozwijałam i zaczynałam pierwszą zwrotkę Roty…

Zostałam także osobistym asystentem i kurierem męża. Bo mąż, który zmienił formę zatrudnienia na działalność gospodarczą, nie ogarnia. Trudno, żeby ogarniał, skoro Nowa Firma wysysa z niego wszystkie soki. Na szczęście (jak dla kogo oczywiście) w przypływie geniuszu mąż ustanowił mnie pełnomocnikiem, więc to ja tłukę się po urzędach, konferuję z biurem księgowym i ogarniam te przebrzydłe city, waty i inne takie…y.

A w tle Lola choruje. Porzuciłam początkową diagnozę (nietypowy rotawirus) w drugim tygodniu cierpień, no bo ileż taki rota może się ciągnąć? Wizyta u lekarza skończyła się w sposób oczywisty, czyli skierowaniem na podstawowe badania.

No. I tu się wyłania taki drobny problemik. Lola ma fobię pobierania krwi. Weszłam po wizycie do zabiegowego zapytać o coś. I odkryłam, że za mną dygocze niekontrolowanie dziecko z oczami jak spodki i łzami lecącymi ciurkiem po twarzy. Czyli jej nie przeszło od ostatniego razu. Czyli trzeba coś wymyślić.

Wyjścia były trzy. Poddać się i czekać, aż jej minie. Jaasne – do osiemnastki chyba. Rozwiązanie siłowe. Hmm, praktykowałam na Miśku, który w podobnym wieku przechodził taką fazę, na szczęście krótką. Trzymały go cztery dorosłe osoby, a i tak jedyne, co ewentualnie można było pobrać młodemu to wymaz z migdałków w rozdartej paszczy.

No i modne aktualnie podążanie za dzieckiem. A co tam, podążajmy. Siadłam ze szlochająca Lolą i poprosiłam, żeby powiedziała, na jakich warunkach zgodziłaby się pobrać sobie krew.

Zgodziłam się na wszystkie, co skończyło się tak: Wkroczyłam do zabiegowego z lekko naćpaną po Hydroxyzynie Lolą. Po zdjęciu sweterka Lola obnażyła chude przedramionka starannie oklejone plastrami Emli. Pani w gabinecie spojrzała na mnie dziwnie, i wcale nie pomógł fakt, że sekundę później poprosiłam głośno i uroczyście o najcieńszą igłę w gabinecie i najdelikatniejszą pielęgniarkę. Kiedy wreszcie Lola z namaszczeniem wyjęła z kieszeni samolotową opaskę i założyła sobie na oczy, pani nie wytrzymała i ryknęła śmiechem.

Nieważne. Ważne jest to, że trzymałam chudą, lekko drżącą łapkę mojej córki i gadałam do niej pospiesznie na zadany temat (umaszczenie i charakter kotów syberyjskich), a ona wytrzymała całą minutę ściągania krwi do kolejnych fiolek. Bez płaczu i krzyku. Wyszła blada i dumna, a ja miałam miękkie nogi jak po przejażdżce rollercoasterem. A czytałam, że rodzice, którzy stosują te nowoczesne metody, idą na łatwiznę! Jasne!

śmieci a świadomość społeczna

Wariant pierwszy:

Moja matka stoi przy swoim super duper profesjonalnym koszu z podziałkami trzymając karton po soku. Ze zmarszczonym czołem studiuje na zmianę napisy na kartonie i półmetrową rozpiskę przyklejoną na lodówce:

– Słuchaj, czy myślisz, że  to tetra pak czy opakowanie wielomateriałowe? –

Wariant drugi:

Wpada do mnie mocno zakłopotany sąsiad:

– Nie wiesz, o co w tym chodzi? Dzisiaj śmieciarze zabrali mi pojemnik! I co ja mam teraz zrobić? –

Wariant trzeci:

Siedzę na dworcu. Na ławce obok dwie panie w wieku średnim pomstują głośno na debilne pomysły PO władzy:

– Tylko by ludzi na kasę rżnęli! Co za bezsens. Teraz majątek zapłacę na głupie śmieci, i to przymusowo. A do tej pory miałam tak wygodnie. Wpadał pan Józek raz w miesiącu i zabierał mi wszystkie worki za dychę. –

 Eureka! Teraz wiem, skąd się biorą w pobliskim lesie, skądinąd Parku Krajobrazowym, stosy worków ze śmieciami. Przecież pan Józek za dychę nie wiezie ich na wysypisko ani do spalarni….

Myślałam, że niedoinformowanie jest największym problemem. W końcu człowiek na co dzień niewiele czasu poświęca zawartości kubła na śmieci. Fakt, ze musiałam opanować nowe reguły segregowania. Kupić dodatkowe dwa kosze. Wytresować rodzinę. O zgrozo, wypełnić deklarację i zawieźć ją do gminy.

Ale do tej pory tak dość egoistycznie wydawało mi się, że największą zaletą nowego systemu będzie zmniejszenie moich opłat z prawie stówy na 36 zeta.

Może jednak największym plusem okaże się to,  że w tej sytuacji panowie Józkowie stracą zajęcie?

A małoletni, trenowani od najmłodszych lat w cnocie niezaśmiecania lasów i ganiający na wszystkie Dni Sprzątania Świata, nie będą się demoralizować, spacerując po lesie wśród puszek, flaszek i starych kanap?

pomiędzy listami a stresem

Jestem efektywna jak peerelowski murarz. Sto trzydzieści procent normy. Długie listy, poniewierające się przy moim stanowisku pracy, czyli laptopie, powolutku zostają przepisane na krótsze listy. A te, może, w niedalekiej przyszłości, zamienią się w jedną, normalną listę?

Po raz fafnasty wywalił mi się telefon. Jeszcze raz usłyszę, że Nokia E52 to absolutnie niezawodny model, pirzgnę o ścianę, nie wiem tylko, że czy sprzętem, czy panią z tmobile.

Odebrałam dzisiaj, naprawiony, i, a jakże, z nowym oprogramowaniem. WSZYSTKIE  moje bezcenne wpisy w kalendarzu, określające chronologię codziennego życia, poszły się gonić. Połowa kontaktów także. Wracałam do domu, waląc pięścią w kierownicę i klnąc w bezsilnej wściekłości.

Idiotyczne, że człowiek tak jest uwiązany do kawałka plastiku.

Porządki na strychu zaowocowały wrzuceniem na Tablicę.pl ogłoszeń i powoli pozbywam się gratów. Cholernie pracochłonne skądinąd zajęcie.

Wożę Lolę na półkolonie, organizowane przez koleżankę i w ramach wspomagania półkolonijnego zabieram jutro stadko rozkosznych dziesięciolatek do kina (hmm, nie zastanowiłam się nad tym wcześniej, ale to może być mój ostatni wpis).

Usiłuję też załatwić małoletnim wizy amerykańskie. TO dopiero jest wyzwanie. Samo ułożenie szczegółowego planu, co po kolei powinnam zrobić w tym celu, i jakie dokumenty mieć w ręku przy kolejnych punktach tegoż planu, zajęło mi najmarniej trzy godziny. Co za absurd!

Bo być może, bardzo być może, hipotetycznie wręcz, uda nam się polecieć na dwa tygodnie do tej ziemi obiecanej, więc wizy stają się pilnie poszukiwanym dobrem.

Rzecz jasna, polecimy, jeśli nie wymienimy pieca. Na nasz piec łypię podejrzliwie już od zeszłego roku, kiedy zdechł kilka razy w środku mroźnej zimy, a serwisant coraz niechętniej reanimował denata.

Ściągnęłam więc (punt szósty na liście nr trzy) hydraulika, który piec obejrzał, obwąchał go bez mała jak owczarek bagaże na lotnisku i orzekł…No i jak orzekł, ile będzie nas kosztował nowy piec, trochę rurek i komin, miałam taki malutki stan przedzawałowy. Powlokłam się do lodówki, łyknęłam z gwinta zimnego mleka, bo mi się z Colą pomyliło, i słabo wymamrotałam, że „ja się jeszcze zastanowię”. Ale nie wiem, nad czym tu się zastanawiać.

Jasne, że wolę oglądać z małoletnimi szopy pracze na Florydzie, niż mieć nowy piec. Phi, po co komu w ogóle taki piec? Można się dogrzewać kominkiem, a mycie w zimnej wodzie hartuje, prawda? Jak zrecenzuję jeszcze parę scenariuszy i sprzedam kilka gratów, to może nawet na autostradę do Key West wystarczy?

spełnienie marzeń

Córka przychodzi ze szkoły emanując energią negatywną

– Mamo, wiesz, że jedziemy na wycieczkę do oczyszczalni ścieków? A tam będzie CUCHNĄĆ! I ja nie chcę jechać, ale pani mówi, że MUSIMY.  Jestem ZROZPACZONA. Powiedz, że nie muszę, powiedz! –

Matka myśli

„Znowu mi się oberwie, żem aspołeczna i lekceważę obowiązek szkolny dziecka, a i tak mam przerąbane z powodu tych cholernych wycieczek. Już ją tyle razy nie posłałam, uznając, że cel wycieczki jest idiotyczny. Muszę ją przekonać”

Matka mówi

– Ale słuchaj, to FASCYNUJĄCE.  Pamiętasz, jak mnie kiedyś pytałaś, co się dzieje ze ściekami? Nareszcie masz szansę się dowiedzieć. To niezwykle ważna wiedza, zwłaszcza dla takiego ekologa, jak ty. Słuchaj, sama chciałabym pojechać na taką wycieczkę, też jestem ciekawa, co się robi w oczyszczalni –

Córka rzuca matce spojrzenie pełne niedowierzania, ale chyba łyka przynętę.

Następnego dnia wraca ze szkoły rozpromieniona

– Mamo, ale super. Wyobraź sobie, ze pani była smutna, bo żaden rodzic się nie zgłosił na wycieczkę do oczyszczalni. Więc od razu się zgłosiłam i powiedziałam pani, że moja mama MARZY  o zobaczeniu oczyszczalni ścieków i cię zapisałam. Popatrz, uszczęśliwiłam i panią, i ciebie. Czy to nie cudowne? –

 Matka mówi słabo

 – Fantastycznie, córko, jestem zachwycona –

Matka myśli…no dobra, nie da się zacytować, co myśli akurat w tym momencie.

Następnego dnia matka zgłasza się karnie na wycieczkę i z resztką nadziei odnajduje panią

– Ekhm, Lola twierdzi, że zapisała mnie na udział w tej wycieczce, ale pewnie żartowała, prawda? –

Pani patrzy ma matkę przeciągle i mówi

– Ależ skąd. Niezmiernie się cieszę, że pani z nami jedzie, zwłaszcza, że Lola twierdziła, że to pani marzenie. Lubię spełniać marzenia –

Czy mi się wydaje, czy na jej nieskazitelnej twarzy rzeczywiście igra szyderczy uśmieszek?

A wycieczka była rzeczywiście niezmiernie pouczająca. Prędzej skonam, niż kiedykolwiek zanurzę stopę w naszej okolicznej rzeczce, gdzie spuszczany jest, hmm, ostateczny produkt pracy oczyszczalni.