Podążam za dzieckiem (w pośpiechu)

Zaiste, ciężką praca jest wakacyjny wypoczynek. Pomijając nawet fakt, że w mojej zdalnej firmie chyba wszyscy  udali się na urlopy, zwalając na mnie stosy scenariuszy nie do przerobienia. Może i dobrze, kupię sobie większy zapas wacików i sznurówki extra.

Wizy załatwiłam. O! Trochę nawet śmieszne to było, bo naczytałam się o komplikacjach, o udowadnianiu pożycia, tfu, związania z ojczyzną i innych cierpieniach rodaków. A pani konsul rzuciła na nas niedbale jednym okiem, spytała mimochodem, co też chcemy zwiedzić i życzyła miłych wakacji. A ja już skrzydła husarskie rozwijałam i zaczynałam pierwszą zwrotkę Roty…

Zostałam także osobistym asystentem i kurierem męża. Bo mąż, który zmienił formę zatrudnienia na działalność gospodarczą, nie ogarnia. Trudno, żeby ogarniał, skoro Nowa Firma wysysa z niego wszystkie soki. Na szczęście (jak dla kogo oczywiście) w przypływie geniuszu mąż ustanowił mnie pełnomocnikiem, więc to ja tłukę się po urzędach, konferuję z biurem księgowym i ogarniam te przebrzydłe city, waty i inne takie…y.

A w tle Lola choruje. Porzuciłam początkową diagnozę (nietypowy rotawirus) w drugim tygodniu cierpień, no bo ileż taki rota może się ciągnąć? Wizyta u lekarza skończyła się w sposób oczywisty, czyli skierowaniem na podstawowe badania.

No. I tu się wyłania taki drobny problemik. Lola ma fobię pobierania krwi. Weszłam po wizycie do zabiegowego zapytać o coś. I odkryłam, że za mną dygocze niekontrolowanie dziecko z oczami jak spodki i łzami lecącymi ciurkiem po twarzy. Czyli jej nie przeszło od ostatniego razu. Czyli trzeba coś wymyślić.

Wyjścia były trzy. Poddać się i czekać, aż jej minie. Jaasne – do osiemnastki chyba. Rozwiązanie siłowe. Hmm, praktykowałam na Miśku, który w podobnym wieku przechodził taką fazę, na szczęście krótką. Trzymały go cztery dorosłe osoby, a i tak jedyne, co ewentualnie można było pobrać młodemu to wymaz z migdałków w rozdartej paszczy.

No i modne aktualnie podążanie za dzieckiem. A co tam, podążajmy. Siadłam ze szlochająca Lolą i poprosiłam, żeby powiedziała, na jakich warunkach zgodziłaby się pobrać sobie krew.

Zgodziłam się na wszystkie, co skończyło się tak: Wkroczyłam do zabiegowego z lekko naćpaną po Hydroxyzynie Lolą. Po zdjęciu sweterka Lola obnażyła chude przedramionka starannie oklejone plastrami Emli. Pani w gabinecie spojrzała na mnie dziwnie, i wcale nie pomógł fakt, że sekundę później poprosiłam głośno i uroczyście o najcieńszą igłę w gabinecie i najdelikatniejszą pielęgniarkę. Kiedy wreszcie Lola z namaszczeniem wyjęła z kieszeni samolotową opaskę i założyła sobie na oczy, pani nie wytrzymała i ryknęła śmiechem.

Nieważne. Ważne jest to, że trzymałam chudą, lekko drżącą łapkę mojej córki i gadałam do niej pospiesznie na zadany temat (umaszczenie i charakter kotów syberyjskich), a ona wytrzymała całą minutę ściągania krwi do kolejnych fiolek. Bez płaczu i krzyku. Wyszła blada i dumna, a ja miałam miękkie nogi jak po przejażdżce rollercoasterem. A czytałam, że rodzice, którzy stosują te nowoczesne metody, idą na łatwiznę! Jasne!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s