możliwie zwięzła relacja cz 1

 

Pierwsze amerykańskie zakupy – dżinsy i ciepłe bluzy, o których jakoś nie pomyślałam przy pakowaniu. Na zewnątrz 36 stopni, a w każdym sklepie, motelu, ba, w publicznych toaletach, temperatury iście arktyczne. Zapomniałam, że Amerykanie mają fioła na punkcie klimatyzacji. Nie rozstawaliśmy się więc ze swetrami.

Pierwszy amerykański  szok kulinarny małoletnich – mamo, czemu tu wszystko jest słodkie? Muląco słodkie lody i czekolady darowaliśmy sobie bez żalu, ale kiedy dostaliśmy słodki jak ulepek sos do sałatki, ketchup i sos barbecue, małoletni zaczęli odnosić się do kuchni amerykańskiej z pewnym dystansem. Ostatecznie mięsożerca Misiek odkrył z zachwytem całkowicie niesłodkie i bardzo smaczne steki, a Lola jadała niemal wyłącznie smażony ryż po chińsku.

Pierwszy amerykański szok kulturowy – niestety lotnisko w Nowym Jorku. Osobiście uważam (bez obrazy) że Nowy Jork, ze szczególnym uwzględnieniem lotniska i metra, po prostu cuchnie. Małoletni byli najpierw zbulwersowani, a potem niepocieszeni, że nie zobaczyli w metrze szczurów, o których im opowiadaliśmy.

Pierwszy szczery zachwyt – muzea Smithsonian w Waszyngtonie.

dinozaur

Spędziliśmy cały dzień w Muzeum Historii Naturalnej, i każdy znalazł dla siebie coś fascynującego. Lola nie chciała wyjść z pawilonu pełnego ogromnych barwnych motyli, chłopaki bawili się w dziale trzęsień ziemi i ruchów tektonicznych, a ja nie mogłam oderwać się od wystawy prezentującej pracę patomorfologów sądowych.

Po obskoczeniu klasyków stolicy, czyli Kapitolu, Białego Domu,  przeróżnych pomników i Arlington, ruszyliśmy na południe. Małoletni z umiarkowanym entuzjazmem potraktowali Savannah, może ze względu na obezwładniający upał. Ja za to z podobnym jak wiele lat temu wstrętem potraktowałam hałaśliwe, zatłoczone i tandetne Miami. W tym przypadku dla mnie „tętniące życiem” to eufemizm na „potwornie głośne i pełne ludzi”.

miami

A później było już tylko lepiej. Na Key West złapał nas tropikalny sztorm. Było efektownie, choć nieco mokro. Na Key West stoją śliczne stylowe domki, po ulicach chodzą kury z kurczętami, a ludzie wydają się nawet jak na Amerykę, bardzo zrelaksowani. Nic dziwnego, zważywszy na ilość barów. W tym podobno przesiadywał Hemingway.

 

key west

Nie mogliśmy też odpuścić podstawowego punktu programu, czyli domu Hemingwaya. Lola wprawdzie nie wiedziała, kim był Hemingway, Misiek wiedział, ale po lekturze „Starego człowieka i morza” nie pałał entuzjazmem do autora, męża z Ernestem H. łączy tylko upodobanie do cygar, a ja książek Hemingwaya nie znoszę, ale…

Dom Hemingwaya to miejsce szczególne dla miłośników kotów. Żyje tam stadko kotów, będących w prostej linii potomkami pupilków pisarza, w dodatku kotów szczególnych, bo sześciopalczastych. Rozpieszczane jak hurysy w haremie futrzaki

leniwy kot

przyjmowały awanse odwiedzających z leniwą łaskawością. Poza jednym łaciatym młodzikiem, który zapałał wielką miłością do Miśka i chodził za nim krok w krok.  Prawda, że te łapki są niesamowite?

kocie łapy

Prosto z Key West pojechaliśmy do Everglades, pełnego aligatorów i komarów. To absolutnie niesamowite miejsce. Udało nam się spełnić marzenie sprzed lat, przejażdżkę Airboat po bagnach. Rzecz jasna, kiedy tylko wypłynęliśmy, spadł tropikalny deszcz, czyli obezwładniająca gwałtownością masa wody, od której przemakają nawet kości i plomby w zębach. O, tak wyglądali nasi współtowarzysze niedoli w trakcie wysychania…

airboat

Okazało się, że taki deszcz zalewa też silnik łodzi. Co sprawiło, że stanęliśmy na środku bagien, z zalanym silnikiem, doszczętnie przemoczeni, a do łódki powoli zbliżał się sympatyczny gad z łobuzerskim błyskiem w oku.

aligator

Za ten stres zemściliśmy się później, zjadając ze smakiem nuggetsy z aligatora na lunch w pobliskiej knajpce. Lola nie uznawała za szlachetne spożywanie tak uroczych zwierzątek, za to nie mogła się doczekać, żeby je przytulić. Dla każdego coś miłego:

ali

Ale i tak najfajniejsze było samodzielne jeżdżenie po Everglades i wypatrywanie aligatorów w przydrożnych jeziorkach. Jeden był do tego stopnia interaktywny, że nazwaliśmy go Charlie i karmiliśmy słonymi paluszkami, które z godnością wciągał w szeroką paszczę. Kiedy pytamy małoletnich, co im się najbardziej podobało w Stanach, ignorują Nowy Jork, Seaworld i inne atrakcje i chórem wymieniają dzień na Everglades. Miło wiedzieć ,że mamy podobne zdanie na temat dobrej rozrywki.

Ponieważ od momentu, kiedy zaczęłam ten wpis, dwa razy wywalił mi się Internet, zmuszając mnie do katorżniczej pracy i pisania od początku, poddaję się. Zresztą, bez przesady, wam też już się chyba znudziło. Reszta jutro.

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s