Mistrz i żaba

Niepomna ostrzeżeń, przeczytałam „Mistrza” Katarzyny Michalak. Nie mogłam się powstrzymać. Całkiem jak z bigosem. No, po prostu wiem, że będę się po tym źle czuła, a jednak…

Jestem pod wrażeniem. Mój prywatny zestaw najbardziej absurdalnych i nielogicznych fabuł właśnie powiększył się o kolejną pozycję (a przypominam, że wybieram z setek scenariuszy i książek, jakie czytam rocznie, więc konkurencja duża). Że co, że nie o fabułę tu chodzi, a o momenty?

Eee, bez przesady, bawarski pornos to też nie jest. Za dużo dialogów i przedziwnego nazewnictwa. W życiu nie słyszałam tak często odmienianego słowa „płeć” w znaczeniu poniekąd anatomicznym.

Prześmiewców, którzy twierdzą, iż jest to książka komiczna, spieszę zapewnić, że roześmiałam się tylko raz, przy zdaniu (z grubsza cytując, bo boję się znowu zajrzeć do dzieła) „wgryzł się jej w kark, jak pies karcący krnąbrną sukę”. Reszta lektury upłynęła mi w ponurym milczeniu, rzekłabym wręcz żałobnym. Mam redaktorski odruch notowania sobie w trakcie lektury błędów logicznych i różnych fabularnych kiksów, żeby to potem rozpisać w recenzji. Przy tej książce musiałabym mieć pod ręką solidny brulion. Czy ta autorka na serio nie korzysta z żadnego redaktora (bo tak słyszałam)? Czemu robi sobie taką krzywdę, skoro ma potencjał w sensie lekkiego pióra i wyobraźni, kompletnie partacząc całość na etapie wykonania…

W każdym razie, jeśli kiedyś zobaczę opalonego przystojniaka w czarnej koszulce, pod którą grają, jakże by inaczej, opalone mięśnie…ucieknę z krzykiem, gubiąc pantofle.

Poza tym nie czytam nic oprócz scenariuszy, bo płyną szeroką falą i zaraz się pod nimi uduszę. Zarobię kupę kasy, spokojnie wystarczy na nowe buty, kilka książek, no, i waciki rzecz jasna.

Ja czytam, mąż pracuje, Misiek siedzi przy kompie, a Lola na obozie.

A Lukrecja złapała moją żabę! Kiedy zobaczyłam na trawniku Lulu, przytrzymująca łapą MOJĄ osobistą żabę, naprawdę się wkurzyłam. To moja żaba, z która mam prywatny układ (ona zapewnia mi rozrywkę, czyli wyskakuje nagle przed kosiarkę, a ja krzyczę ze strachu, a ja jej zapewniam święty spokój – poza koszeniem, rzecz jasna). Wyprułam na trawnik płonąc słusznym gniewem. Żaba nerwowo skoczyła. Lulu za nią. Ja za Lulu. Jak w „Rzepce”. Przekicałyśmy tak pół trawnika, zanim połapałam się, że ta strategia zaprowadzi mnie na manowce i trzeba zacząć od żaby. Przytrzymałam żabę. Lulu dopadła ją jednakowoż w tym samym momencie. Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie, trzymając łapy na nieszczęsnym płazie. W końcu skorzystałam z przewagi gabarytów. Jedną ręką trzymając żabę, drugą z niejakim trudem wepchnęłam Lukrecję pod pachę. Kiedy wstałam, musiałam wyglądać dziwnie – z wijącym się pod pachą grubym czarnym kotem i z niemal równie opasłą żabą w garści. W średniowieczu już by mi  szykowali stos.

Ostatecznie uwolniona żaba poszła regenerować nerwy w gąszczu paproci, a Lulu, żeby zrekompensować sobie nieudane polowanie, pobiegła pod siatkę, żeby powkurzać dwa psy za ogrodzeniem. To jej ulubiona rozrywka – siada naprzeciwko szalejących psów, wylizuje futerko i zerka figlarnie, czy już toczą pianę z pyska….

No dobra, wracam do scenariusza. A  tak przy okazji, czy wiecie co śpiewali stoczniowcy w Gdańsku podczas demonstracji?  Bo zgodnie z moim scenariuszem śpiewali „God bless Poland”. Uwielbiam czytać amerykańskie scenariusze dziejące się w polskich realiach. To bardzo ubogaca moja wiedzę o kraju ojczystym. Chociaż i tak nic nie przebije typowego polskiego obiadu niedzielnego, który według amerykańskiego autora wyglądał  tak: pierogi, chleb, ziemniaki i szparagi, a do tego Porto…..

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s